środa, 2 grudnia 2020

Malwinka, czyli o dorastaniu w PRL-u

 


W 2005 roku straciłam pracę w pewnym liceum prowadzonym przez zakonnice. Miałam wtedy chlamydię pneumoniae, co powodowało ciągłe zapalenie gardła lub zatok połączone z przeraźliwym kaszlem. Często brałam zwolnienia i to zapewne przesądziło sprawę, nawet jeśli decyzja zapadła z zupełnie innych powodów. Faktem jest, że zatrudniały mnie przez 6 lat, co roku podpisując umowę do końca wakacji, co jest niezgodne z prawem o ile mi wiadomo. 

W tym też roku skończyłam 40-tkę i miałam niejasne przeczucie, że znalezienie kolejnej pracy nie będzie już tak proste jak niegdyś. Jednakowoż pełna byłam nadziei na zmianę na lepsze. Wtedy własnie uświadomiłam sobie, że chciałabym pisać, więc postanowiłam zacząć.

Postanowiłam zacząć od początku, czyli dzieciństwa w PRL-u i dedykować tę opowieść "dzieciom uciemiężonym". Próbowałam zainteresować kilka wydawnictw ze skutkiem łatwym do przewidzenia. Publikowałam kilka rozdziałów na tym blogu przy różnych okazjach, a teraz zamieszczam w całości  w kolejnych wpisach - ostatni z nich (tzn ten) jest pierwszy.

Przedszkole

 


 Wszystkie nieszczęścia Malwinki zaczęły się od pewnego jesiennego poranka, kiedy to mama zaprowadziła ją do tego strasznego miejsca zwanego przedszkolem. Malwinka szła ufnie przy boku mamy, nie przeczuwając, co ją czeka, Ciężkie okulary zjeżdżały z małego noska i dziewczynka musiała co chwilę je poprawiać. Grube szkła powiększały szarozielone oczy Malwinki do rozmiarów spodków, nadając jej twarzy wyraz ciągłego zdziwienia lub przerażenia. Lewe zasłonięte było plastrem i Malwinka musiała się zadowolić tym co widziało jej prawe oczko. Nie było to zbyt wyraźne, bo prawe oczko Malwinki nie chciało pracować, a co gorsza uciekało w stronę noska. „Wcale się nie dziwię” pomyślała Malwinka, kiedy zobaczyła przedszkole od środka „sama bym chętnie uciekła”.

Nigdy jeszcze nie widziała takiej ilości dzieci zgromadzonych w jednym miejscu. Pani była tylko jedna, toteż po przywitaniu Malwinki zostawiła ją samej sobie. Zdrętwiała z przerażenia dziewczynka przycupnęła w jakimś kątku wstrzymując oddech, pragnąc stać się niewidzialna. Udało jej się to w pewnym stopniu, gdyż dzieci w większości zignorowały ją. Te, które ją jednak zauważyły ograniczyły się do skomentowania jej okularów w tonie nieprzychylnym. Malwinka była zaszokowana – okulary wprawdzie utrudniały jej życie, ale nie mogła zrozumieć, dlaczego przeszkadzają innym dzieciom. Albo dlaczego kolor jej włosów budził taką dziwną reakcje. „Przecież nie zrobiłam im nic złego” myślała. „Dlaczego mi dokuczają?”

Wszystkie kolejne dni w przedszkolu były powtórzeniem pierwszego w nieco złagodzonej wersji. Malwinka nigdy nie poczuła się tam dobrze. Mimo wielkiej ilości dzieci nie zawsze miała się z kim bawić i większość czasu po prostu przeczekiwała. Podobały się jej tylko makabryczne piosenki  z nieoficjalnego obiegu dobrze oddające nastrój tej ponurej kazamaty  np. ta o fabrycznej dziewczynie. Życie fabrycznej dziewczyny nie było łatwe, gdyż „co dzień o szóstej rano ryk syren budził ją” – Malwinka czuła tą sprawę gdyż i ją o podobnej porze wyciągano z łóżeczka i wleczono do tego przedpiekla. Niewyspana fabryczna dziewczyna musiała przysnąć lub się zagapić, bo „nagle pędzące koła w tryby wkręciły ją, krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”. W efekcie „nad jej grobem chłopak stał, o śmieć Boga prosił”. Tu Malwinka mogła bezkarnie dać upust łzom żalu nad nieszczęsną fabryczną dziewczyną, swoja własną niedolą i chłopakiem, który nie mógł się doprosić śmierci. To musiał być naprawdę swój człowiek, myślała Malwinka nie tak jak Hendryk, bohater kolejnego hitu.

 Otóż pewien człowiek mający córkę przecudnej urody z niejasnych względów „wydał ci ją za Hendryka, największego rozbójnika”, który zabił jej brata i zabrał jego chustkę. Musiała być skrwawiona, gdyż Hendryk zażądał:

„Żono, żono wypierz mi ja i na słońcu wysusz mi ją

Żona prała i płakała, bo tą chustkę poznawała

To jest chustka brata mego, wczoraj w nocy zabitego”

Hendryk, gdy to usłyszał bardzo się na nią rozzłościł i:

„rano wywlókł ją na łączki, powyrywał białe rączki

Powyrywał białe rączki i wydłubał jasne oczy…”

Potworność tego czynu nie mogła się pomieścić w głowie, choć po namyśle Malwinka stwierdziła, że niektórzy chłopcy, jak np. Maciek Dzięcioł – jej główny prześladowca – mogli być zdolni do czegoś podobnego. Mówili brzydkie słowa jak na przykład pisiorek, albo nawet sisiorek i inne, których znaczenia nie rozumiała. Podczas ciszy poobiedniej, gdy tylko pani wyszła, wyskakiwali z pościeli i pokazywali wszystkim dzieciom gołe tyłki i inne przedziwne części ciała. Maciek Dzięcioł robił świecę na łóżku, po czym na przemian błyskawicznie  ściągał i nakładał majtki, wołając „iii – ooo, iii – ooo jedzie karetka pogotowia!”

Karetka pogotowia rzeczywiście przyjechała, kiedy Magda Szczypalska popchnęła małą Taśtę tak mocno, że ta upadła uderzając głową o kant ławki i rozcięła sobie łuk brwiowy. „Krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”, choć Taśta nie była fabryczna dziewczyną i Malwinka miała niepokojące przeczucie, że nad jej grobem nikt by o śmierć Boga nie prosił. Tymczasem żyła jeszcze, leżała na podłodze trzymając biedne małe rączki przy twarzy, a jej płacz nie miał już w sobie nic ludzkiego, przypominał skowyt rannego zwierzęcia. Malwinka nie widziała nigdy w życiu takiej ilości krwi – i to wszystko wypłynęło z drobnej, chudej Taśty

Rana wymagała szycia. Pani wezwała obie mamy – dręczycielki i jej ofiary. Mama Taśty – starsza, zmęczona, skromnie ubrana – wyglądała dziwnie obojętnie, bardziej skrępowana faktem wezwania jej do przedszkola niż przejęta losem swego dziecka. Mama Magdy Szczypalskiej – śliczna, młoda i elegancka, z pobladła twarzą i łzami napływającymi do oczu – była przerażona i roztrzęsiona. Malwinka współczuła jej z całego serca, że urodziła takiego potwora.

 Magda Szczypalska bowiem, choć formalnie należała do dworu królewny Żanety - przedszkolnej elity - i mogła bawić się najładniejszymi zabawkami, szybko się tym nudziła. Zdecydowanie wolała zabawę kosztem innych dzieci. Taśta była ofiarą idealną – zastraszona, drobna i słaba, sepleniła(mówiła „t” zamiast „k”) i często robiła „tuptę” w majtki. Płakała wtedy cichutko, bojąc się powiedzieć komukolwiek, gdyż pani, kiedy cos takiego odkryła, nie kryjąc zniecierpliwienia i obrzydzenia, zawstydzała ją przed innymi dziećmi.

- Zesrała się w gacie !!! – wołała Magda Szczypalska w uniesieniu, wybuchając przy tym śmiechem, o którym trudno powiedzieć czy był bardziej okrutny czy głupkowaty. Na jej widok Taśta bladła i drętwiała w bezruchu jak mały ptaszek pod wzrokiem jadowitego węża. Dręczycielka  próbowała jak daleko może się posunąć, a nie napotykając oporu posunęła się za daleko. Teraz nawet ona czuła się nieswojo. Przez kilka dni wszystkie dzieci unikały jej jak zadżumionej i Malwinka ze zdziwieniem odkryła na jej twarzy coś, co trochę przypominało ludzki wyraz smutku i zagubienia. Taśta do przedszkola już nie wróciła, a Magda Szczypalska po krótkim okresie niełaski zajęła swoje miejsce na dworze królewny Żanety, gdyż nikt, absolutnie nikt nie mógł się oprzeć pięknym drogim zabawkom i słodyczom, których nie skąpili jej zamożni rodzice.

Niedługi czas po tym zdarzeniu, kiedy Malwinka wciąż miała w oczach zakrwawioną Taśtę, a w uszach jej krzyk, wyglądając na przedszkolne podwórko zauważyła coś niezwykłego. Na nagich gałęziach drzewa oprócz wróbli, które zawsze tam były, siedział kanarek. ”Musiał uciec z klatki” pomyślała i uśmiechnęła się mimo woli Wyglądał jak promień słońca w tym ponurym otoczeniu. Tego dnia oczekiwanie na mamę nie dłużyło jej się tak bardzo.

Nazajutrz jesienne słońce nieśmiało przezierało się przez zasłonę chmur, więc pozwolono dzieciom wyjść na dwór. Malwinka rozglądała się bacznie w nadziei ujrzenia kanarka - dziś nie była całkiem pewna czy jej się nie przywidział. Straciła już nadzieję, gdy nagle wzrok padł na jaskrawożółty przedmiot leżący na ziemi – był to kanarek, martwy. Malwinka przykucnęła i podniosła go – był zimny i sztywny.

- Zadziobały go wróble – głos dochodził z góry, więc Malwinka podniosła wzrok. Na najniższej gałęzi drzewa siedział nieduży, ciemny ptak z żółtym dzióbkiem. Jego skrzydła połyskiwały wszystkimi kolorami tęczy.

- Dlaczego? – wyszeptała dziewczynka.

Szpak wzruszył skrzydłami.

 – Był inny i nie umiał się obronić. Każdy z tych powodów z osobna byłby wystarczający, a co dopiero oba naraz – ptak wydawał się znudzony wyjaśnianiem takiej oczywistości.

- Przecież chyba nie zrobił im nic złego? – Nie mogła zrozumieć Malwinka.

- Co to ma do rzeczy? – Ptak był wyraźnie zniecierpliwiony.

- Bo moja mama mówi, że jak ktoś jest dobry dla innych to i inni są dobrzy dla niego i że nie wolno odpłacać złem, nawet jeżeli ktoś jest dla nas zły, a co dopiero atakować kogoś, kto nic nam nie zawinił – wyjaśniła Malwinka cierpliwie.

- Nigdy czegoś podobnego nie słyszałem – prychnął ptak pogardliwie. – I nie widziałem nigdy ludzi stosujących się do takiej nauki – dodał po chwili namysłu.

Malwinka milczała. Musiała w duchu przyznać mu rację. Spojrzała na mieniące się kolorowo piórka na skrzydłach ptaka

 I cos ja zastanowiło.

- Przecież ty także jesteś kolorowy, dlaczego nikt nie zadziobał ciebie? – zapytała olśniona.

 - Wszystkie szpaki takie są – odrzekł ptak z godnością. – A poza tym jak możesz porównywać niewypowiedzianie elegancki połysk moich piórek z wściekłym kolorem tego tu nieszczęśnika – dodał urażony.

- Mi się podoba, jest jak słońce.

- Lepiej by było dla niego, żeby nie był, albo żeby poszukał sobie towarzystwa innych nieprzyzwoicie żółtych kanarków – odparował szpak i już go nie było.

Malwinka zakopała małego trupka i zamyślona wróciła do przedszkola.

      Tego dnia przy obiedzie Maciek Dzięcioł wymyślił sobie nową rozrywkę – chlapanie zupą na Malwinkę. Z chwilą gdy tłuste krople zlądowały na okularach  dziewczynki i ładnej, uszytej przez mamę sukience, coś się w niej odmieniło. „Nie chcę być zadziobanym kanarkiem, niech dorośli, jeśli są tacy mądrzy, decydują, czym należy odpłacać za coś takiego” pomyślała gwałtownie wstając od stołu i kierując się prosto w stronę pani przedszkolanki. Skutek tej interwencji przerósł najśmielsze oczekiwania Malwinki – Maciek Dzięcioł musiał skończyć swój obiad na środku stołówki, siedząc na ziemi przy krzesełku. „Ponieważ je jak świnka” wyjaśniła pani. Wyglądał przez chwilę jak bardzo nieszczęśliwy zawstydzony chłopczyk do momentu, kiedy jego wzrok jego padł na Malwinkę.

- Sssskarżypyta – wysyczał złowieszczo.

- Sam się o to prosiłeś – odpowiedziała z bezpiecznej odległości.

Całe to zajście wstrząsnęło przedszkolną opinią publiczną. Nie przyczyniło się do wzrostu popularności Malwinki na dworze królewny Żanety, z którym Maciek był związany, ale inne dzieci były usatysfakcjonowane widokiem jego upokorzenia – praktycznie każdemu dał się kiedyś we znaki. Malwinka miała niewygodne poczucie, ze złamała reguły jakiejś gry, w której mimowolnie brała udział, że wykroczyła poza rolę, którą jej wyznaczono. Nikt nie ośmielił się już dokuczać jej, otoczył ją niewidzialny mur i tylko wysyczane szeptem słowo „skarżypyta” dobiegało czasem jej uszu.

Wkrótce potem przyszło upragnione wyzwolenie i to za sprawą niesfornego, uciekającego prawego oczka – Malwinka musiała iść na operację do szpitala. Była to perspektywa sama w sobie mrożąca krew w żyłach, ale oznaczała koniec przedszkola, czyli to, czego Malwinka pragnęła najgoręcej.

Szpital

 

Szpital był poniemieckim budynkiem z czerwonej cegły wielkim, obcym i przerażającym. I znowu Malwinka posłusznie dreptała u boku mamy, tym razem nie tak ufnie jak kiedyś. Jej nóżki były całkiem miękkie ze strachu, przełykała z trudem, z powodu rosnącej guli w gardle. Jej wzrok czepiał się rozpaczliwie opadłych liści o doskonale symetrycznym żyłkowaniu, nastroszonych wróbli, ich przemyślnie ułożonych piórek i szarego nieba, jakby widziała to wszystko po raz pierwszy i nigdy już nie miała zobaczyć. Kiedy drzwi szpitala zamknęły się za nimi Malwinka pomyślała, że oto znalazła się w grobowcu i kiedy mama pójdzie do pracy zostanie tu całkiem sama. Grobowiec nie był jednak pusty, oprócz kolejnych pań pielęgniarek, które ku zdziwieniu Malwinki zapewniały ją zgodnie, że jest dzielną dziewczynką, pełen był dzieci w różnym wieku. Wszystkie ubrane były w paskudne szpitalne pidżamki i szlafroczki, a co ważniejsze nosiły na nosie okulary, najczęściej z zaklejonym szkłem. Nieliczne wyjątki miały opatrunek bezpośrednio na jednym oku. Malwinka nie była pewna czy ten ogrom ludzkiej niedoli przygnębił ją jeszcze bardziej czy też podniósł na duchu. Dzieci były zupełnie inne niż w przedszkolu. Zjednoczone wspólnym nieszczęściem bawiły się zgodnie, nawet starsze z młodszymi. Żadna klika nie monopolizowała najlepszych zabawek w szpitalnej świetlicy. Jeśli ktoś nie brał udziału w zabawie, to głównie dlatego, że zajmował się właśnie płakaniem z tęsknoty za domem – widok wcale nierzadki. Wtedy zwykle któraś z pań pielęgniarek przemawiała do niego ciepło, stawiając za przykład dzieci, które w tej chwili akurat nie płakały. Wybór padał często na Malwinkę, jako jedną z najmłodszych, która płakała wyłącznie w nocy, kiedy nikt nie widział, żeby nie zepsuć sobie reputacji dzielnej dziewczynki.

Jej dzielność wystawiana była na ciężką próbę za przyczyną opowieści Renatki zajmującej sąsiednie łóżko. Nieco starsza wiekiem Renatka znacznie dłużej przebywała w szpitalu toteż wiedziała i widziała niejedno i bardzo lubiła się tym dzielić. Pochodziła z Legnicy, które to miasto, jeśli wierzyć jej świadectwu szczególnie narażone było na przestępczą działalność czarnej Wołgi. Ucierpiała zwłaszcza rodzina Renatki. Liczni dalecy wujkowie i kuzyni, przyszywane ciocie i cioteczne babcie znajdowane były o świcie jako blade, wyssane z krwi zwłoki na chodnikach i trawnikach piastowskiej Legnicy z nie pozostawiającymi żadnych wątpliwości śladami nakłuć.

- Ale po czym można poznać, że to właśnie ta czarna Wołga – dopytywała niespokojnie Malwinka

- Jest trochę szersza niż inne Wołgi i ma czerwoną małą kropeczkę z tyłu, ale po ciemku i tak nie zobaczysz. – wyjaśniała cierpliwie Renatka.

 Czarna Wołga jak wieść niesie przyjeżdża ze Związku Radzieckiego po polską krew. Grasuje wyłącznie po zmroku, żeby nikt nie mógł dostrzec zdradzieckiej, czerwonej plamki. Upatruje sobie samotnie idącą ofiarę, jedzie za nią kawałek, oślepia reflektorami i wciąga do wnętrza. O brzasku dnia pierwsze patrole milicji obywatelskiej znajdują porzuconego bezkrwistego trupa. Tysiące przypadków według tego samego scenariusza, z czego znaczny procent w rodzinie Renatki.

Równie złowieszcza jest ręka z tarką mieszkającą na cmentarzu gdzieś w pobliżu domu jej babci. Pewna dziewczyna, nie wiedzieć czemu, wracała przez ten cmentarz po ciemku. Musiała to być daleka kuzynka lub  koleżanka, w każdym razie ktoś dobrze znany Renatce.  Straszliwa ręka, być może należąca do jakiegoś nieboszczyka, pochwyciła ją i  natarła tarką jej plecy.

- „Tylko nie mów mamie, bo gdy się o tym dowiem  zginiesz” powiedziała (ta ręka oczywiście)

Malwinka wstrzymała oddech

- Kiedy dziewczyna przyszła do domu, mama kazała jej wykąpać się - ciągnęła Renatka.

„Wymyje ci plecy” zaproponowała.  „Nie, nie trzeba” zarzekała się dziewczyna, ale matka nalegała zaniepokojona jej dziwnym zachowaniem. W końcu postawiła na swoim i zobaczyła straszne rany po tarce na plecach córki. „Kto ci to zrobił” wykrzyknęła wstrząśnięta Dziewczyna z oczywistych względów nie chciała powiedzieć, ale w końcu matka wyciągnęła z niej prawdę o straszliwej ręce i jej groźbie. „Nic się nie bój” uspokajała przerażoną córkę „po prostu nigdy więcej tam nie chodź”. Córka poszła w końcu spać. Okno jej sypialni było otwarte i przez te okno właśnie ręka  z tarką weszła jeszcze tej nocy i zabiła nieszczęsną.

Zostawianie otwartego okna jest rzeczywiście bardzo niebezpieczne, zwłaszcza podczas burzy. Jeden pan z Legnicy zapomniał o tym i poszedł do pracy. Piorun, a był to piorun kulisty, wleciał do mieszkania, a nie zastawszy właściciela schował się i poczekał na jego powrót. Tak ów niefrasobliwy jegomość padł rażony gromem na progu własnego domu. „Jak to dobrze, że pioruny kuliste we Wrocławiu praktycznie się nie występują” myślała Malwinka

Wszystkie te historie, choć przerażające, były niczym w porównaniu z opowieściami szpitalnymi.

- Tą dziewczynkę co tu spała przed tobą operowali na żywo – oznajmiała Renatka tonem konwersacyjnym.

Żaden dźwięk nie mógł wydobyć się z posiniałych warg Malwinki

- Wyjęli jej oczy z głowy i włożyli spowrotem, tylko, że tym razem dobrze – ciągnęła z zapałem

- Skąd wiesz? – Wyksztusiła Malwinka z trudem.

- Sama mi opowiadała, mówię ci przecież, że operowali ją na żywo i wszystko widziała – Renatka czasem niecierpliwiła się niepojętnością młodszej koleżanki.

- Ale jak mogła widzieć, skoro wyjęli jej oczy z głowy? – Dziwiła się Malwinka.

Na to pytanie Renatka nie znajdowała odpowiedzi, więc zaczynała opowiadać o kimś innym, kogo również operowali na żywo i tak strasznie się szarpał, że procedura wyjmowania oczu z głowy i wkładania ich na powrót miała bardzo utrudniony przebieg. Jaki był wynik operacji – czy chirurg z oczami w garści, a chłopak z pustymi oczodołami, czy coś równie koszmarnego – Malwinka wolała nie pamiętać.

Kiedy nadszedł ów pamiętny dzień, kiedy obcięto jej rzęsy i zamiast śniadania dano dwie tabletki, a na obiad kolejne dwie, Malwinka miała w głowie tylko jedno – zasnąć przed operacją, żeby nie widzieć swoich oczu wyciąganych z głowy, ani się nie szarpać. Przekonana, że to tabletki nasenne była dobrej myśli. Zaniepokoiła się dopiero, kiedy wieziono ją na salę operacyjna, a ona ciągle nie spała. Sala była wielka i ciemna. Gdzieś w odległym kręgu światła lampy postacie w maskach pochylały się nad swoją ofiarą. Malwinka szybko zamknęła oczy „Muszę natychmiast zasnąć” myślała w panice „jeden baranek, drugi baranek, trzeci baranek…” Przy którymś wczesnym baranku siódmym lub ósmym przyszli po nią.

- Jeszcze nie zasnęłam - zaprotestowała słabo – Jeszcze nie zasnęłam – powtórzyła głośniej. – Jeszcze nie zasnęłam, proszę mnie zostawić - starała się mówić wyraźnie i spokojnie.

Wszystko to na nic. Malwinka znalazła się pod lampą i ludzie w maskach pochylali się teraz nad nią.

- Ale ja jeszcze nie zasnę…- smrodliwa maska nałożona na jej twarz stłumiła dalsze protesty.

Malwinka obudziła się następnej nocy. Leżała na swoim łóżku i miała zabandażowane oczy. „Operacja się nie udała i teraz jestem ślepa” pomyślała. Na szczęście myliła się. Trzy dni z zawiązanymi oczami, kilka szklanek z wodą i talerzy z obiadem zrzuconych po omacku z szafki nocnej na sąsiednie łóżeczko były normą po takim zabiegu.

W końcu opatrunek zdjęto, potem zdjęto także szwy, coś przebąkiwano, ze należałoby poprawić, ale w końcu wypisano ją ze szpitala nakazawszy rodzicom wykonanie narzędzia tortur zwanego krzyżakiem i dręczenie nim Malwinki.

W domu czekał na nią prezent  – koń na biegunach. Miał on dotrzymywać towarzystwa rekonwalescentce podczas długiego poszpitalnego zwolnienia, gdyż żadne z jej pracujących rodziców nie mogło (a może nie dość chciało) z nią zostać. Rano, przed wyjściem do pracy mama zostawiała jej na kuchennym stole kanapki przykryte folią i herbatę w termosie. Malwinka spędzała czas na rysowaniu i baniu się, gdyż mieszkanie pozbawione mieszkańców zaczyna ujawniać swoje tajemnicze, ukryte, niezależne od ludzi życie. Pewnego razu, kiedy Malwinka weszła do kuchni, żeby zjeść śniadanie usłyszała dziwny odgłos dochodzący z kaloryfera.

- Fiii- piszczało coś przejmująco – juuuuu.

- Co to? – Malwinka znieruchomiała ze zgrozy – Kto to?

- Fiiiii – juuuuu – odpowiedział kaloryfer.

- Coś piszczy w kaloryferze – powiedziała do siebie, żeby dodać sobie odwagi dźwiękiem swego głosu.

„Czyżby to była…? Chyba to nie jest…. Ależ tak to musi być bieda! Bieda aż piszczy” wszystko się zgadzało, ale  nie napawało otuchą. „Co taka piszcząca bieda może ode mnie chcieć?”-  myśli Malwinki zaczynały się mącić ze strachu.

- Fiii – juuuu – pisk z kaloryfera brzmiał jak groźba.

Malwinka nie czekając aż rozdrażniona bieda zaatakuje, uciekła do pokoju rodziców, zatrzasnęła za sobą drzwi, wskoczyła do rozłożonego łóżka i skuliła się naciągając pierzynę na głowę.

Tego dnia mama Malwinki również najadła się strachu, kiedy po powrocie z pracy zobaczyła nietknięte śniadanie i nigdzie ani śladu swego dziecka. Po dłuższych, dramatycznych poszukiwaniach odkryła w swoim łóżku podduszone, mokre stworzenie śpiące z twarzą wtuloną w poduszkę, przykryte czym tylko się dało.

Szkoła

 

Szkoła przez porównanie z koszmarem przedszkola zdała się  Malwince, zwłaszcza na początku, istnym rajem na ziemi. Nauka sprawiała jej radość, gdyż jako bystra młoda osoba chwytała wszystko znacznie szybciej niż większość dzieci i Pani chwaliła ją średnio pięć razy na godzinę lekcyjną. Kiedy wygłaszała owo sakramentalne „Odpowie nam….” albo „przeczyta nam…” tu zawieszała głos i z ciepłym uśmiechem w oczach kończyła „Malwinka” dziewczynka promieniała szczęściem i wdzięcznością. Nigdy jeszcze w swoim krótkim życiu nie czuła się tak dowartościowana. Nie mogła sobie przypomnieć, żeby pani w przedszkolu kiedykolwiek z nią rozmawiała, poza interwencją w sprawie Maćka Dzięcioła oczywiście. Mamę, która nie widziała zastosowania dla pochwał w procesie wychowawczym, codzienne doniesienia o sukcesach szkolnych Malwinki dość szybko znudziły. Zdziwienie córki, że nie podziela jej entuzjazmu skwitowała zwięzłym „Uczysz się dla siebie”. „Co prawda to prawda” pomyślała dziewczynka „a jednak…”

    Szczodre pochwały ukochanej pani Steni nie tylko wynagradzały to rozczarowanie, ale pomagały znieść obecność Magdy Szczypalskiej, Maćka Dzięcioła, królewny Żanety i resztek jej dworu w tej samej klasie. Zresztą oni wszyscy przeniesieni do rzeczywistości szkolnej znacznie stracili na znaczeniu. Przez jakiś czas usiłowali odgrywać rolę elity, ale z czasem ulegli rozproszeniu. Dwóch narzeczonych Żanety wyprowadziło się z Wrocławia, Maciek Dzięcioł został błaznem klasowym, a Magdę Szczypalską dopadła sprawiedliwość dziejowa. Pewien dość nerwowy, młody człowiek, o niemożliwie przygarbionej postaci zwany Pawłem Gołębiem, który zwykle wpadał do klasy z okrzykiem „iiii – ha ha” na ustach, wymyślił dla niej wdzięczne przezwisko - „Sragda”  (Mała Taśto jesteś pomszczona” pomyślała Malwinka „ty i twoje liczne tupty”). Potraktowana nim Magda Szczypalska pochmurniała, traciła cały animusz i nie wiedziała jak reagować, gdyż nie miała żadnej wprawy w odpieraniu ataków cudzej złośliwości. Inaczej Malwinka - ostry język Pawła Gołębia nie oszczędził i jej. Kiedy dzieci miały czytać na rolę bajkę o zwierzętach, nie pytany o zdanie, zawołał:

- A ty, Malwina, najbardziej nadajesz się na lisa!

- A ty na wielbłąda! – Odparowała Malwinka błyskawicznie. Salwa śmiechu powitała tę ripostę, a sam Paweł Gołąb zaczerwienił się i nie wiedział, co odpowiedzieć. Zamiast tego zrobił pierwszy w życiu wysiłek, żeby się wyprostować. Stłumione chichoty chodziły po klasie do dzwonka, a niefortunny złośliwiec od tego momentu zastanawiał się długo zanim zaczepił Malwinkę.

Niestety, nie wszystkich udawało się tak sprawnie spacyfikować toteż Malwince wciąż zdarzało się słyszeć „ruda kitka” albo „okularnik” na szkolnym korytarzu podczas przerw.

Ruda Kitka

 


Pewnego razu, kiedy Malwinka wracała ze szkoły przez park, zobaczyła wiewiórkę siedzącą na oparciu ławki. Zwierzątko trzymało coś w przednich łapkach i jadło czujnie rozglądając się na boki. Zafascynowana dziewczynka zatrzymała się.

- Jaka jesteś śliczna – powiedziała mimowolnie.

Wiewiórka spojrzała na nią życzliwie.

- Ty też jesteś śliczna – odrzekła łaskawie – Kim jesteś?

- Jestem Malwinka to znaczy tak się nazywam, a jestem dziewczynką to znaczy ludzkim dzieckiem.

- Hmm – zadumała się wiewiórka – ludzkim dzieckiem powiadasz. Ludzkie dzieci rzadko bywają ładne. Ich włosom brak koloru. Dopiero kiedy dorastają… – tu wskazała ruchem łebka na dwie kobiety na pobliskiej ławce. Starsza miała włosy pofarbowane na pomarańczowo z siwymi odrostami, młodsza na wiśniowo z ciemnymi –…zaczynają się wybarwiać, ale nierówno.

- Bo widzisz kiedy się jest dzieckiem niebezpiecznie być innym, bo można zostać zadziobanym, jak kanarek. Za to dorośli chcą się czymś wyróżniać. – Tłumaczyła przejęta Malwinka nieporadnie ubierając w słowa doświadczenie swego życia.

- Jak mogą się wyróżniać, skoro wszyscy wybarwiają się na czerwono? – Zdziwiła się wiewiórka.

- Bo ich pomysły jak się wyróżnić niczym się nie wyróżniają.

- Ludzie są dziwni – Orzekła wiewiórka po chwili namysłu – Przyjemnie z tobą rozmawiać, ale muszę już iść – Dodała otrzepując łapki z okruszków.

- Będziesz tu jutro? – Zapytała Malwinka z nadzieją w głosie.

- Nie obiecuję. Moja pamięć - rozumiesz - nie jest najlepsza.

- Nie powiedziałaś mi nawet jak się nazywasz. – Malwinka nie ukrywała rozczarowania.

- Przyjaciele wołają na mnie Ruda Kitka – rzuciła wiewiórka na odchodnym i już jej nie było.

- To dziwne – powiedziała Malwinka do siebie – na mnie wołają tak ci, którzy chcą mi dokuczyć.

Pies

 


 Następnego dnia Malwinka rozglądała się bacznie za Rudą Kitką, ale nigdzie jej nie było. Zniechęcona usiadła na ławce, na której oparciu wczoraj pożywiała się wiewiórka. Zapatrzyła się na wysokie drzewa w jesiennym przepychu.

- Są piękne – pomyślała na głos.

- Jeśli tak uważasz…

Zaskoczona rozejrzała się. Kilka kroków od niej siedział duży, brudny, kudłaty pies. Kiedyś musiał być biały. Nosił pewne dalekie podobieństwo do owczarka podhalańskiego. Uśmiechał się, a jego ogon zamiatał niespiesznie żwir na ścieżce.

- Oczywiście, że tak uważam – powiedziała Malwinka z przekonaniem – A ty nie?

- No cóż. Nie wiem, co to znaczy – Odrzekł pies – Dla mnie rzeczy są takie, jakie są.

- Ale przecież coś musi ci się bardziej podobać niż coś innego. – Nie dawała za wygraną dziewczynka.

- Może gdybym miał na nosie takie urządzenie jak ty, mógłbym to stwierdzić.

- Nie musisz być złośliwy – Malwinka była urażona

- Złośliwy? – Zdziwił się pies – Myślałem, że to coś pomaga ci ustalić, co jest piękne, a co nie. – Wyjaśnił.

- To okulary. Muszę je nosić, bo moje oczy nie pracują tak jak powinny, zwłaszcza prawe. Byłam nawet w szpitalu z tego powodu. – Pochwaliła się Malwinka. – Zrobili mi operację, żeby nie uciekało.

Pies popatrzył uważnie w powiększone szkłami oczy dziewczynki.

- Widzę dwoje oczu. – Oznajmił – Żadne nie uciekło.

- Teraz już nie może, ale kiedyś chciało.

- Może nie podobało mu się to, na co patrzyło, nie było dość piękne. – Pies uśmiechnął się szelmowsko.

Malwinka zamyśliła się.

- A wiesz, że tak mogło być.

- A do czego służy przedmiot, który nosisz na szyi? – Zainteresował się.

- To klucz od mieszkania. Otwieram nim drzwi, żeby wejść do środka.

- Ale nie lubisz?

- Dlaczego? – Zdziwiła się Malwinka.

- Bo wolisz siedzieć na dworze. – Odparł pies.

- Ach, to nie takie proste. – Dziewczynka zastanowiła się chwilę. - Widzisz moi rodzice są w pracy, a siostra w szkole, a ja niespecjalnie lubię przebywać w pustym mieszkaniu, bo piszczy tam… - Malwinka zarumieniła się na wspomnienie swojej niesławnej ucieczki przed biedą - …bo to niebezpieczne.

- Myślałem, że ludzie chowają się w swoich mieszkaniach, żeby czuć się bezpiecznie.

- Tak – rzekła Malwinka z namysłem. - W zasadzie tak, ale żeby się tam dostać trzeba otworzyć bramę, gdzie może czaić się zboczeniec i pokonać schody.

- Zboczeniec? A kto to taki?

- To taki człowiek, co upatruje sobie ciebie, kiedy wracasz ze szkoły, idzie za tobą po schodach, a kiedy otwierasz drzwi od mieszkania, napada cię.

- Po co? – Zdziwił się pies.

- Tego nie wiem i nie mam ochoty się dowiedzieć. – Powiedziała Malwinka wstając. „Może ktoś już jest w domu” pomyślała. – Przyjemnie było z tobą porozmawiać. Będziesz tu jutro?

- Nie wiem. – Odparł pies z ociąganiem. - Nie robię takich dalekosiężnych planów.

„ Zapomniałam nawet zapytać go o imię” przyszło na myśl Malwince w drodze do domu. „Zrobię to jutro, jeśli oczywiście go spotkam” postanowiła

Zboczeniec


 

Następnego dnia Malwinka nie widziała ani Rudej Kitki ani brudnobiałego psa. Usiadła na tej samej ławce. „Może ktoś się jednak pojawi” westchnęła w duchu. Nagle jakiś szelest dobiegł jej uszu. Odwróciła się i zobaczyła stojącego za krzakiem mężczyznę. Coś było z nim nie tak, ale minęło trochę czasu zanim ustaliła co. Jego spodnie spuszczone były do kolan z powodów całkowicie niezrozumiałych, a w dłoniach miętosił coś, co wydawało się z niego wyrastać na wysokości bioder. Malwinka nie rozumiejąc zupełnie dlaczego, rzuciła się do ucieczki. Pewnie pobiła tego dnia rekord świata w biegach przełajowych z tornistrem na plecach. Wpadła do bramy, w pośpiechu zapominając sprawdzić czy żaden zboczeniec na nią nie czyha. Wbiegła na górę po dwa schodki. Serce waliło jej jak młotem. Kiedy udało jej się wreszcie uporać z kluczem i zamkiem, zziajana oparła się plecami o drzwi zastawiając je sobą od wewnątrz. Upewniwszy się, że nikt jej nie ściga, ani się nie dobija weszła do swojego pokoju, rzuciła na łóżko i przykryła kocem z głową. Najdziwniejsze było, że nie rozumiała zupełnie nic z tego, co jej się przytrafiło. Kim był ten człowiek?

Dlaczego obnażał te wstrętną narośl? Wszelka logika, a nawet zwykłe poczucie wstydu nakazywałoby raczej szczelnie ukryć cos tak paskudnego! Jakaś obrzydliwość biła od niego i Malwinka czuła się jakby wpadła w błoto, albo coś znacznie gorszego. Nawet gdyby teraz wyprała i wygotowała wszystkie rzeczy, które miała na sobie, to jeszcze wzrok i pamięć domagałyby się oczyszczenia. Chciałaby móc komuś powiedzieć – ale komu? Mama po powrocie z pracy wciąż jeszcze przeżywała wydarzenia dnia i opowiadała o nich tacie w sposób wykluczający włączenie się dzieci do rozmowy. Nieszczególnie była zainteresowana słuchaniem kogokolwiek. Zresztą Malwinka prawdopodobnie nie byłaby w stanie z nią o tym mówić „Izka” przyszło jej na myśl „Izka Wójcik z podwórka Ani Kluski. Ona mogłaby coś na ten temat wiedzieć”

 Bloki komunalne, do których należał blok Ani Kluski, Izki Wójcik i co dziwniejsze Królewny Żanety oddzielała od bloków Spółdzielni Cichy Kącik ulica swego czasu przemianowana ze Słonecznej na Pawłowa. „Pewnie od dużej ilości Pawłów, którzy tu zamieszkali, aż dziw, że nie znam żadnego” myślała Malwinka. Mieszkania komunalne należały się uboższym obywatelom. „Czy te wszystkie samochody zaparkowane po drugiej stronie ulicy też są komunalne?” zastanawiała się. Pod blokiem spółdzielczym stał tylko jeden – wysłużona syrenka inżyniera Dudka. Na podwórku od frontu bawiły się w piaskownicy zupełnie małe dzieci pod mniej lub bardziej czujnym okiem mam plotkujących na ławkach. Za blokiem na górce zbierali się starsi chłopcy, których Malwinka zdecydowanie wolała omijać. Od śmietnika do śmietnika przeciągał osobnik zwany Wackiem Lewatywką, który jak wieść gminna niosła podczas wojny dostał odłamkiem w głowę i rozum mu się pomieszał. Pchał swój wózek  mamrocząc niezrozumiale, zapadnięty w siebie, ale na widok każdej młodej osoby ożywiał się nadzwyczajnie.

- Lewatywa! Dupa lewatywa! – Wołał radośnie, obnażając w obleśnym uśmiechu bezzębne dziąsła.

Z tych wszystkich względów, Malwinka wolała pokonywać ulicę „Pawłową” w poszukiwaniu bardziej odpowiedniego towarzystwa. Ania Kluska i Malwinka chodziły do tej samej klasy, a nawet zostały posadzone razem w pierwszej ławce jedna - ze względu na niski wzrost, druga - z powodu wady wzroku. Ania nie była zbyt pojętna toteż Malwinka często pomagała jej w lekcjach. Mama nie była zachwycona ani tą znajomością Malwinki ani jej częstym przebywaniem na sąsiednim podwórku, a już zupełnie nie tolerowała Izki. Dlaczego – Malwinka nie mogła zrozumieć. Izka wiedziała o tylu zdumiewających rzeczach, może dlatego, że jej mama miała więcej mężów (którzy nie do końca byli jej mężami) niż inne mamy. Opowiadała nie zupełnie jasne kawały, w których nieodmiennie ktoś na koniec wołał psa o wdzięcznym imieniu „mocniej” albo „jeszcze”, a kiedy Malwinka nie wiedziała z czego się śmiać dodawała równie mętne wyjaśnienia.

W sprawie mężczyzny o spuszczonych spodniach pogląd Izki był jasny.

- To zboczeniec. - Orzekła bez wahania.

Malwinkę zatkało. Przecież to właśnie przed zboczeńcami napadającymi małe dziewczynki w bramach kryła się w parku. Wiadomości mamy były najwyraźniej niesprawdzone, a w każdym razie nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. Na pytanie o potworną narośl eksponowaną tak rozpaczliwie przez zboczeńca Izka uśmiała się serdecznie.

- Przecież to pisiorek, nie mów, że nigdy nie widziałaś.

Malwinka musiała przyznać, ze owszem, na ciszy poobiedniej w przedszkolu. Wniosek, który się nasuwał był wstrząsający – a więc ten człowiek był w istocie kimś w rodzaju wyrośniętego Maćka Dzięcioła. Pokazywanie pisiorka  tak weszło mu w krew, że musiał to robić nawet, kiedy już dawno wyrósł z wieku przedszkolnego. Pozbawiony idealnej widowni - dzieci pozorujących sen w swoich łóżeczkach  - uciekał się do występów w parku przed przypadkowymi widzami.

Dalsze roztrząsanie tematu przerwało pojawienie się w oddali Ani Kluski wymachującej tryumfalnie nad głową długim kablem. Izka ochoczo zeskoczyła z trzepaka, na którym siedziały. Wobec perspektywy gry w kręconego nawet rozmowa o zboczeńcach traciła urok. Kwestię kto kręci a kto skacze nieodmienne rozstrzygała wyliczanka.

- „Nie ma masła, nie ma serka

Wyrzucamy pana Gierka…”

Ania i Malwinka z napięciem obserwowały palec Izki. Było powszechnie wiadome, że oszukuje absolutnie zawsze.

– „…Raz, dwa, trzy

 sekretarzem bę – dziesz TY!”

Tu palec Izki wskazał na Malwinkę – musiała pomylić się w oszukiwaniu. Tym razem zniosła to dobrze i razem z Anią zaczęły kręcić kablem skandując:

- „Opa, opa

Ameryka, Europa,

Azja stój

Malwinka wska – kuj !”

Na ten błogi dźwięk kto żyw nadbiegał, żeby przyłączyć się do zabawy. Przyzwoitość nakazywała zacząć od kręcenia – Ania i Izka skwapliwie wręczyły końce kabla nowo przybyłym. Póki zmiany między kręcącymi a skaczącymi następowały szybko po sobie wszyscy bawili się zgodnie, ale wystarczyło, aby Izka uznała, ze kręci już zbyt długo konflikt był nieunikniony.

- Skułaś! – Zawołała podając koniec kabla Grażynie Podeszwie.

- Wcale, że nie! – Grażyna schowała ręce za siebie nie przyjmując go – Wcale, że nie skułam tylko ty poderwałaś oszustko jedna!

- Sama jesteś tą oszustką!

Przejście od słów do rękoczynów było płynne i naturalne.

- Ała, wariatko! Zobacz co zrobiłaś szczypawico jedna – Krzyczała Grażyna podtykając Izce pod nos lekkie zaczerwienie na skórze przedramienia. – Od tego można dostać raka i umrzeć!

- To sobie umieraj! – Izka była zniecierpliwiona.

Grażyna zamilkła z oburzenia na tak straszny cynizm i natarła z tym większą siła. Nie mogąc pokonać Izki w walce sięgnęła po ostateczny argument.

- Wynoś się stąd przybłędo jedna to nie twoje podwórko!

- Ani nie twoje tylko państwowe. Tu każdy może przyjść, nawet Murzyn z Afryki i nasrać!!! – Argumentacja Izki była bez zarzutu. Malwinka nie mogła jej nie podziwiać. Kiedy jednak strony konfliktu przeszły do obrzucania obelgami bliższych i dalszych krewnych do trzeciego pokolenia włącznie, Malwinka uznała, że ma dość wrażeń na dziś.

W domu przy dużym stole w ich pokoju, obłożona podręcznikami i zeszytami, siedziała Marzenka, jej starsza siostra i pozorowała odrabianie lekcji. Rozkładała tą dekorację zaraz po obiedzie na wyraźną sugestię mamy. Nie dość uważny obserwator mógłby przeoczyć do połowy przykrytą piórnikiem książkę z biblioteki. Czytanie było właściwym zajęciem Marzenki.  Cokolwiek miała zrobić, nie robiła tego, bo zajmowała się lekturą gdzieś sprytnie ukrytej książki. Malwinka podziwiała jej mocne nerwy i spokój, z jakim znosiła ponaglenia rodziców, słowa pełne wyrzutów, zachęty lub niepokoju. Wytrzymywała to wszystko cały czas robiąc wrażenie bardzo grzecznej i uległej dziewczynki, nie mając najmniejszej intencji zastosowania się do ich poleceń. Książki były jej schronieniem, magicznym przejściem do innego świata, w którym czuła się bezpieczna, nic więc dziwnego, że nie chciała z niego wracać.

Rzeczywistość – musiała przyznać Malwinka – jest brutalna i w gruncie rzeczy mało pociągająca, pełna zboczeńców obnażających się po parkach i długich pustych godzin między końcem lekcji a powrotem domowników, kiedy nie ma nikogo na podwórku

Efekt zaskoczenia

 



 Od czasu traumatycznego spotkania w parku Malwinka szła po lekcjach prosto do domu. Wizja zboczeńców czających się po bramach zbladła w zestawieniu z realnymi przedstawicielami gatunku grasującymi na wolnym powietrzu.

 Pewnego dnia, kiedy wchodziła po schodach, usłyszała, że ktoś albo coś za nią biegnie. „A może jednak mama miała rację” przemknęło jej przez myśl, ale nie – to tylko pies sąsiadów ścigał małe zwierzątko desperacko uciekające pod górę. Malwinka zaintrygowana pobiegła za nim. Zagnane w róg zwierzątko rzuciło się na pysk psa, a kiedy ten odskoczył, zanurkowało w dół w szczelinę między schodami i ślad po nim zaginął, a ściślej mówiąc pozostał w postaci kupki odchodów w kącie. „A więc nie przewidziało mi się” pomyślała dziewczynka zbiegając w dół. Nie znalazła jednak roztrzaskanego trupka, jak się spodziewała „Skoczyło trzy piętra w dół i nic mu się nie stało!” nie mogła uwierzyć. Drzwi do piwnicy były uchylone, a na nich ozdobione trupią czaszką wisiało ostrzeżenie, że pojawiły się szczury i wyłożono trutkę. A więc to był szczur! Wyglądał całkiem sympatycznie, jak na szczura oczywiście, tylko ten cienki ogon…, Ale największe wrażenie robiła jego desperacka odwaga i skuteczność – zaatakował psa, którego sam pysk był trzykrotnie większy, a ten się cofnął pozwolił mu uciec.

 Po obiedzie, kiedy mama podejrzliwie sprawdziła wszystkie zeszyty Malwinki z lekcjami odrobionymi w rekordowym tempie siedem minut i niechętnie pozwoliła jej wyjść na dwór, dziewczynka pobiegła prosto na podwórko Ani Kluski. Ona sama już siedziała na trzepaku.

- Popatrz, co znalazłam! – Zawołała na widok koleżanki wskazując dumnie na stertę starych „Światów Młodych” leżącą obok śmietnika.

Dziewczynki rozłożyły gazety na ławce i przykucnięte czytały komiksy w odcinkach z ostatniej strony, wymieniając przy tym komentarze. Pochłonięte tym fascynującym zajęciem, nie usłyszały nadchodzącej Magdy Szczypalskiej i jej asystentki. Kto zresztą mógłby spodziewać się ich w tym miejscu – należały do koszmarów szkolnych, a nie podwórkowych. Bystrooka Magda Szczypalska już z daleka namierzyła potencjalne ofiary i nakazała asystentce poruszać się bezgłośnie żeby uatrakcyjnić zabawę efektem zaskoczenia. Podkradła się do Malwinki i kopnęła ją w tyłek i zanim brutalnie oderwana od przyjemnej lektury dziewczynka odwróciła się, była już daleko zanosząc się swoim głupawo – okrutnym śmiechem. Asystentka wtórowała jej blado stojąc jeszcze dalej, Obie przy całej swojej zaczepności były dość ostrożne. Tata zawsze radził: Jeśli cię zaczepiają – ignoruj ich. Prędzej czy później się znudzą i dadzą ci spokój” Dla Malwinki było jasne, że musiał nigdy nie zetknąć się z osobami pokroju Magdy Szczypalskiej, które brak reakcji po prostu rozzuchwala. Dziewczynka zastanawiała się co zrobić. Nie dogoniłaby szybkonogiej Magdy, była za daleko. Wystosowała wiec ostrzeżenie słowne, ewidentnie mało przekonywujące, gdyż dręczycielka znowu podbiegła i wymierzyła kopniaka w pulchny zadek Ani Kluski. Czując się całkowicie bezkarna, nie odskoczyła tym razem tak daleko. Uczucie dziwnego ciepła zaczęło rozlewać się po ciele Malwinki, nie wiedząc jeszcze, co zamierza zrobić, wstała i poprawiła zjeżdżające okulary ruchem przypominającym opuszczanie przyłbicy. Magda nie przeczuwając, co ją czeka rechotała całkiem blisko. Zaniepokojona asystentka nieco dalej. W następnej sekundzie Malwinka żelaznym chwytem trzymała ręce Magdy jednocześnie kopiąc jej kościste odnóża z siłą, która zaskoczyła ją samą. Magda nie mogąc się wyrwać i uciec cofała się z wyrazem przerażenia na twarzy. Jej obrona była żałosna wobec szału bitewnego przeciwniczki. Malwinka potężnymi kopniakami przegoniła ją przez całe podwórko i dopiero puściła. Magda odskoczyła i bliska łez próbowała się odszczekiwać, czując jednak, że jest śmieszna pomknęła z podkulonym ogonem na drugą stronę ulicy Świerczewskiego, a asystentka za nią jak cień zbitego psa. Malwinka patrzyła jeszcze chwile za nimi. Wyprostowana, z rozdętymi chrapkami oddychała głęboko, jeszcze czując w ciele to cudowne uczucie siły i wyzwolenia – radość walki i zwycięstwa. „To najpiękniejszy dzień w moim życiu” myślała.

Kiedy w końcu odwróciła się i ogarnęła wzrokiem podwórko, wydało jej się, że wraca z bardzo, bardzo daleka i już nie ta sama. Na ławce przy śmietniku wciąż siedziała Ania Kluska, obok stała zafascynowana mała Renatka, wnuczka dozorczyni. Izka nadchodząca od strony szkoły śmiała się z daleka wznosząc kciuk do góry w geście uznania. Uplasowane na drugiej ławce Grażyna Podeszwa, Alina Myszka, Aśka-Co-Ma-Pudla i Judyta z warkoczami przyglądały się Malwince z nowym zainteresowaniem.

Tata Judyty był bohaterem. Wyratował małą dziewczynkę, która wpadła na wybieg dla niedźwiedzi we Wrocławskim ZOO. Czy z nimi walczył czy też efekt zaskoczenia unieruchomił bestie – tego Malwinka nie wiedziała. Kiedyś wzięła udział w licytacji na dokonania tatów i pożałowała tego srodze. Jej tata był spokojnym człowiekiem, który po pracy lubił chodzić na działkę, ku wściekłości mamy, ale kiedy w zakładzie była awaria przyjeżdżali właśnie po niego w środku nocy, mimo, że w tym samym bloku mieszkało kilku wysoko upartyjnionych inżynierów,

- Gdyby nie mój tata zakład by stanął – kończyła tryumfalnie swoją opowieść Malwinka.

- Zakład by stanął? – Prychnęła pogardliwie Judyta – A dokąd on idzie?

Aśka-Co-Ma-Pudla i Alina chichotały całkiem jawnie. Malwinka zaczerwieniła się. Sama nie bardzo wiedziała, co oznaczało to tajemnicze sformułowanie. Jednego była pewna – coś absolutnie katastrofalnego, a jej tata wyrwany ze snu samotnie zapobiegał nieszczęściu dzięki swojej wiedzy i odwadze, może nawet ryzykując życie – prąd mógłby go przecież całkowicie zwęglić, jak przydarzyła się jednemu koledze z pracy. Malwinka zrozumiała swój błąd – zdecydowanie nie należy rzucać pereł przed wieprze ani porównywać swojego taty z innymi. Nie miał może do czynienia z niedźwiedziami, ale był na wojnie, więc pewnie walczył nie raz. Aż dziw, że jego rady w kwestii zaczepek były takie niedorzeczne. Tata Ani Kluski bywał czasem „piany” – może dlatego, że pracował w browarze, ale z kolei tata Grażyny Podeszwy, chirurg z poradni rejonowej, nie trzeźwiał nawet w godzinach przyjęć. Mała Renatka, Aśka-Co-Ma-Pudla i Alina Myszka nie miały żadnego taty, a Izka zbyt wielu.

Babcia

 

Malwinka nie wyobrażała sobie, że mogłaby mieć innych rodziców i w gruncie rzeczy była z nich dumna. Tata nie był wprawdzie inżynierem jak mama królewny Żanety – przerwał studia kiedy się ożenił uznając, że młoda żona, praca, ukochana działka i jeszcze nauka to za dużo atrakcji na raz. Mama natomiast dokonywała cudów waleczności – pracowała, studiowała zaocznie, a do tego pięknie szyła i robiła na drutach, dzięki czemu Malwinka i Marzenka były zawsze  ładnie ubrane.

Jedynie babcia, która przebywała na przemian u nich i wujka Ludwika z Zabrza, budziła jej głęboką niechęć. Był to zupełnie inny rodzaj babci niż te, które opiekowały się w dzieciństwie jej koleżankami z podwórka komunalnego, ratując je tym samym przed groźbą przedszkola. Babcia Malwinki bowiem sama wymagała opieki. Była wprawdzie nadzwyczaj krzepka i zdrowa, ale coś dziwnego zrobiło się z jej pamięcią – zapomniała na przykład, że mama jest jej córką i zupełnie nie rozumiała, dlaczego musi mieszkać u obcych ludzi w tej dziwnej betonowej klatce o wygaszonym palenisku, Jak kompas wskazuje północ tak babcia nieodmiennie kierowała się w stronę kuchenki gazowej i usiłowała ją rozpalić. Nie było to łatwe, gdyż mama wychodząc do pracy wyłączała gaz, Używała więc czego popadnie na rozpałkę wykazując podziwu godną pomysłowość. Mama zaczęła więc zamykać kuchnię na klucz na czas swojej nieobecności zostawiając babci śniadanie i herbatę w termosie nakazując.

- Niech mama sobie odpoczywa i nie bierze się za żadną robotę.

- Po czym mam odpoczywać? – Dziwiła się babcia – Jaż nie zmęczona. – Zapewniała z zapałem.

Pozbawiona zajęcia i dostępu do paleniska, skąd całe życie sprawowała władzę nad rodziną, snuła się powtarzając „Już druga ajajaj jak ten czas leci, przed chwilą była pierwsza” albo czytała starożytną książeczkę do nabożeństwa świszczącym  szeptem. Swoich wnuczek szczerze nie cierpiała i nie przyznawała do żadnego pokrewieństwa z nimi. Zapewne przyczyniły się do tego przykre incydenty, kiedy mimo wszystkich środków ostrożności, udawało się jej dorwać do kuchenki, a dziewczynki usiłowały ja odciągnąć. Wobec niezwykłej krzepy babci i jej niezachwianego przekonania, że tu właśnie jest jej miejsce połączone siły Marzenki i Malwinki nie wystarczały. Babcia walcząc zaciekle rzucała pod ich adresem niezrozumiałe „Kap wy was wyfrancowało”. Do podobnie gorszącej szarpaniny dochodziło na ulicy, kiedy upierała się żeby przechodzić na czerwonym świetle, a dziewczynki usiłowały ją powstrzymać. Raz nawet przewróciła się i ludzie patrzyli na siostry jak na dwa młodociane potwory znęcające się nad starą kobietą.

Po południu czasem udawało się zainteresować ją telewizją.

Komentowała wtedy dokładnie wszystko zwracając się bezpośrednio do spikerów i aktorów.

- Czegoż ty kupę pokazujesz bezwstydna?!!! – Wykrzykiwała do aktorki w zbyt krótkiej, jej zdaniem, spódnicy.

Pewnego razu  jeden z aktorów nie wytrzymał. Podszedł wprost do ekranu i patrząc babci prosto w oczy krzyknął „Dość!” . Malwinka oniemiała. Była świadkiem najprawdziwszego cudu. Nie rozumiała wprawdzie jego dalszej wypowiedzi, ale sens jej zapewne był taki żeby w końcu zamilkła. Babcia zaskoczona musiała to zrozumieć gdyż tego dnia powstrzymała się od dalszych komentarzy.

Czasem bliska płaczu prosiła mamę głaszcząc jej rękę.

- Kochana moja, jaż mam syna Ludwiczka, zawieź mnie do niego.

Mama wyglądała wtedy tak jakby sama się miała rozpłakać.

- To przecież moja matka – Mówiła w udręce do taty.

- To przecież wasza babcia – Mówiła do Malwinki i Marzenki. – I bardzo was kocha – dodawała.

To było najgorsze ze wszystkiego. Dlaczego mama mówiła takie rzeczy? Przecież musiała wiedzieć, że to nieprawda. Czy myślała, że rzeczywistość dostosuje się do jej słów, jeśli będzie je wypowiadać wystarczająco często? Osiągała tyle, że Malwinka czuła się winna z powodu swojej niechęci do tej nieszczęsnej kobiety przeniesionej z małej wsi na Wileńszczyźnie do całkowicie niezrozumiałego świata, zdanej na dzieci, w których życiu nie było dla niej miejsca. Zainspirowana pragnieniem babci i swoim własnym zarazem modliła się z zapałem i wytrwałością

- Panie Boże spraw, żeby wujek Ludwik przyjechał po babcię – Zaczynała  po obudzeniu. – Panie Boże, niech wujek Ludwik przyjedzie po babcię – modliła się w drodze do szkoły i w tych momentach lekcji, kiedy nie trzeba było uważać. – Niech wujek Ludwik przyjedzie i zabierze ją stąd – powtarzała przez cały dzień ilekroć sobie przypomniała.

Po kilku tygodniach lub miesiącach przyjeżdżał wujek Ludwik i zabierał babcię do Zabrza ku niewypowiedzianej uldze i radości Malwinki. „To się nazywa moc wytrwałej modlitwy” myślała zbudowana „Jak dobrze, że istnieje Pan Bóg, do którego można się zwracać ponad głowami dorosłych