sobota, 13 listopada 2010

Przedszkole wszechogarniające

Co najbardziej przeraża mnie w polskim życiu publicznym, to jego uderzające podobieńswo do stosunków znanych mi z przedszkola. Te same samozwańcze elity monopolizujace najlepsze zabawki, ta sama sztywna hierarchia ustalona według kryteriów całkowicie niezrozumiałych dla większości zainteresowanych, podział na "coolowych"(cacy) i "obciachowych"(be) dokonany przez "opiniotwórcze gremia" zawsze na usługach silniejszego, dyżurny kozioł ofiarny atakowany przez wszystkich na wyścigi itp.
"Debata" koncentruje się na cechach fizycznych przeciwnika i brzmieniu jego nazwiska/nazwy partii. Repertuar wyzwisk nieco rozszerzony i uładzony - obok swojskiego wieśniaka czy buraka  funkcjonuje "mniej wykształcony, gorzej zarabiajacy, z mniejszej miejscowości". "Głupią wariatkę" czy "debila jednego'  zastępuje się na ogół "oszołomem", "frustratem" względnie, "nieudacznikiem" i sugeruje badania psychiatryczne.
Celem skompromitowania przeciwnika w oczach ogółu nie wystarczy już stwierdzenie, że śmierdzi, "spierdział się" lub narobił w gacie, lepiej widziane na salonach medialnych jest oskarżenie o mityczny "język nienawiści", "faszyzm", "szowinizm", "homofobię", "ksenofobię", "ciemnogród" i obowiązkowy "antysemityzm".

Gorzej mi od tego.

Lata spędzone w przedszkolu były największym koszmarem mojego życia. Nawet w najgorszych snach nie podejrzewałam, że jako dorosła osoba będę musiała do niego wrócić. Jednak od czasu  pracy w pewnym liceum prowadzonym przez zakonnice, gdzie  jedna starsza wiekiem siostra powiedziała mi z przyganą w głosie, że mam niewłasciwy kolor włosów (chodziło o kolor naturalny), nic mnie już nie jest w stanie zadziwić.

Politykom partii rządzącej, funkcjonariuszom "mainstreamowych" mediów  i  spotkanym na drodze życia czcigodnym osobom, które mimo wieku nie wyzbyły się przedszkolnego patrzenia na bliźnich, dedykuję pierwszy rozdział mojej książeczki dla dzieci uciemiężonych (nigdzie wcześniej nie publikowanej).

Przedszkole



      Wszystkie nieszczęścia Malwinki zaczęły się pewnego jesiennego poranka, kiedy to mama zaprowadziła ją do tego strasznego miejsca zwanego przedszkolem. Malwinka szła ufnie przy boku mamy, nie przeczuwając, co ją czeka, Ciężkie okulary zjeżdżały z małego noska i dziewczynka musiała co chwilę je poprawiać. Grube szkła powiększały szarozielone oczy Malwinki do rozmiarów spodków, nadając jej twarzy wyraz ciągłego zdziwienia lub przerażenia. Lewe zasłonięte było plastrem, więc musiała się zadowolić tym, co widziało jej prawe oczko. Nie było to zbyt wyraźne, bo prawe oczko Malwinki nie chciało pracować, a co gorsza uciekało w stronę noska. „Wcale się nie dziwię - pomyślała Malwinka, kiedy zobaczyła przedszkole od środka - sama bym chętnie uciekła”.
       Nigdy jeszcze nie widziała takiej ilości dzieci zgromadzonych w jednym miejscu. Pani była tylko jedna, toteż po przywitaniu nowej podopiecznej, zostawiła ją samej sobie. Zdrętwiała z przerażenia dziewczynka przycupnęła w jakimś kątku wstrzymując oddech, pragnąc stać się niewidzialna. Udało jej się to w pewnym stopniu, gdyż dzieci w większości zignorowały ją. Te, które ją jednak zauważyły ograniczyły się do skomentowania jej okularów w tonie nieprzychylnym. Malwinka była zaszokowana – okulary wprawdzie utrudniały jej życie, ale nie mogła zrozumieć, dlaczego przeszkadzają innym dzieciom albo dlaczego kolor jej włosów budził taką dziwną reakcje. „Przecież nie zrobiłam im nic złego. – myślała - Dlaczego mi dokuczają?”
      Wszystkie kolejne dni w przedszkolu były powtórzeniem pierwszego w nieco złagodzonej wersji. Malwinka nigdy nie poczuła się tam dobrze. Mimo wielkiej ilości dzieci nie zawsze miała się z kim bawić i większość czasu po prostu przeczekiwała. Podobały się jej tylko makabryczne piosenki z nieoficjalnego obiegu dobrze oddające nastrój tej ponurej kazamaty jak np. ta o fabrycznej dziewczynie. Życie fabrycznej dziewczyny nie było łatwe, gdyż „co dzień o szóstej rano ryk syren budził ją” – Malwinka czuła tą sprawę gdyż i ją o podobnej porze wyciągano z łóżeczka i wleczono do tego przedpiekla. Niewyspana fabryczna dziewczyna musiała przysnąć lub się zagapić, bo „nagle pędzące koła w tryby wkręciły ją, krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”. W efekcie „nad jej grobem chłopak stał, o śmieć Boga prosił”. Tu Malwinka mogła bezkarnie dać upust łzom żalu nad nieszczęsną fabryczną dziewczyną, swoja własną niedolą i chłopakiem, który nie mógł się doprosić śmierci. To musiał być naprawdę swój człowiek, myślała Malwinka, nie tak jak Hendryk, bohater kolejnego hitu.
      Otóż pewien człowiek mający córkę przecudnej urody z niejasnych względów „wydał ci ją za Hendryka, największego rozbójnika”, który zabił jej brata i zabrał jego chustkę. Zapewne była skrwawiona, gdyż Hendryk zażądał:
„Żono, żono wypierz mi ja i na słońcu wysusz mi ją
Żona prała i płakała, bo tą chustkę poznawała
To jest chustka brata mego, wczoraj w nocy zabitego”
Hendryk, gdy to usłyszał bardzo się na nią rozzłościł i                
„rano wywlókł ją na łączki, powyrywał białe rączki
Powyrywał białe rączki i wydłubał jasne oczy…”
      Potworność tego czynu nie mogła się pomieścić w głowie, choć po namyśle Malwinka stwierdziła, że niektórzy chłopcy, jak np. Maciek Dzięcioł – jej główny prześladowca – mogli być zdolni do czegoś podobnego. Mówili brzydkie słowa jak na przykład pisiorek, albo nawet sisiorek i inne, których znaczenia nie rozumiała. Podczas ciszy poobiedniej, gdy tylko pani wyszła, wyskakiwali z pościeli i pokazywali wszystkim dzieciom gołe tyłki i inne przedziwne części ciała. Maciek Dzięcioł robił świecę na łóżku, po czym na przemian błyskawicznie ściągał i nakładał majtki, wołając „iii – ooo, iii – ooo jedzie karetka pogotowia!”
     Karetka pogotowia rzeczywiście przyjechała, kiedy Magda Szczypalska popchnęła małą Taśtę tak mocno, że ta upadła uderzając głową o kant ławki i rozcięła sobie łuk brwiowy. „Krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”, choć Taśta nie była fabryczna dziewczyną i Malwinka miała niepokojące przeczucie, że nad jej grobem nikt by o śmierć Boga nie prosił. Tymczasem żyła jeszcze, leżała na podłodze trzymając biedne małe rączki przy twarzy, a jej płacz nie miał już w sobie nic ludzkiego, przypominał skowyt rannego zwierzęcia. Malwinka nie widziała nigdy w życiu takiej ilości krwi – i to wszystko wypłynęło z drobnej, chudej Taśty
     Rana wymagała szycia. Pani wezwała obie mamy – dręczycielki i jej ofiary. Mama Taśty – starsza, zmęczona, skromnie ubrana – wyglądała dziwnie obojętnie, bardziej skrępowana faktem wezwania jej do przedszkola niż przejęta losem swego dziecka. Mama Magdy Szczypalskiej – śliczna, młoda i elegancka, z pobladła twarzą i łzami napływającymi do oczu – była przerażona i roztrzęsiona. Malwinka współczuła jej z całego serca, że urodziła takiego potwora.
     Magda Szczypalska, bowiem, choć należała do dworu królewny Żanety - przedszkolnej elity - i mogła bawić się najładniejszymi zabawkami, szybko się tym nudziła. Zdecydowanie wolała zabawę kosztem innych dzieci. Taśta była ofiarą idealną – zastraszona, drobna i słaba, sepleniła(mówiła „t” zamiast „k”) i często robiła „tuptę” w majtki. Płakała wtedy cichutko, bojąc się powiedzieć komukolwiek, gdyż pani, kiedy cos takiego odkryła, nie kryjąc zniecierpliwienia i obrzydzenia, zawstydzała ją przed innymi dziećmi.
- Zesrała się w gacie!!! – wołała Magda Szczypalska w uniesieniu, wybuchając przy tym śmiechem, o którym trudno powiedzieć czy był bardziej okrutny czy głupkowaty. Na jej widok Taśta bladła i drętwiała w bezruchu jak mały ptaszek pod wzrokiem jadowitego węża. Dręczycielka próbowała jak daleko może się posunąć, a nie napotykając oporu posunęła się za daleko. Teraz nawet ona czuła się nieswojo. Przez kilka dni wszystkie dzieci unikały jej jak zadżumionej i Malwinka ze zdziwieniem odkryła na jej twarzy coś, co trochę przypominało ludzki wyraz smutku i zagubienia. Taśta do przedszkola już nie wróciła, a Magda Szczypalska po krótkim okresie niełaski zajęła swoje miejsce na dworze królewny Żanety, gdyż nikt, absolutnie nikt nie mógł się oprzeć pięknym drogim zabawkom i słodyczom, których nie skąpili jej zamożni rodzice.
     Niedługi czas po tym zdarzeniu, kiedy Malwinka wciąż miała w oczach zakrwawioną Taśtę, a w uszach jej krzyk, wyglądając na przedszkolne podwórko zauważyła coś niezwykłego. Na nagich gałęziach drzewa oprócz wróbli, które zawsze tam były, siedział kanarek. ”Musiał uciec z klatki” pomyślała i uśmiechnęła się mimo woli Wyglądał jak promień słońca w tym ponurym otoczeniu. Tego dnia oczekiwanie na mamę nie dłużyło jej się tak bardzo.
     Nazajutrz jesienne słońce nieśmiało przezierało się przez zasłonę chmur, więc pozwolono dzieciom wyjść na dwór. Malwinka rozglądała się bacznie w nadziei ujrzenia kanarka - dziś nie była całkiem pewna czy jej się nie przywidział. Straciła już nadzieję, gdy nagle wzrok padł na jaskrawożółty przedmiot leżący na ziemi – był to kanarek, martwy. Malwinka przykucnęła i podniosła go – był zimny i sztywny.
- Zadziobały go wróble – głos dochodził z góry, więc Malwinka podniosła wzrok. Na najniższej gałęzi drzewa siedział nieduży, ciemny ptak z żółtym dzióbkiem. Jego skrzydła połyskiwały wszystkimi kolorami tęczy.
- Dlaczego? – wyszeptała dziewczynka.
Szpak wzruszył skrzydłami.
 – Był inny i nie umiał się obronić. Każdy z tych powodów z osobna byłby wystarczający, a co dopiero oba naraz – ptak wydawał się znudzony wyjaśnianiem takiej oczywistości.
- Przecież chyba nie zrobił im nic złego? – nie mogła zrozumieć Malwinka.
- Co to ma do rzeczy? – ptak był wyraźnie zniecierpliwiony.
- Bo moja mama mówi, że jak ktoś jest dobry dla innych, to i inni są dobrzy dla niego i że nie wolno odpłacać złem, nawet jeżeli ktoś jest dla nas zły, a co dopiero atakować kogoś, kto nic nam nie zawinił – wyjaśniła Malwinka cierpliwie.
- Nigdy czegoś podobnego nie słyszałem – prychnął ptak pogardliwie. – I nie widziałem nigdy ludzi stosujących się do takiej nauki – dodał po chwili namysłu.
Malwinka milczała. Musiała w duchu przyznać mu rację. Spojrzała na mieniące się kolorowo piórka na skrzydłach ptaka
 I cos ja zastanowiło.
- Przecież ty także jesteś kolorowy, dlaczego nikt nie zadziobał ciebie? – zapytała olśniona.
 - Wszystkie szpaki takie są – odrzekł ptak z godnością. – A poza tym jak możesz porównywać niewypowiedzianie elegancki połysk moich piórek z wściekłym kolorem tego tu nieszczęśnika – dodał urażony.
- Mi się podoba, jest jak słońce.
- Lepiej by było dla niego, żeby nie był, albo żeby poszukał sobie towarzystwa innych nieprzyzwoicie żółtych kanarków – odparował szpak i już go nie było.
Malwinka zakopała małego trupka i zamyślona wróciła do przedszkola.


      Tego dnia przy obiedzie Maciek Dzięcioł wymyślił sobie nową rozrywkę – chlapanie zupą na Malwinkę. Z chwilą, gdy tłuste krople zlądowały na okularach dziewczynki i ładnej, uszytej przez mamę sukience, coś się w niej odmieniło. „Nie chcę być zadziobanym kanarkiem, niech dorośli, jeśli są tacy mądrzy, decydują, czym należy odpłacać za coś takiego” pomyślała gwałtownie wstając od stołu i kierując się prosto w stronę pani przedszkolanki. Skutek tej interwencji przerósł najśmielsze oczekiwania Malwinki – Maciek Dzięcioł musiał skończyć swój obiad na środku stołówki, siedząc na ziemi przy krzesełku. „Ponieważ je jak świnka” wyjaśniła pani. Wyglądał przez chwilę jak bardzo nieszczęśliwy zawstydzony chłopczyk do momentu, kiedy jego wzrok padł na Malwinkę.
- Sssskarżypyta – wysyczał złowieszczo.
- Sam się o to prosiłeś – odpowiedziała z bezpiecznej odległości.
     Całe to zajście wstrząsnęło przedszkolną opinią publiczną. Nie przyczyniło się do wzrostu popularności Malwinki na dworze królewny Żanety, z którym Maciek był związany, ale inne dzieci były usatysfakcjonowane widokiem jego upokorzenia – praktycznie każdemu dał się kiedyś we znaki. Malwinka miała niewygodne poczucie, ze złamała reguły jakiejś gry, w której mimowolnie brała udział, że wykroczyła poza rolę, którą jej wyznaczono. Nikt nie ośmielił się już dokuczać jej, otoczył ją niewidzialny mur i tylko wysyczane szeptem słowo „skarżypyta” dobiegało czasem jej uszu.
     Wkrótce potem przyszło upragnione wyzwolenie i to za sprawą niesfornego, uciekającego prawego oczka – Malwinka musiała iść na operację do szpitala. Była to perspektywa sama w sobie mrożąca krew w żyłach, ale oznaczała koniec przedszkola, czyli to, czego pragnęła najgoręcej.

czwartek, 11 listopada 2010

I już po roku zrozumiałam...

W czasach kiedy namiętnie oddawałam się lekturze duchowej przeczytałam wiele świadectw. Zwroty typu "wtedy spotkałem Jezusa", "Pan powiedział mi/dał mi poznać" albo "już po roku/dwóch/trzech/pięciu zrozumiałem..." (czemu miało słuzyć jakieś konkretne, zazwyczaj trudne doświadczenie) należały do stałego repertuaru. Szczerze zazdrościłam tym, którzy spotkali Jezusa i tym, którym Pan powiedział albo dał poznać co mają robić, ale najbardziej tym, którzy już po roku zrozumieli.

Niedawno, a mówiąc konkretnie w Dzień Zaduszny, skończyłam 45 lat. Według wszelkiego prawdopodobieństwa mam bliżej do końca swojej ziemskiej wędrówki niż do początku, a wciąż nie mogłabym uczciwie powiedzieć o sobie, że zrozumiałam cokolwiek z tego, co mi sie przydarzyło, albo zobaczyłam dobroczynne skutki traumatycznych doświadczeń. Owszem, widzę, że rezygnacja z pierwszej pracy, gdzie mało zarabiałam i nie traktowano mnie poważnie, była największym głupstwem jakie popełniłam w życiu, ale ta wiedza niczego mi nie ułatwia, wręcz przeciwnie.

Wyjątkiem jest jedno doświadczenie, którego sens zrozumialam już po sześciu latach. W czasach kiedy moje dochody były w miarę stabilne zdarzało mi się kupić coś, co nie było absolutnie niezbędne. Tak było z butami firmy Ecco przecenionymi z czterystu coś tam na dwieście coś tam PLN. Były tak wygodne, że na ulicy czułam się jakbym wyszła z domu w kapciach. Ich wygląd też wydawał nieco zbyt kapciowaty w zestawieniu z moją ówczesną elegancją. Poszły więc w odstawkę jako ewentualni następcy butów górskich. Mijały lata. Moja sytuacja finansowa zmieniła się dramatycznie wraz z utratą pracy, co gorsza szanse na zmianę, nie wspominajac o jakiejś stabilizacji, przestały istnieć na skutek przekroczenia czterdziestego roku życia. Ten piękny wiek bowiem na rynku pracy oznacza wyrok śmierci, skazanie na niebyt.

Mój ojciec zachorował i umarł, moja matka zachorowała na reumatoidalne zapalenie stawów i też chciała umrzeć (każdy by chciał), ale jej czas jeszcze nie nadszedł. Musiała się przestawić na zupełnie inny rytm, zaakceptować ograniczenie zdolności ruchu i zależność od sterydów. Odwagi, aby po raz pierwszy (od czasu choroby) wyjść na dwór nabrała na widok owych "kapciowatych" butów na moich nogach. Oddałam bez wahania. Nie muszę chyba tłumaczyć czym sa wygodne, dobrze zrobione buty dla chorych stóp. Służą jej dobrze do dziś.

Nie wiem czy to świadectwo zbuduje kogokolwiek. Wniosek - nie należy wyrzucać dobrych rzeczy. Tyle tylko dane mi było zrozumieć w życiu. Reszta pozostaje tajemnicą i nie sądze, aby to się zmieniło.

środa, 10 listopada 2010

Jeszcze o teorii gór lodowych

W poprzednim poscie umieściłam napisany onegdaj artykuł o torturowaaniu kobiet idiotycznym ideałem urody. Pozornie nie ma wiele wspólnego z teorią gór lodowych, a jednak...

Na zdrowy rozum, człowiek nie powinien kwestionować kształtu i rozmiaru swego ciała, zwłaszcza jesli jest zdrowe i dobrze mu służy. Skąd ta autodestrukcyjna niezgoda na własny wygląd? Nikt nie wpadłby na coś takiego, gdyby nie inni, którzy podsunęli mu chorą ideę: Powinieneś  wyglądać nie tak jak wyglądasz tylko zupełnie inaczej. Przyznanie im racji (nawet częściowe) to rozpoczęcie beznadziejnej walki przeciw naturze, w której człowiek zawsze jest przegrany niezależnie od tego czy osiągnie swój absurdalny cel czy nie.

Pewnej analogii dostarcza nauka Kościoła o powołaniach, a ścislej ten jej fragment, który głosi, że zasadniczo są dwa: małżeństwo i kapłaństwo/życie konsekrowane. Jeśli ktoś nie łapie na jedną z tych opcji to znaczy, że coś jest z nim nie tak. I znowu zaczyna się beznadziejna walka, aby dopasować rzeczywistość do przyjętych z góry założeń.

Podobne zjawiska można zaobserwować w życiu publicznym - vide Gazeta Wyborcza pouczająca tubylczy naród jak bardzo jego tradycja jest głupia, anachroniczna i szkodliwa oraz dostarczająca "postępowych" idei, które nosi się na "europejskich" salonach.

Przyklady możnaby mnożyć.

Być może jest tak, że szarpiemy się z jakąś niemożnością tylko dlatego, że nie potrafimy zaakceptować rzeczywistości takiej jaka jest? Nie wiem. Gdzie przebiega granica miedzy tym, co możemy zmienić, a tym, co powinniśmy zaakceptować?

Nie ośmieliłabym się powiedzieć komuś bezdomnemu, albo wlaśnie wyrzucanemu na bruk, bo nie ma  z czego zapłacić czynszu, "zaakceptuj to". Nie sądzę, że taki argument trafiłby do samobójcy, który nie ma pracy ani mieszkania ani żadnej nadziei na zmianę tego stanu rzeczy.

sobota, 6 listopada 2010

Śmierć i dziewczyna

       Dla współczesnych autora obrazu - Hansa Baldunga Griena - interpretacja motywu śmierci i dziewczyny była dość oczywista. Śmierć czająca się za plecami młodej osoby kontemplującej swoją urodę w lustrze, dość bezceremonialnie przypomina jej o przemijalności dóbr tego świata, z których powab i świeżość młodości są najbardziej nietrwałe.
       W naszych czasach natomiast wyrazistość metafory zaciera się, gdyż dla wielu piękność dziewczyny jest wielce wątpliwa a jej zachwyt nad sobą nieuzasadniony. To raczej androgyniczne, wysmukłe kształty śmierci, jak również modnie zbrązowiały kolor szczątków jej ciała znalazłyby uznanie w świecie mody i show biznesu. Jedynie twarz, a raczej to, co z niej pozostało, mogłaby razić nadmiarem ekspresji, a resztki włosów pewną nieregularnością. Gdyby jednak wyposażyć śmierć w głowę o nieco bardziej konwencjonalnej urodzie miałaby, bez wątpienia, przed sobą karierę top modelki.
        Takie właśnie niepokojące połączenie wizerunku śmierci i dziewczyny dokonało się pod koniec ubiegłego wieku i stało się obowiązującym ideałem urody kobiecej reprezentowanym przez skrajnie wychudzone wysokie młode osoby biegające po wszystkich wybiegach świata.  Ilekroć na nie patrzę nieodmiennie przychodzi mi do głowy opowiadanie Borowskiego „U nas w Auschwitzu” i mam ochotę dorzucić do listy atrakcji tego niezwykłego miejsca „A u nas w Auschwitzu to nawet pokazy mody dają!” To, że modelki przełykają bez mrugnięcia powieką wymagania w tak oczywisty sposób urągające estetyce i niebezpieczne dla zdrowia, można ewentualnie zrozumieć – pieniądze, jakie mają szansę zarobić w tym zawodzie są niebagatelne. Najdziwniejsze jednak jest, że rzesze kobiet niezwiązanych z branżą głodzą się i torturują swoje ciała w imię zbliżenia się do tego absurdalnego wzorca. Nie da się tego fenomenu wyjaśnić przesłankami natury estetycznej – widok wychudzonego do ostatecznych granic ciała ludzkiego przez skojarzenie ze śmiercią zawsze budzi odrazę i lęk. Najlepszym przykładem jest reakcja pewnego młodego robotnika, który brał udział w odkopywaniu zasypanych podziemi przemyskiej twierdzy po pierwszej wojnie światowej. On pierwszy natknął się na rosyjskiego oficera, który przebywał tam od niewiarygodnie długiego czasu bez jedzenia. Na skutek szoku wywołanego widokiem żywego kościotrupa, młody człowiek znalazł się w szpitalu psychiatrycznym.
      Uzasadnienie filozoficzno – socjologiczne, że śmierć tak konsekwentnie pomijana milczeniem w naszej kulturze, przypomina o sobie w show biznesie poprzez podobne do szkieletów modelki i filmy pełne bezprzykładnego okrucieństwa, wydaje mi się nieco naciągane. Znacznie bardziej przekonywujące jest wyjaśnienie  natury obyczajowej – moda dla kobiet tworzona jest przez homoseksualnych projektantów. Trudno się dziwić, że odmienność kobiecego ciała nie inspiruje tych panów - ich ideałem urody jest chłopiec w wieku pokwitania.
      Istnieje jeszcze aspekt ekonomiczny zjawiska – przymus ciągłego odchudzania to żyła złota. Zważywszy, ze żadna kobieta nie wygląda jak młody chłopiec, wszystkie są potencjalnymi klientkami. Na myśl ile zarabiają na tej zbiorowej histerii producenci pigułek i kremów odchudzających, właściciele fitness klubów, autorzy diet–cud, wytwórcy magicznych pałeczek do ćwiczeń i wkładek do obuwia kręci mi się w głowie. Co więcej panie, którym udaje się osiągnąć stopień wychudzenia bliski ideału więdną przedwcześnie i znowu można na nich zarobić oferując im kremy liftujace i zabiegi chirurgiczne. Osobiście jestem przekonana, ze pieniądze są kluczem do problemu. Popadające w anoreksję nastolatki a nawet ofiary śmiertelne tego zbiorowego szaleństwa nikogo nie wzruszają – w biznesie nie ma sentymentów.
      Tym bardziej cieszą nieliczne głosy rozsądku usiłujące się przebić przez tę kampanię nienawiści do własnego ciała. Niektóre brzmią wręcz humorystycznie lękliwie próbując uzasadnić rzeczy oczywiste. Nie zapomnę artykułu, który onegdaj ukazał się w pewnym piśmie kobiecym. Prezentował trzy bardzo zgrabne i urodziwe panie noszące rozmiary 40,42 i 44. Autorka dość niepewnie przekonywała, że one TEŻ mogą ładnie wyglądać i podobać się. Owo tragikomiczne TEŻ ubawiło mnie serdecznie. Dlaczego ładne, proporcjonalnie zbudowane kobiety miałyby się nie podobać normalnym mężczyznom? A poza tym jaki inny rozmiar można nosić przy wysokim wzroście? Chyba tylko większy!
     Kobiety nie przypominające szkieletów znalazły się w sytuacji Calypso z opowiadania Karen Blixen ”Potop w Norderney”. Ta młoda piękna dziewczyna wychowywała się na zamku swego wuja hrabiego Serafina, któremu sama myśl o kobiecości sprawiała przykrość i budziła zwątpienie. Był zdania, że żadna kobieta nie może nigdy dostać się do nieba, pełnego - w jego przekonaniu - nadobnych młodzieńców odzianych w przezroczyste szaty przechadzających się parami i recytujących jego wiersze do jego własnej muzyki. Wyobrażał sobie, że jest opatem wytwornego zakonu, do którego mieli dostęp tylko młodzi wysoce utalentowani, urodziwi zakonnicy szlachetnej krwi i dobrych manier. Hrabia tolerował siostrzenicę dopóki była dzieckiem, miał nawet nadzieję przerobić ją na chłopca. Kiedy mu się to nie udało odwrócił się od niej ze wstrętem i unicestwił swoja pogardą. Także żaden z młodych faworytów nie śmiał spojrzeć w jej stronę w obawie, ze zostanie uznany za nieokrzesanego prostaka i bezguście znajdując upodobanie w czymś tak odrażającym jak kobieta.  Zdesperowana Calypso postanowiła obciąć swoje piękne długie włosy i odrąbać młode, krągłe piersi, aby przystosować się do otoczenia. Przed wykonaniem owego koszmarnego zamysłu uratowało ja odkrycie schowanego na strychu obrazu. Była to scena mitologiczna pełna silnych, zdrowych, nagich ciał – fauny i satyry uganiały się za nimfami pod okiem Dionizosa. Widok istot zbudowanych tak jak ona, podziwianych i adorowanych pomógł jej zaakceptować własną kobiecość, a nawet zachwycić się nią.
     Myślę, że zapoznanie się z dziedzictwem sztuki europejskiej pod kątem ideału kobiecej urody mogłoby wyleczyć wiele pań z irracjonalnego, a niszczącego przekonania, że ich ciało ma niewłaściwy kształt lub rozmiar.
     Nawet w starożytnej Grecji, najbardziej homoseksualnym społeczeństwie w dziejach, gdzie ulubionym tematem w sztuce był nagi młodzieniec, nie usiłowano przerabiać kobiet na efebów. Do IV w. p.n.e. akt kobiecy był tabu w rzeźbie pełnej. Przełamał je wielki Praksyteles, portretując swoją kochankę, sławną z urody heterę Fryne, jako Afrodytę (tzw. Wenus z Knidos). Łatwo zauważyć, że w żadnym wypadku nie jest to osoba chuderlawa.. Jej posagowe ciało zajmuje trochę miejsca w przestrzeni i ma swój ciężar.
      Przez kontrast szczupła, późnogotycka Ewa Tilmana Riemenschneidera o spadzistych, wąskich ramionach i drobnych piersiach wygląda jak zamorek, choć i ona ma zdecydowanie kobiece kształty i wychudzona nie jest.
    Podobnie, pełna wdzięku, urocza Ewa  Rafaela, która nawiązuje do antyku nie tylko pozą - zgrabnym kontrapostem - lecz także znacznie bardziej substancjalną i proporcjonalną budową.
      Barokowy ideał  urody zazwyczaj kojarzy się z pełnym rozmachu, witalności i siły malarstwem Rubensa. Ta radosna afirmacja ciała, zwłaszcza kobiecego, może budzić zazdrość współczesnego człowieka tak bardzo odciętego i pełnego kompleksów.
Nie wszyscy współcześni flamandzkiego mistrza podzielali jego upodobania. Wenus z lustrem Diego Velazqueza  reprezentuje  zupełnie inny typ urody.
Wielki Hiszpan nie sięga ani do antyku ani do gustów epoki. Po prostu maluje swoją modelkę – niezwykle zgrabną kobietę o szczupłej talii i szerokich biodrach – wiernie i przekonywująco.
     Równie zgrabna, choć nieco pulchniejsza jest jasnowłosa Sidonie pozująca do „Śmierci Sardanapala” Eugene’owi Delacroix, właścicielka „najpiękniejszych pleców, jakie zna malarstwo francuskie”.
    Ten krótki przegląd kończę przepięknym aktem Amadeo Modigliani’ego. Bujność kształtów modelki z całą pewnością nie szkodzi jej wspaniałej urodzie.

     Nie wdając się w szczegółowe rozważania na temat ideału urody kobiecej w poszczególnych epokach, chciałabym zwrócić jedynie uwagę, że żadne mody czy preferencje w przeszłości nie dzieliły tak drastycznie kobiet na kategorie jak obecnie. Szczupła Wenus z lustrem Velazqueza była równie uprawniona jak bujne piękności Rubensa czy nieco zmęczona Hendrickje Stoffels pozująca Rembrandtowi do Betsabe. Modelkami Modigliani’ego bywały panie o bardzo różnych rozmiarach i zapewne ani on sam ani nikt z jego współczesnych nie uzależniał ich atrakcyjności od wagi.
    W naszych czasach natomiast linia podziału jest ostra i jasna, określona co do centymetra i kilograma. Po jednej stronie tzn. do rozmiaru 38 (10 według numeracji angielskiej) są panie szczupłe tzn. atrakcyjne po drugiej „puszyste” .cokolwiek to miałoby oznaczać (puszyste mogą być włosy, sierść, ciasto albo śnieg, nigdy człowiek). Język polski dysponuje całym bogactwem nie obraźliwych przymiotników na określenie osoby korpulentnej jak na przykład pulchna (wywodzące się od łacińskiego pulchra – piękna) czy tęga (o równie pozytywnych konotacjach np. tęga głowa, tęga mina, tęgie zdrowie). Poza tym kobiety noszące rozmiary 40, 42 czy 44 – zwłaszcza przy wysokim wzroście – mają najzupełniej normalne proporcje i nikt przy zdrowych zmysłach nie zaliczyłby ich do tęgich.
      Chciałam również zauważyć, że określenie „zgrabna” nie oznacza chudości tylko proporcjonalną budowę i może dotyczyć osób o sporej tuszy o ile jest harmonijnie rozłożona. Wdzięk i powab natomiast charakteryzuje każdego, kto dobrze czuje się we własnym ciele, czego najlepszym przykładem są bardzo nieraz okrągłe kobiety afrykańskie poruszające się z niezrównaną gracją. Podobnie jak modelkom dawnych mistrzów nigdy nie przyszło im do głowy kwestionować kształtu swego ciała. Ich problemem jest przeżycie - zdobycie pożywienia, urodzenie zdrowych dzieci i wykarmienie ich. Taka perspektywa ustawia wszystko inne we właściwych proporcjach.
      Bolączką naszej cywilizacji jest poszukiwanie jakiegoś abstrakcyjnego szczęścia w oderwaniu od codzienności. Z niepojętych przyczyn wierzymy, że owo nieuchwytne szczęście jest bardziej dostępne chudym. Głodzimy się więc niemiłosiernie coraz bardziej nieszczęśliwe, bo pastwiąc się nad własnym  ciałem czy odcinając od niego pozbawiamy się  zdolności odczuwania prostych przyjemności jak np. smaczny posiłek. Ciało w naszej kulturze stało się wrogiem, z którym się walczy, źródłem nieustannej frustracji lub towarem eksploatowanym w filmach porno lub magazynach dla panów.  
      Warto sobie uświadomić, że natychmiastowe skojarzenie nagości z pornografią jest smutnym skrzywieniem naszych czasów. W starożytności nago przedstawiano przede wszystkim bogów i herosów. W sztuce chrześcijańskiej nagość pierwszych rodziców w raju i nowo narodzonych dzieci oznaczała niewinność. Miała również swój aspekt eschatologiczny – w licznych przedstawieniach sądu ostatecznego prawdę o zmartwychwstaniu ciała obrazują nagie ludzkie postacie powstające z grobów. Michał Anioł nie wahał się umieścić tłumu nagich, atletycznych ciał na ścianie ołtarzowej Kaplicy Sykstyńskiej. Draperie zasłaniające ich łona i co bardziej wypięte pośladki dodano po jego śmierci.
     Wypada pozazdrościć tak pozytywnego i naturalnego stosunku do własnej cielesności. Można się do niego nieco zbliżyć uświadamiając sobie, że dążenie do absurdalnego ideału lansowanego przez pop kulturę nie przyniesie nam szczęścia ani nie doda atrakcyjności – wręcz przeciwnie! Nie dajmy się zwariować!

Teoria gór lodowych

Pada deszcz i niedźwiedzie polarne nie wypływają w morze. Mogłyby sie utopić nie napotkawszy na swej drodze pokrywy lodowej, albo jej fragmentów. Nie pozostaje im nic innego jak oddawać się intensywnemu życiu duchowemu o tzw. suchym pysku

Czytałam kiedyś raport o samobójstwach nie pamiętam gdzie - pewnie gdzieś w internecie. Uderzyło mnie, że głównym powodem jest trudna sytuacja finansowa, niemożność zaspokojenia potrzeb - choćby tak podstawowych jak praca i mieszkanie, brak nadziei. Sporą grupę samobójców stanowią ludzie w średnim wieku - po czterdziestce lub piędźciesiątce. Normalni dorośli ludzie, nie żadne tam niedoważone, niestabilne emocjonalnie nastolatki po świeżym zawodzie miłosnym.
Nie mogę przestać zadawać sobie pytania dlaczego dla sporej grupy ludzi tak podstawowe dobra jak praca i mieszkanie są tak dalece niedostępne, że jedynym wyjsciem wydaje się samobóstwo. Czy to samooczyszczajacy mechanizm natury, dzięki któremu jednostki bardziej wrażliwe, mniej przystosowane same się eliminują zostawiająć wiecej przestrzeni bezwzględnym i skutecznym?
Dlaczego dla niektórych tak oczywiste etapy rozwoju jak znalezienie pracy,usamodzielnienie się, założenie rodziny czy pozyskanie mieszkania są całkowicie nie do pokonania, mimo ogromnego wysiłku?
Psychologowie i socjologowie podaliby pewnie całą listę przyczyn, skadinąd bardzo przekonywujacych, ale z punktu widzenia osoby tkniętej takim syndromem niemocy, bezużytecznych.
We wczesnych latach 90-tych czytałam wszystkie możliwe poradniki z serii "I ty możesz zmienić swoje życie!" jakie ukazały sie na rynku. Wzięłam również udział w wielu (płatnych) warsztatach p.t. 'I ty możesz osiągać swoje cele w życiu". Na jednym z nich dowiedziałam się, że cele życiowe można stawiać sobie dowolne, ale jeśli nie są zgodne z "naszym duchowym Ja", to możemy pęknąć z wysiłku, a i tak ich nie zrealizujemy. Na innym zapoznałam się z wielce pożytecznym podziałem ogółu populacji na krótko-, średnio- i długodystansowców. Ci pierwsi to to oczywiści nieudacznicy bez pieniędzy i przyjacół, materialnie zależni od rodziców lub instytucji. Skąd się wzięli? Ano w dzieciństwie nic  im nie było wolno. Jak to zmienić? Uwaga - przez życie duchowe!!! Tyle psychologia.
Drugą połowę lat dziewięćdziesiatych spędziłam więc ścigając spowiedników, kierowników duchowych i grupy modlitewne, prosząc o modlitwę wstawiennniczą o "przecięcie niebożych więzi", a wszystko to poparte odnośną lekturą autorów głęboko uduchowionych.
Udało mi się ustalić, że nie ma odpowiedzi na moje pytanie. Nikt jej nie zna i nikt się problemem nie interesuje. Na swój własny użytek ukułam teorię gór lodowych. Według niej nasze próby zmiany są równie sensowne jak usiłowanie poruszenia góry lodowej przez pchanie jej wierzchołka. Coś, co wydaje się banalnie proste ma drugie dno wielkości kontynentu. Nie wiemy co się na nie składa - przekleństwo ciągnące się przez wiele pokoleń, czyjaś nienawiść, jakiś chory układ, okoliczności zupełnie od nas niezależne czy cokolwiek innego.
Nie sądzę, że ta teoria uratowałaby jakiegokolwiek samobójcę, który nie ma pracy, mieszkania ani nadziei, że to się moze zmienić.
Dziwi mnie, że problem jest zupełnie nieobecny w nauczaniu Kościoła. Nie ma zrozumienia ani wspólczucia dla ludzi zawłaszczonych przez rodziców, którym odmówiono prawa do samodzielnego życia, bezrobotni postrzegani sa jako chroniczne lenie, samotni jako egoisci-hedoniści, bezdomni występują wyłącznie jako sztafaż przy okazji wzorowych noclegowni. Wpólczucie i troska, jakże ujmujaca, pojawia się dopiero w przypadku bezdzietnych małżeństw. Im poświeca się całe numery czasopism katolickich, a o. Pilśniak powstrzymuje się od rekomendowania adopcji dzieci autystycznych jako najlepszego remedium na ich problem.
Przyznam, ze idea Kościoła jako ekskluzywnego klubu dla dobrze urządzonych w życiu, gdzie pewnych problemów po prostu nie wypada mieć, jest mi całkowicie obca.

Żeby zakończyć bardziej optymistycznie zamieszczam bajkę z happy endem, którą opowiadają sobie angielskojęzyczne niedźwiedzie polarne zmuszone do oddawania się życiu duchowemu o suchym pysku.

Once upon a time there was
A naughty polar bear
Who didn’t like working
At all.
Even extreme hunger couldn’t
Force him to make
 any effort.
One day however
When he realized
That he is going to die of starvation
“Oh, my poor hungry self”
he sighed
“Perhaps death will free me
From necessity of doing
any work.
I’m so tired,
Exhausted.
Why should I try to postpone
The hour of my death?
That would be ridiculous!
I won’t do anything,
I won’t!
I’ll just lie down and die.
Who cares?”

“I do” said the voice.
“Who are you ?”
The bear wanted to know.
“I’m a seal, actually my name is
Silkie.”
“I can’t see you”
Said the bear.
“Because you are looking in the
Wrong direction”
Answered the seal.
The bear looked around confused.
At last he noticed
A wet, shapely little head
Emerging from the hole in the
Ice covering the sea.
“Oh, there you are” he cried
with some animation,
and after a while, remembering his
manners “Nice to meet you, Silkie.
I’m Isbjorn”
“Isbjorn,what a lovely name
you’ve got.
Quamquam sunt sub aqua,
Sub aqua maledicere temptant”
Silkie said.
“What did you say?”
Isbjorn was intrigued.
“Oh, nothing. I was only quoting
an old, Latin proverb.
It’s about frogs, frustrated frogs
Underwater.”
“How about you? Are you
frustrated?”
“Why should I?”
“You are also underwater most of the time and the sea is frozen
and there is a dangerous polar bear waiting at each hole in the ice.”
“Oh, come on! You don’t look dangerous to me.”
“Don’t I? Tough luck.”
“Tough? Why tough?
That’s the luckiest thing that
Has ever happened to you.
You are quite charming.”
“Really ?”
 “Of course you are.”
“Why don’t we go for a coffee somewhere?”
“Splendid idea!”
“Oh, no!!!”
“What’ the matter, Silkie


Look! This terrible orca creature!
He wants to devour me, he really does!”
“What a cheek! Go away you
disgusting thing!
Never come near her again
Unless you want to lose your abominable teeth and consequently
Die of starvation!!!”
“Gratis es dolor ¡!!”
“What is he saying?”
“I don’t really know, but I suppose
he means to provide any amount of
suffering for free.”
“You, you beast!!!
Suffering! What do you know of suffering?!!
But you certainly will if you try again to frighten her!”
“I don’t mean to frighten her.
What I mean is to eat her.”
“You see, I told you. He really means it!”
“I suspected it from the start he’s an imbecile.”

“A dangerous imbecile!”
“You may be right, I’m afraid.
Let’s go samewhere else.
And good day to you!”

 “What’s this? A manage a trois?”
“Certainly not! A bear and a whale
 competing for a dinner.”
“What rubbish! Young Isbjorn is a vegetarian, or rather a vegan.”
“He must be out of his head!”
“Barking mad I would say.”
“He may be but he seems to be going out with that crazy Silkie
creature.”

“Well suited, that’s for sure.”
“Well, They seem quite happy together
“They certainly do.”
“Perhaps they will settle down at last”
“You must be joking! A seal with a bear!”
“Silkie?”
“Yes Isbjorn?”
“I think I love you”
“You think or you love?”
“Both”
“I love you too.”