wtorek, 26 listopada 2013

O oczajduszach, wydrwigroszach, niebezpiecznych pragnieniach i złym duchu.

Polska jest - niestety - rajem dla oszustów i naciągaczy.
Pierwszy przypadek to mój tzw. pracodawca - firma która zajmuje się organizowaniem lekcji angielskiego w domu klienta. Ja, jako prawy jeleń, jadę do rzeczonego klienta i wykonuję zakontraktowaną pracę za śmieszną stawkę, którą mam dostać po tzw. 14 dniach roboczych od podpisania rachunku czyli pod koniec następnego miesiąca. Sprawdzam konto i nic tam nie ma i zaczyna się batalia o wyrwanie oszustowi moich pieniędzy. Nie muszę chyba dodawać, że zajęcia odbywają się w domu lub biurze klienta, na moich materiałach i za dojazd płacę sama. Oszust nie płaci za nic, inkasuje pieniądze i nie ma ochoty nawet zapłacić tych marnych groszy ludziom, którzy robią na niego. Mam nadzieję, że woła to o pomstę do nieba i co więcej, ze tą pomstę zobaczę i się nią nacieszę.
Drugi przypadek jest jeszcze figlarniejszy - naciągacze.
Idę sobie dziś na pocztę, a tu w zgoła nieoczekiwanej lokalizacji galeria sztuki. Wchodzę więc zaciekawiona i się rozglądam. Panienka zaproponowała mi najpierw kawę potem pomoc nie zdecydowałam się ani na jedno ani na drugie. Patrzę, a tu obok dziwnie znajomych tkanin i akwareli pani Marii X. wiszą przejawy "sztuki ekologicznej", które miłosiernie pominę milczeniem.
Zapytałam o to i owo i cóż się okazuje - właściciel galerii pan Włoch proponuje ludziom uważającym się za artystów wynajęcie powierzchni ściany i to jest jego główne źródło dochodu, na sprzedaż ich dzieł nie liczy. Ambitne jelenie płacą za ekspozycje i tzw. promocję i chodzą szczęśliwi. Panienka o sztuce nie ma pojęcia bo po co? Jej zadaniem jest pomaganie naciągaczowi w dojeniu naiwnych, którzy malują na "ekologicznym płótnie farbami akrylowymi, w których nie ma żadnych substancji chemicznych" jak się dowiedziałam.
To nie pierwsze moje zetknięcie z tego rodzaju podejściem do "handlu dziełami sztuki". Już kiedyś jakaś galeria w bardzo szemranej części Londynu zaproponowała mi możliwość wystawienia moich prac wraz z jeleniami z całego świata, którzy gotowi są płacić po ileś set lub wręcz tysięcy funtów za 2 tygodnie ekspozycji, której nie obejrzy pies z kulawą nogą nie mówiąc o kupieniu czegokolwiek.
To niezwykłe jak tego rodzaju aspiracje są radością złego ducha - wcale się nie zdziwiłabym, gdyby się okazało, ze wszyscy, którzy odnieśli sukces jako artyści podpisali z nim pakt własną krwią. Inaczej to chyba niemożliwe, jeśli miałabym wypowiadać się na podstawie własnego skromnego doświadczenia.
Czyżby samo pragnienie malowania, rysowania czy rzeźbienia jako codziennej pracy pochodziło od niego? Czy raczej używa tego pragnienia jak każdego innego odpowiednio intensywnego, aby nam podsuwać kolejne iluzje i nas zwodzić w nieskończoność obiecując coś, czego nigdy nie dostaniemy.
Niebezpiecznie jest dla człowieka mieć jakiekolwiek pragnienia - zły wie o nich pierwszy i jest gotów tej wiedzy używać na naszą zgubę.
Pragnienie może być banalne i w pełni uzasadnione jak np. środki do życia w sytuacji kiedy nie mamy pracy albo taką jak wyżej. Ponieważ jestem na studiach doktoranckich stwierdziłam kiedyś naiwnie, ze idealnie byłoby mieć stypendium - dałoby utrzymanie i potrzebny czas na pisanie pracy. Ten pomysł zbiegł się z radą spowiednika, aby modlić się o coś konkretnego, a nie tylko tak ogólnie. Odmówiłam wiec nowennę. pompejańską złożywszy uprzednio 3 podania w 3 różne miejsca. Nie muszę chyba mówić, ze stypendium żadnego nie dostałam, ale oczekiwanie na decyzję pełne było odwlekających się terminów, dziwnych maili z zapytaniem o konto bankowe i wszelkiej udręki jaka wiąże się z nadzieją na coś konkretnego.
Przykro to powiedzieć, ale świat ostatnio jawi mi się jako domena złego ducha, pełna jego agentów pod postacią oszustów, naciągaczy, wydrwigroszy, oczajduszy(ów?), urwipołci i innego tałatajstwa, a człowiek jest niestety bezbronny. Czuję jak wzbiera we mnie bezsilna wściekłość, która jeśli przekroczy pewne granice, może być niebezpieczna.

czwartek, 21 listopada 2013

O radości i szczęściu

To niezwykłe, jak zwykła poranna modlitwa może wnieść radość w codzienność - nawet taką, o której nie chce nam się mówić, kiedy nas pytają co u ciebie. Im mniej na ten temat powiedziane, tym lepiej odpowiadamy niechętnie i pośpiesznie zadajemy kontrpytanie - a jak tam u ciebie?
Już kiedyś dawniej zauważyłam, że chociaż uważam swoje życie za totalną porażkę, to przecież są w nim momenty kiedy jestem szczęśliwa w sposób tak doskonały, że nie istnieje nic, co można by do tego szczęścia dodać aby uczynić je jeszcze pełniejszym, Wiązałam to jednak z czymś, co można nazwać własnym miejscem, ewangeliczną swoją izdebką, a w naszych realiach wynajętą kawalerką mikroskopijnych rozmiarów. Życie zmusiło mnie jednak do rezygnacji z tego luksusu i powrotu do rodziny, co uznałam za najbardziej dojmującą i druzgocącą klęskę, jakiej doznałam. A jednak także i tu, gdzie nie mam nawet swojego pokoju potrafię doświadczać tej tajemniczej radości, która jest nie stąd.
Stawiam więc śmiałą tezę, że źródło radości i szczęścia nie ma związku z naszym życiem tzn. z realizacją ambicji, pragnień czy marzeń.

środa, 20 listopada 2013

O bytach duchowych nieprzyjaznych człowiekowi

Jestem tak śmiertelnie zmęczona i tak bardzo nie widzę wyjścia z sytuacji, że przychodzą mi do głowy myśli, które w takich okolicznościach zwykle się pojawiają. Swoją drogą sam język sugeruje, ze te myśli jakby same przychodziły albo się pojawiały bez naszego udziału. To nie my myślimy te myśli tylko ktoś nam je podsuwa.
Opowiem więc o pewnym wglądzie, który stał się moim udziałem.
W dawnych czasach, wiele lat przed kryzysem wieku średniego kiedy byłam jeszcze młoda miałam zwyczaj przychodzenia na adorację do Kościoła Dominikanów, która wtedy odbywała się w Kaplicy bł. Czesława. Niejedno wgłębienie uczyniłam kolanami w klęczniku w owym czasie. Tego dnia jednak dopadły mnie myśli samobójcze (nie na tyle poważne, żebym coś sobie zrobiła, ale wystarczająco, żebym zamiast swoim życiem zajmowała się pragnieniem śmierci). Klęczę więc przed Najświętszym Sakramentem i myślę o swoim życiu, perspektywach na przyszłość itp. i to co widzę pogrąża mnie coraz głębiej w ciemność. Perspektyw nie ma, nic się nie zmieni Bóg mi nie pomoże, skoro dotąd tego nie zrobił i tak dalej, a wszystko doskonale logiczne i prawdziwe. nie ma ani jednego słabego punktu, a ja nie znajduje żadnego kontrargumentu, nie przypominam sobie żadnego doświadczenia którego mogłabym użyć, aby się bronić.
W pewnym momencie przyszła mi do głowy myśl, ze owo pragnienie śmierci jest wyłącznie na poziomie umysłu, bo gdyby ktoś mnie teraz napadł i chciał zabić, to moje ciało wiedziało by co robić - broniłabym się ze wszystkich sił.
Któż więc mógłby chcieć mojej śmierci? Tylko ktoś, kto mnie bardzo nienawidzi i chce zniszczyć. Wielu ludzi nienawidziło mnie i chciało zniszczyć, a ja nie miałam nigdy żadnych wątpliwości, że nie należy im na to pozwolić.
Czysta zdrowa przekora - a takiego s...synu!!! Może nie mam żadnych perspektyw, może nic się nigdy nie zmieni, ale nie będę ułatwiać zadania komuś, kto mnie nienawidzi!!!Wiele, wiele lat później ujęłam to tak - być może ja przegrałam wszystko co było do przegrania w tym życiu, ale ty zostałeś pokonany pod krzyżem i nic ci nie pomoże.
Można kręcić nosem na taki argument, ale mi z braku czegoś lepszego zupełnie wystarcza.
Innym razem spowiednik podsunął mi myśl, że ohydne, całkowicie niezrozumiałe i irracjonalne zachowania innych ludzi wobec nas też można interpretować jako atak nieprzyjaciela rodzaju ludzkiego i dodał, że gdyby ich zapytać, dlaczego tak się zachowują nie umieli by tego wyjaśnić.
Ciary przeszły mi po plecach, bo rzeczywiście coś takiego kiedyś zrobiłam - zapytałam nieznanego młodzieńca, który mnie wyzywał, dlaczego właściwie to robi i doczekałam jedynie niezbornych   półzwierzęcych dźwięków i odwracania ze wstydem głowy.
Tak więc nie tylko estetyka może być pomocna w życiu, jak chciał Herbert, ale także nauka Kościoła Katolickiego w kwestii bytów duchowych nieprzyjaznych człowiekowi (mówiąc oględnie)

sobota, 16 listopada 2013

O dręczeniu via komputery

Jestem udręczona przez komputery - jeden nowy z jakimś idiotycznym systemem operacyjnym i jeden stary na którego naprawę wywaliłam nieziemskie pieniądze, żeby mieć normalny Windows XP kompatybilny z drukarką i skanerem. Wszystko jest problemem załącznik w office się nie otwiera, nie można go poprawić i odesłać adresatowi, trzeba to robić online. Każda prosta czynność zamiast pięć minut zajmuje dwie godziny, jestem na granicy histerii.
To kojarzy mi się z dręczeniem diabelskim i mam intuicję, że coś w tym jest.
Archaniele Michale, Rafale i Gabrielu - pomocy!!!

czwartek, 7 listopada 2013

O smutnej konieczności budowania murów

Dowiedziałam się niedawno (przy okazji spowiedzi), że istnieją dwie odmiany ludzi: jedni mają skórę nosorożca i przez życie przepychają się łokciami i drudzy obdarzeni naturalną dobrocią serca, która notorycznie nadużywana jest  przez tych pierwszych. To wiedza potoczna, oczywiście, ale wynikają z niej pewne konsekwencje dla życia duchowego.
"Nosorożce" mają za zadanie nauczyć się czuć i współczuć, a ci drudzy zbudować mur dookoła, swojej naturalnej zdolności współczucia, zostawiając jednak most zwodzony na wszelki wypadek.
Sytuacje zaciemnia fakt, że w powszechnym odczuciu bezwzględni manipulatorzy jawią się jako ofiary, a manipulowani przez z nich jako agresorzy, egoiści itp. Czasem sami zainteresowani nie wiedzą do której kategorii należą, a nauka Kościoła zwykle skierowana jest wyłącznie do gruboskórnych.
Może dlatego wśród mafiozów, damskich bokserów i pijaków jest sporo nawróceń, które owocują przemianą życia tak bardzo budującą dla otoczenia, a prawie nie ma podobnie spektakularnych transformacji w życiu samotnych kobiet terroryzowanych i wykorzystywanych przez matki. One przecież zawsze słyszą, że mają złożyć swoje życie w ofierze i to robią.
Zastanawiam się kto ma większy grzech one same, ich dręczycielki czy duchowni karmiący ich naukami skierowanymi do kogoś zupełnie innego.

wtorek, 15 października 2013

Nawet w grobowcach my jeszcze żołdacy i hufiec Boży

Logicznym krokiem rozpoznania, że nieustannie bierzemy udział - świadomie lub nie - w walce duchowej jest przyjęcie do wiadomości, że bycie wojownikiem, rycerzem, żołnierzem jest naszym podstawowym powołaniem. Wszak wojowaniem jest życie człowieka.
Takie postawienie sprawy rewolucjonizuje nasze postrzeganie rzeczywistości.
Jest wojna i my bierzemy w niej udział i nie mam tu nawet na myśli wojny cywilizacji życia, przeciw cywilizacji śmierci, która jest ewidentna, ale nieustanne zmaganie z atakującymi nas demonami goryczy, zazdrości, zwątpienia, zniechęcenia, nawyku ciągłego narzekania itp.

Nie zmorzy nas głód ni żaden frasunek
ani zhołdują żadne świata hołdy
bo na Chrystusa my poszli werbunek
na jego żołdy

piątek, 27 września 2013

O walce duchowej małe co nieco

To zupełnie niezwykłe, jak przyjęcie do wiadomości czy też zdanie sobie w pełni sprawy, że istnieją byty duchowe, które - mówiąc oględnie - nie są nam życzliwe, zmienia wszystko.
Myśl, że to co brałam za moją gorycz, moją rozpacz, moje myśli samobójcze, moje zwątpienie, mój lęk, moją potrzebę kontroli może być suflowane przez kogoś, kto ma swoją własną agendę stojącą w, jaskrawej sprzeczności z moimi celami życiowymi, ze szczególnym uwzględnieniem mojego dobra, jest odświeżająca.
Zawsze uważałam, ze człowiek wędrujący po kraju Mordor, gdzie zaległy cienie potrzebuje przede wszystkim dobrej mapy i kompasu oraz wiedzy z kim może mieć do czynienia i jak się przed nim bronić.
Co dziwne, Kościół Katolicki, który taką wiedzę i rozeznanie ma na stanie, zachowuje się czasem tak, jakby się jej wstydził.

czwartek, 26 września 2013

O goryczy i wdzięczności

Po długim okresie taplania się w gniewie i goryczy doszłam do wniosku, że jeżeli nie chcę w tym utonąć, to jedynym rozsądnym wyjściem jest postawa wdzięczności tzn.. świadome jej przyjęcie.
 Przyszło mi to do głowy, kiedy szłam na zajęcia z moimi młodymi klientami tak ustawionymi w życiu, że wolę nie dochodzić kim byli ich rodzice i dziadkowie.

Ciekawe jak długo wytrwam tym razem...

poniedziałek, 23 września 2013

Jest JEDEN Bóg?

Zawsze modliłam się do Boga, który "dźwiga z prochu nędzarza i podnosi z gnoju ubogiego (albo odwrotnie, nie pamiętam dokładnie), aby posadzić go wśród książąt, książąt swego ludu", do Boga, który sprawia, że bezpłodna rodzi siedmioro i temu podobne figle.
 Widzę działanie tego Boga w życiu wielu ludzi, w tym niewierzący i niepraktykujący są nadreprezentowani. Natomiast nie widzę w swoim własnym życiu.
 Wołam w przestrzeń i czuję, że jest pusta, że nie ma tam tego, do którego wołam przez całe moje życie (lat 47 i coś). Czuję rozpacz.
Natomiast cały czas gdzieś za moim ramieniem ktoś rozsądny mówi do mnie: "teraz o tym nie myśl, bo zwariujesz", "zajmij się tekstem, który masz napisać", albo "poproś właściciela mieszkania, żeby przedłużył ci okres wypowiedzenia ze względu na złamaną rękę" itp. Są to rzeczy rozsądne i zdroworozsądkowe, jakby mówił je ktoś życzliwy, może życzliwy współwięzień, który odsiaduje w tej samej celi, ale znacznie dłużej i wie jak przez to przejść, żeby nie zwariować. Taki ktoś jest i jest życzliwy, ale nie można poprosić go o znalezienie pracy czy coś w tym stylu, bo jego kompetencje tam nie sięgają.
Kim więc jest?
Czy ma jakiś związek z Bogiem Biblii? Z Chrystusem? Z Aniołem Stróżem?
Gdyby przez jakiś nadzwyczajny przypadek ktoś znał odpowiedź na te pytania, będę niezmiernie wdzięczna za podzielenie się nią ze mną.

czwartek, 18 lipca 2013

Droga Krzyżowa

Świadkowie

Poncjusz Piłat
Podobno jest świętym w kościele nubijskim; etiopskim albo koptyjskim, nie pamiętam, bo orzekł niewinność Jezusa i umył ręce od jego śmierci…
Dla mnie jest postacią tragiczną w jakimś sensie, bo rozumie, że Jezus nie tylko jest niewinny, ale też że jest kimś niezwykłym.
Nie rozpoznaje swojej wielkiej szansy, nie jest na to gotowy albo zabrakło mu odwagi.


Żona Piłata
To postać tajemnicza. Ona także zdaje sobie sprawę z niezwykłości osoby Jezusa, ale niewiele może mu pomóc
Jakieś fatum ciąży nad nimi. Fatum albo inercja…
Być może jest tak zawsze i z wszystkimi, nikt nigdy nie jest gotowy albo nie może uwierzyć, że to właśnie teraz…


Cyrenejczyk
Cyrenejczyk został zmuszony, nie miał bladego pojęcia w czym bierze udział. Był pewnie wściekły albo sfrustrowany sytuacją w której się znalazł…
Przymus rodzi bunt i jest to rzecz absolutnie niemożliwa przyjąć na wiarę, że koszmarna sytuacja, w której się znajduję to np. pomaganie Bogu w zbawianiu świata, jak w przypadku Cyrenejczyka…


Weronika
Kim jest Weronika? Być może to osoba, która nie zastanawia się co powinna a czego nie powinna, do czego jest a do czego nie jest powołana, tylko obecna tu i teraz, po prostu robi to co należy zrobić.
Idzie za odruchem serca nie wpadając w pułapkę spekulującego umysłu.
Zostaje wynagrodzona Prawdziwym Wizerunkiem, cokolwiek by to mogło znaczyć…


Jan
Rzadko kto ma takie doświadczenie jak Jan, doświadczenie bycia Umiłowanym
Jest jak puste naczynie, w które Jezus wlewa swoją miłość…
Czuje się tak doskonale bezpieczny i pewny miłości swojego Mistrza, że nie jest o nikogo zazdrosny.
Doświadczenie tej miłości daje mu siłę, aby wytrwać pod krzyżem i wspierać Maryję w jej bólu.
On jeden spośród uczniów wytrwał na Golgocie, bo tylko on jeden był Umiłowany…


Magdalena
Jej miłość i tęsknota za jego miłością… Nic o tym nie wiadomo, żeby była umiłowaną uczennicą, choć ona pierwsza została świadkiem Zmartwychwstania.
Magdalenę pod krzyżem trzyma jej własna miłość do Jezusa. Żadna siła we wszechświecie nie powstrzymałaby jej przed towarzyszeniem mu do końca, bo „jak śmierć potężna jest miłość…”

sobota, 13 lipca 2013

O krzyżu

KRZYŻU CHRYSTUSA
BĄDŹ NAM POZDROWIONY

Chrzest
Jest własnoręcznym podpisem jaki składamy pod zgodą na udział w męce i śmierci Jezusa.
Dlatego powinni przyjmować go ludzie w pełni świadomi na co się decydują.
Nasza Droga Krzyżowa jest bardziej rozciągnięta w czasie, kosztem intensywności, zwykle trwa całe życie.

Dzieciństwo i Młodość
Najgorszy jej odcinek przypada na dzieciństwo i młodość, kiedy nie jesteśmy zdolni do przyjęcia krzyża świadomie i nie rozumiemy czemu ma on służyć.
Być może jest to uzasadnienie chrztu niemowląt – umocnienie na ten najtrudniejszy okres życia, czas totalnej bezbronności i zależności od innych.
 

Utrapienie
„Jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swoją duszę na doświadczenie! Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia... Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu - w piecu utrapienia”
Te słowa każdy powinien usłyszeć przed chrztem, a jeśli nie, to we wczesnej młodości, żeby wiedzieć jakie są konsekwencje przyjęcia Chrystusa i przygotować się na nie psychicznie.

„Przygotowanie do życia”
W przypadku dziewczyny ogranicza się do obsesyjnego lęku o jej cnotę. Tak jakby utrata dziewictwa przed ślubem czy ciąża przed maturą były najgorszymi albo zgoła jedynymi problemami, jakie mogą ją spotkać w życiu.
Jakby kobieta sprowadzała się wyłącznie do swoich narządów rodnych w mniej lub bardziej atrakcyjnym opakowaniu.


„Przygotuj swoją duszę na doświadczenie”
  To znaczy przygotuj się na totalne odrzucenie, na nieufność albo wręcz wrogość ludzi którzy uważają się za sprawiedliwych, na oszczerstwa i samotność.
  Przygotuj się na ciągła walkę o utrzymanie równowagi psychicznej, na składanie jej z kawałków co rano, na potworny lęk.

Ciemność
A nade wszystko przygotuj się na ciemność. Na to że nigdy nie będziesz pewna czy idziesz w dobrym kierunku i czy w ogóle się posuwasz
Nie będzie mądrych na twojej drodze, chyba że sama staniesz się mądra.
Nie będzie żadnego „powołania”, którym byś mogła się podeprzeć.
 

Prawda
„Aż do śmierci stawaj do zapasów o prawdę, a Pan Bóg będzie walczył o ciebie”.
Prawda jest jak błysk światła w ciemności, jak powiew świeżego powietrza w dusznym pomieszczeniu.
To najważniejsza rzecz w życiu. Sprzeniewierzyć się prawdzie to umrzeć.
 

Mądrość
„Kto jej zaufa ten ją odziedziczy
   i posiadać ją będą jego pokolenia.
 W początkach powiedzie go trudnymi drogami, bojaźnią i strachem go przejmie,                  dręczyć go będzie swoją nauką,
   aż nabierze zaufania do jego duszy
   i wypróbuje go przez swe nakazy;
Następnie powróci do niego po drodze gładkiej i rozraduje go, i odkryje mu swoje tajemnice.”

Obróbka
Bóg jest jak rzeźbiarz pracujący w materiale twardym.  Widzi kształt ukryty w bloku kamienia czy w pniu drewna, jego wewnętrzną prawdę i piękno, i usiłuje go wydobyć.
Żaden z etapów tej obróbki nie jest przyjemny dla opornej materii – ani obciosywanie siekierą, ani dłubanie coraz cieńszymi, precyzyjniejszymi dłutami, ani wygładzanie powierzchni papierem ściernym.


Zaufanie
Chwile oddechu są nam dane, gdy Boski Mistrz odkłada narzędzia i przygląda się swemu dziełu, planując następny ruch.
Najtrudniejsze dla nas jest to, że nie wiemy do czego ta obróbka zmierza i nie potrafimy współpracować z Bogiem, gdyż niezrozumiałe cierpienie rodzi bunt.
Najtrudniej jest zaufać, że On wie co robi.

poniedziałek, 8 lipca 2013

O rzeczach ostatecznych

O Śmierci i Zmartwychwstaniu
rozważania niekompetentne

Córka Jaira
Śmierć córki Jaira jest realna. Ból jej matki także. Podobnie jak koszmarne napięcie ojca kurczowo trzymającego się nadziei na ratunek, blednącej z każdą sekundą wobec ewidentnego ociągania się Jezusa.
Na co czeka Jezus? Na śmierć dziewczynki, aby móc ją wskrzesić? Na śmierć nadziei jej rodziców?


Wskrzeszenie Córki Jaira
Jezus przychodzi do sytuacji beznadziejnej. Jego wezwanie do ufności powitane jest drwinami. Dokonuje rzeczy niemożliwej
Z drugiej jednak strony ból utraty przeżyty przez rodziców dziecka był całkowicie realny i nie mniejszym cudem jest, że w chwilę potem byli zdolni do radości.
Łazarz
Przypadek Łazarza jest jeszcze bardziej niepokojący. Jezus czeka nie tylko na jego śmierć, lecz także na rozłożenie się zwłok w grobie.
Maria i Marta przechodzą długą drogę od nadziei, że Jezus przybędzie, przez pełne napięcia oczekiwanie, ostry ból straty do łagodnego smutku i pogodzenia się ze śmiercią brata.


Wskrzeszenie Łazarza
Łazarz po czterech dniach przywrócony do życia nie jest już tym samym człowiekiem, podobnie jak jego siostry, które doświadczyły prawdziwego bólu i lęku towarzyszącego śmierci bliskiej osoby.
Właściwie trudno sobie wyobrazić jak ich serca i umysły poradziły sobie z tą nieoczekiwaną odmianą.
Śmierć Jezusa
Dla Marii, Jana i Magdaleny droga na Golgotę musiała być dłuższa niż cała reszta ich życia. W którymś momencie nadzieja, że to się nie może stać musiała w nich umrzeć. Od któregoś momentu już wiedzieli, że to się stanie.
Składali martwe ciało Jezusa w grobie sami zmartwiali wobec potworności tego, co się wydarzyło.


Ból Magdaleny
Magdalena udając się do grobu przed świtem nie oczekiwała nowego ciosu – zniknięcia ciała Mistrza, które chciała namaścić.
Czucie zostaje przywrócone jej sercu i na nowo może doświadczać bólu, pozbawiona nawet tej pociechy, jaką niesie wykonanie ostatniej posługi wobec  zmarłego


Zmartwychwstały
Jezus pojawia się w samym środku bólu Magdaleny, rozczarowania uczniów (a myśmy się spodziewali), lęku i zwątpienia apostołów.
Nikt z nich nie rozpoznaje go od razu bo to jest już inny, Zmartwychwstały Jezus.
Będą potrzebowali czasu aby zrozumieć co się właściwie stało i co to dla nich oznacza.


Śmierć i Zmartwychwstanie
Są częścią życia każdego człowieka i właściwie trudno powiedzieć co jest trudniejszym doświadczeniem  - patrzeć na koniec swoich planów, pragnień i marzeń czy też budzić się z błogosławionego odrętwienia śmierci i na nowo doświadczać bólu i niepokoju nowej nadziei.
Bóg jest wymagający!
Nadzieja Chrześcijanina
Na co właściwie Chrześcijanin może mieć nadzieję?
Czy na to, że życie na ziemi jest tylko stroną tytułową tej cudownej opowieści, która nastąpi po śmierci?
Czy może na to, że Jezus przyjdzie ponownie za naszego życia i wyzwoli świat spod obcej okupacji?
„Wspaniały plan”
A może na to, że „Bóg ma dla naszego życia wspaniały plan” i w pewnym momencie my także zobaczymy wspaniałość tego planu? Za życia? Po śmierci?
Albo na to, że Królestwo Boże już teraz jest w nas ? A jeśli tak to jak go doświadczyć?
„Pragnienie Nieba”
Czy jest ono pragnieniem śmierci, która miłosiernie kończy naszą bolesną wędrówkę po tym padole łez?
Czy może tęsknotą za doświadczeniem miłości i akceptacji, której nie znajdujemy w życiu na ziemi?
Czy Chrześcijanin powinien pragnąć śmierci czy też być wdzięczny za dar życia?
„Ostateczne Uzdrowienie”
A jeśli śmierć jest „Ostatecznym Uzdrowieniem”, to jak można jej nie pragnąć?


niedziela, 7 lipca 2013

Raj utracony

Moja wizja Raju i tragicznych skutków jego utraty sprzed ponad 10 lat...


Raj Utracony
 
Samotność  Mężczyzny
 
„Bóg sam wystarczy…”
Mężczyźnie nie wystarczył…
Jego kontakt z Bogiem był doskonały, a jednak  czuł się samotny wśród zwierząt.
Bóg  uznał, że niedobrze jest aby mężczyzna był sam i postanowił temu zaradzić…
 

Zachwyt Mężczyzny
 
Mężczyzna  obudził się ze  snu i wykrzyknął z zachwytu…
 

Pierwszy język
 
Język, którym posługiwali się pierwsi ludzie był to język miłości i czułości…
Bliskości i intymności nie musieli się uczyć, to była jedyna rzeczywistość, jaką znali. Nie znali sprzeczności między miłością duchową a fizyczną gdyż ich ciała i dusze były w doskonałej jedności
 


Niewinność
 
Byli doskonale czyści, ich natura nieskażona…
Byli nadzy bo nie musieli nic ukrywać, ani niczego się wstydzić.
Patrzyli na siebie z zachwytem bo widzieli siebie takimi jak widział ich Bóg

 
Harmonia
Żyli w harmonii z naturą.
Byli doskonale bezpieczni.
Cały świat był ich domem.



 
Upadek
Czym zwiódł wąż starodawny ludzi, którzy byli doskonale szczęśliwi – żyli w jedności z Bogiem, sobą nawzajem i całym światem a ich natura była nie skażona?!!!
Moja wyobraźnia jest całkowicie bezradna. Mówi –”To niemożliwe”.
A jednak wszyscy zachowaliśmy pamięć o   Raju i doświadczamy skutków upadku
 




Skutki
Cokolwiek zrobili pierwsi ludzie – jedno jest pewne  -  nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji swego czynu.
Nie umiem sobie nawet wyobrazić bólu utraty intymnej więzi z Bogiem i drugim człowiekiem bo nie doświadczyłam ani jednej ani drugiej.
Szczęśliwe jest zaiste nasze znieczulenie bo bez niego nie przeżylibyśmy ani dnia…

 
Krajobraz po upadku
Oczywiście mogę zawsze skoczyć w dół, śmierć wydaje mi się ulgą i końcem cierpienia, ale skąd mogę mieć pewność, że tak będzie w istocie jeśli to zrobię…
Z drugiej strony kiedy pomyślę, że nikt nigdy już nie spojrzy na mnie z miłością i zachwytem jak na drogocenny dar…,że stanę się wyłącznie zagrożeniem, pokusą, przedmiotem, który można użyć albo roboczym bydlęciem…
 
Kłamstwa
 
Nie mogę już nikomu wierzyć – wszyscy kłamią świadomie lub nie.
Każdy daje mi do zrozumienia, że jestem w znaczący sposób gorsza - za duża, za mała, za stara, za młoda, za ładna, za brzydka a w ogóle jakaś dziwna…
Wróg zagnieździł się nawet w moim umyśle i powtarza te kłamstwa kiedy jestem sama i podsuwa autodestrukcyjne rozwiązania…
 

Samotność Kobiety
Może dobrze jest aby kobieta była sama?
Może jest to konieczne?
Gdyby byłoby inaczej Bóg zaradził by temu.
Samotność jest przestrzenią w której Bóg doświadczany jest jako Wielka Nieobecność a lęk obecny niemal dotykalnie…
 

Nieznane
 
Najtrudniej zrezygnować z czegoś, czego się nigdy nie miało -  z iluzji bezpieczeństwa, z marzeń o miłości – i ruszyć w nieznane, w mrok i ciemność tajemnicy… Każdy jest pierwszy na tej drodze i sam musi przecierać szlak…
Nie wiadomo dokąd ona prowadzi, ale czy mamy jakiś  wybór?


sobota, 6 lipca 2013

Trzy kobiety z Ewangelii

Robiąc remanent w komputerze natknęłam się na starożytne prezentacje, które robiłam w ramach nauki programu Powerpoint, ilustrując je moimi wczesnymi grafikami na Paincie. Nie znałam jeszcze wszystkich możliwości tego programu, uczyłam się metodą prób i błędów. Grafika wydaje mi się dziś bardzo prymitywna, a teksty... No cóż, byłam dużo młodsza i pełna pewnego rodzaju emocji, których kobiety w takim wieku i podobnej sytuacji zwykle doświadczają. Dziś napisałabym to inaczej, zwłaszcza końcówkę...


Miłość Ukrzyżowana

Trzy kobiety
Trzy kobiety z Ewangelii - Maria z Betanii, kobieta która namaściła olejkiem stopy Jezusa i Maria Magdalena – dosyć późno i tylko w tradycji zachodniej połączone w jedno, zostały nawróconą prostytutką.
W ikonografii zawsze u stóp Pana albo krzyża, piękne i strojne z długimi, bujnymi włosami, aby móc w razie czego otrzeć jego nogi.

Wiele umiłowały
Wszystkie trzy miały nieuregulowaną sytuację życiową – żadnej wzmianki o mężach lub dzieciach.
Były młode i piękne.
Kochały Jezusa.
Znalazły się w którymś momencie życia u jego stóp - kobieta z olejkiem namaszczając je, Maria z Betanii słuchając a Magdalena pod krzyżem.


Kobieta z olejkiem
Ten jeden ekstrawagancki gest zapisany w Ewangelii tak wiele o niej mówi…
Jest namiętna, szczodra w miłości i skrajnie prostolinijna w okazywaniu jej.
Nie szuka swego - ilekroć kocha daje wszystko, także swoje ciało zamiast myśleć o łapaniu męża i urządzaniu się w życiu.





Maria z Betanii
Żadne z trójki rodzeństwa nie weszło w związki małżeńskie, nie ma o tym wzmianki. Produkty rodziny dysfunkcyjnej?
Łazarz ucieka w śmierć i potrzebuje wskrzeszenia.
Marta w kompulsywną aktywność i potrzebuje przywrócenia właściwych proporcji.

Najlepsza cząstka
Piękna i czysta Maria żyje miłością i tęsknotą za swoim Mistrzem i obiera najlepszą cząstkę.
Dobrze, że Jezus jej to powiedział, a ewangeliści zapisali, bo zapewne nikt nigdy by nie wpadł, że więdnięcie w staropanieństwie w domu brata można by tak nazwać
           

Siedem demonów Marii Magdaleny
Być może były to te najczęściej spotykane:
Ten od rozpaczy i zwątpienia
Ten od myśli samobójczych albo bluźnierczych
Ten od dzikich fantazji seksualnych
Ten od lęku albo
Od paraliżującej niemocy, a może był to zestaw bardziej egzotyczny – jedno jest pewne Magdalena była kobietą udręczoną.

           

Uwolniona 
Jezus wkroczył w jej ciemność i zamienił udrękę na słodkie jarzmo miłości.
 Miłości, która na pewnym poziomie musi pozostać niespełniona i nie  pomaga ustawić się w życiu jako szanowana żona i matka.
Magdalena przyjmuje te warunki i idzie w mrok i ciemność tajemnicy.


„Słodkie łoże miłości”

„Na krzyżu poślubił mnie Pan, krzyż jest słodkim łożem miłości, tam słucham Jego milczenia…”
Magdalena spędziła resztę życia na rozważaniu tej prawdy. Szkoda, że nie spisała swoich wniosków.
W istocie jedynym słodkim łożem miłości, na które może liczyć każda ludzka miłość jest krzyż i tęsknota niespełniona

Odwieczna tęsknota
Jest w sercu człowieka głęboka tęsknota za spotkaniem w pięknej wzajemnej miłości i zjednoczeniem w świętym akcie, tyleż duchowym, co fizycznym.
To wspomnienie Raju, świata przed upadkiem.
Duchowość i seksualność, dwa aspekty tej samej miłości oddzieliły się od siebie i wypaczyły – pierwsza odcięta od korzenia, druga sprowadzona do poziomu fizjologii.


Bez wzajemności
Wzajemność w miłości też jest wspomnieniem  Raju. Po upadku, z dwojga kochanków tylko jedno kocha, drugie pozwala się kochać, jeśli ma swoje powody.
Ilekroć kocham,  mam pewność, że nie jestem kochana. Mogę liczyć na zakłopotanie, zniecierpliwienie, w najlepszym wypadku sympatię i współczucie, w najgorszym – litość i pogardę.

Samotność
Paradoksalnie, w swojej miłości człowiek pozostaje sam. Zostaje odrzucony gdy wychodzi na jaw jego bezbronność i zależność od kochanej osoby. Miłość nie jest atrakcyjna, wygląda jak słabość.
Można tylko opowiedzieć o niej Bogu i zapytać dlaczego obdarza nas tym kłopotliwym pragnieniem, które nie może doznać zaspokojenia…

piątek, 5 lipca 2013

Co widzą ludzie, kiedy na nas patrzą?



Razu pewnego, w pewnej pracowni rzeźbiarskiej, pewnej uczelni artystycznej, robiłam akt stojący w glinie, a pozowała pewna modelko-striptizerko-tancerka go-go racząc mnie przy tym opowieściami z życia sfer dość szemranych. Na tę sielankę wkroczył profesor M. ze swoim asystentem a widząc nas obie - gołą panienkę stojąca na podium i mnie z nożem w garści przy kawalecie formujacą glinę - wykrzyknął zachwycony: "Mamy DWIE nowe modelki!!!" Po czym zaczął MI udzielać porad praktycznych przydatnych przy pozowaniu jak na przykład, gdzie można pozwolić się dotykać, a gdzie już nie.

Innym znowu razem na seminariun odnowy w Duchu Św. pewna bogobojna niewiasta polecała mi gorąco książki O. Gabriele Amortha. Na moje stwierdzenie, że je znam pomilczała chwilę, po czym oświadczyła z mocą "Myślę, że Pani nie ich nie czytała"

Kiedy indziej znowu, na warsztatach dla nauczycieli języków obcych, panienka, której wyraźnie, kilkakrotnie powtórzyłam, że uczę młodzież w wieku 16-19 lat skierowała mnie do grupy zajmujących się edukacją wczesnoszkolną.

A już najbardziej tragikomiczny incydent przytrafił mi sie w okolicach pl. Legionów, kiedy wracałam od rodziny po obfitym niedzielnym obiadku, który miał mi starczyć na dłużej, gdyż był to okres wyjątkowo chudy w moim życiu. Było już ciemno i z tej ciemności wyskoczył nie znany mi pijak wygrażając mi pięścią i wrzeszcząc: "ty kapitalisto jedna!"

Przykłady możnaby mnożyć. Wszystkie świadczą dowodnie, że obraz naszej osoby, jaki mają inni ludzie jest całkowicie autnomiczny względem nas, innymi słowy nie ma z nami dokładnie żadnego związku, Jest wypadkową historii życia, fobii i fantazji tych osób, a nasza osoba jedynie uruchamia luźny ciąg skojarzeń.

To do pewnego stopnia tłumaczy owe ohydne, a całkowicie absurdalne sytuacje, kiedy ktoś zupełnie obcy i nieznany atakuje nas bez żadnego, zrozumiałego powodu z wściekłoscią i nienawiścią.

Inną interpretację tego fenomenu podsunąl mi pewien zakonnik - nie miał żadnej wątpliwosci, że to ataki diabła i dodał, że gdyby zapytać owego agresora, dlaczego się tak ohydnie zachowuje nie umiałby wyjaśnić. Moje doświadczenie potwierdza to w całej rozciągłości.

W przypadku kobiet najwięcej paskudnych zachowań powoduje zazdrość. To zupełnie niebywałe jak niewiasty, które mają dokladnie wszystko - dobrego męża, udane dzieci, piękny dom i dobrobyt - wyraźnie zielenieją na obliczu na widok jakiegoś ciucha uszytego 10 lat temu z prześcieradła albo innej zasłonki. Większość z nich tego nie kontroluje, a przecież teoretycznie mogłyby zaproponować, aby im odpłatnie coś fajnego, dopasowanego do figury, typu urody i kolorytu uszyć i tym samym dać zarobić gorzej urządzonym w życiu siostrom. Ale nie, nie ma nic racjonalnego w zachowaniu człowieka. Nawet zakonnice nie są wolne od tej brzydkiej przywary i nie zauważyłam, żeby starały sie z nią walczyć.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Niełatwo być łabędziem

Lubię duże białe zwięrzeta jak  niedźwiedzie polarne czy konie Lipitzanery poruszające się z niezwykłym wdziękiem i duże białe ptaki, zwłaszcza wodne, zwłaszcza łabędzie. Jeśli któryś z tych stworów pojawia sie w moich snach to na ogół reprezentuje mnie samą.
Pewnej nocy  przed obudzeniem widziałam taki mniej wiecej obraz:


łabędzia w upierzeniu godowym kaczora.


Dało mi to do myślenia, a wnioski były raczej niepokojące. W mojej książeczce dla dzieci uciemiężonych (która nie zalazła uznania wśród wydawców) rozwinełam ten wątek w ostatnim rozdziale.



Łabędź
     
       Samotny łabędź pływający wśród kaczek po fosie zawsze pobudzał wyobraźnię Malwinki. Patrząc na niego nie mogła nie myśleć o „Brzydkim kaczątku” Andersena. Tytuł bajki wydawał jej się absurdalny. Mały łabędź nigdy nie był brzydki – wyglądał dokładnie tak jak powinien na każdym etapie rozwoju. Jego problem polegał na tym, że zawsze otoczony był przez obcych, którzy mieli mu za złe jego inność. Dopiero spotkanie istot swojego gatunku uwalnia go od poczucia, że jest kimś gorszym. Jego wspaniała uroda nic by mu nie pomogła, gdyby nadal żył w wyłącznie kaczym towarzystwie. Nadal postrzegany byłby jako brzydki, bo taki wielki, ciężki, biały z tą niedorzecznie długą szyją, niemy i niezrozumiały. Byłby odmieńcem i wyrzutkiem. „Czy tak właśnie się czujesz łabędziu?” myślała współczująco Malwinka ilekroć tamtędy przechodziła.
        Pewnego dnia nie dostrzegła go jednak. „Może odleciał w poszukiwaniu swoich?” przemknęło jej przez myśl. To była przyjemna wizja, ale z jakichś powodów Malwinka nie bardzo mogła w nią uwierzyć – zbyt piękna, żeby mogła być prawdziwa. Podeszła bliżej fosy, tknięta niedobrym przeczuciem zeszła po schodkach nad samą wodę.
 – Nie, ja chyba śnię! – wykrzyknęła wstrząśnięta. Łabędź nie zniknął, tylko się zmienił. Gdzie podziała się śnieżna białość jego piór? Głowa i szyja do połowy była zielona z niebieskawym połyskiem, poniżej jasna obręcz, pierś brązowawa, skrzydła i grzbiet szare z podłużnymi czarnymi pasami, łapki pomarańczowe, a dziób żółty – słowem nieszczęśnik przebarwił się w kaczora w szacie godowej. Nie zmieniło się tylko jego zachowanie i pozycja w kaczym stadzie – dalej pływał na uboczu, ignorowany przez resztę.
- Łabędziu – powiedziała cicho Malwinka – mój biedny łabędziu.
Ptak na dźwięk jej słów podpłynął bliżej. Jego oczy były pełne łez.
- A więc ktoś mnie jednak rozpoznał – wyszeptał ze ściśniętym gardłem. – Kim jesteś istoto o dziwnych oczach, które widzą?
- Jestem Malwinka, noszę okulary, bo mam wadę wzroku, ale mogę je ściągnąć.
- Czy nadal widzisz, że jestem łabędziem?
- Oczywiście, ale powiedz, co ci się stało?
- To smutna historia, Malwinko. Jestem… a właściwie byłem – bo teraz nie wiem już kim jestem – jedynym łabędziem w tej okolicy. Jedzenia jest dość, woda ciepła, nawet zimą nie zamarza… Kłopot w tym, że czułem się tak potwornie samotny między tymi wszystkimi kaczkami… zwłaszcza w okresie godowym, kiedy dobierają się w pary. Myślałem sobie „Być łabędziem piękna rzecz, ale oddałbym wszystko, żeby móc być teraz jednym z nich, bo nie zniosę dłużej tej strasznej samotności.” Wypowiedziałem moje pragnienie w złą godzinę i spełniło się jak widzisz. Przestałem być łabędziem, a nie stałem się kaczką. One dalej traktują mnie jak przedtem – istotę innego gatunku, z która nie maja nic wspólnego. – Łabędź zwiesił smutno swoja małą kształtną główkę. – Nie to jest jednak najgorsze…- przełknął boleśnie – Dziś rano widziałem moich braci. Zatrzymali się tu na popas w podróży. Nie rozpoznali mnie, kiedy podpłynąłem się przywitać. Zignorowali kompletnie, tylko jeden zauważył, że te kaczki rosną coraz większe w dzisiejszych czasach, a nawet uczą się obcych języków… - Łabędź zapłakał gorzko.
- Ale przecież twoje pióra kiedyś odrosną i nikt nie będzie miał wątpliwości…
- To moja jedyna nadzieja, ale będzie to trwało długo i nawet, kiedy będę całkiem biały, trudno będzie moim braciom zobaczyć łabędzia w kimś, kogo wcześniej uznali za kaczkę…
Malwinka nie wiedziała jak go pocieszyć. „Może nie chce być pocieszony?” pomyślała.
- Malwinko – ptak spojrzał jej prosto w oczy – Obiecaj mi jedno - powiedział z mocą – Obiecaj mi, że nigdy tego nie zrobisz, a uznam, ze nie cierpię nadaremno.
- Czego?
- Że nigdy nie wyrzekniesz się tego kim jesteś, aby stać się kimś, kim nie jesteś.
- Nie, nie zrobię tego – w głosie Malwinki brzmiało przekonanie
- Choćby nie wiem ile cię to miało kosztować – odrzucenie, prześladowanie, samotność…
Malwinka skuliła się nieco na taką perspektywę – samotność jak samotność, ale odrzucenia, a zwłaszcza prześladowania zdecydowanie nie lubiła.
- Widzisz wydawało mi się, że jestem nieszczęśliwy z powodu samotności, ale w porównaniu z tym, co teraz czuję to była drobna niedogodność. Oddałbym wszystko żeby stać się znowu prawdziwym łabędziem - ledwo wypowiedział te słowa jego pióra stały się na powrót lśniąco białe, dziób czerwony, a duże błoniaste łapki czarne.
- Popatrz! Popatrz na swoje odbicie! – wykrzyknęła rozradowana Malwinka.
Łabędź znieruchomiał wpatrując się w wodę. Po czym rozłożył wielkie skrzydła, trzepocząc nimi rozpędzał się przez całą długość fosy aż w końcu wzbił się w powietrze. Zatoczył krąg nad głową dziewczynki. Nie była pewna, czy usłyszała ciche „pamiętaj” czy to tylko odgłos łabędzich skrzydeł w locie ją omamił. Szczęśliwa biegła do domu. „Nie zapomnę, Łabędziu. Nigdy nie zapomnę!” powtarzała w duchu.