środa, 22 września 2021

Łomot upadających autorytetów

  • O. Maciej Zięba świetny zakonnik i prowincjał, wyznawca sukcesu i wolnego rynku, wychowujący nowe elity i promujący się na spotkaniach z czytelnikami ze swoim przyjacielem Michałem Zioło, też świetnym zakonnikiem, który od  dominikanów przeszedł do trapistów jak nie przymierzając Thomas Merton. (Kto go wtedy nie czytał!) No cóż, miał też innych bliskich przyjaciół jak np. Paweł M., dla ratowania którego grozi jego ofiarom "zniszczę was"! Ponadto choroba alkoholowa! "Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni", ale trudno na kogoś takiego patrzeć jako autorytet. Widząc go w ostatnich latach we Wrocławiu, kiedy odprawiał mszę miałam nieodparte wrażenie, że to człowiek całkowicie niewierzący, za to z dużą starannością wypowiadający wszystkie kwestie, których wymaga liturgia. Według dra Krajskiego należał do komisji trójstronnej - międzynarodowej organizacji masońskiej. Bum!
  • Dominikanie, ze szczególnym uwzględnieniem posługujących we Wrocławiu w latach 1996-2000. Ślepi i głusi na to co działo się im pod nosem. Przeor Konopka, który nic nie pamięta, współbracia Pawła M. zbyt taktowni, żeby go upomnieć, lub zbyt onieśmieleni jego sławą mołojecką... Żaden się nie wychylił, bo by wyglądało, że zazdrości sukcesów w dziedzinie "przyciągania do Kościoła", a także w innej, o której nie wypada mówić... Prężne duszpasterstwo akademickie - duma zakonu, którego głównym targetem jest młodzież studiująca. Może mieć różne zastosowania jak się okazuje. My "pozostali wierni" mogliśmy podziwiać z daleka DA Dominik - i jego creme de la creme Wspólnotę św. Dominika - za pomoc powodzianom, organizowanie "świetlicy na ulicy Nowej" i "wyjazdy ewangelizacyjne" do Chin... "Wszystko to marność i pogoń za wiatrem" jak mówi Kohelet... Traaach!
  • "Piękni ludzie" mojej (późnej) młodości. Kto to taki? Opowiem na przykładzie, który pierwszy przychodzi mi do głowy. Piękna osoba jest absolwentką filologii romańskiej, dzięki czemu może swobodnie poruszać się po Francji i nawiedzać sławne nowe wspólnoty jak Wspólnota św. Jana, Ośmiu Błogosławieństw i czegoś tam jeszcze. Piękna osoba rozeznaje swoje powołanie, czy chciałaby należeć, do którejś z nich czy raczej wyjść za mąż....Piękna osoba chodzi sama po górach i zawsze kogoś w tych górach poznaje...  Piękną osobę daje się za przykład osobom szpetnym, które nie robią tych wszystkich rzeczy... Piękne osoby w pięknych nowych wspólnotach zapewne zdążyły się zorientować w co wdepnęły... Może same były równie nie piękne? Baaach!
  • "Wysoko zrealizowani" mistrzowie duchowi występujący najczęściej w buddyzmie. Jednym jest Kalu (lub Karlu) Rinpocze należący do sekty Karma Kagyu, tej właśnie, którą tak energicznie promuje w Europie i Polsce lama Ole Nydahl. Kalu Rinpocze jest starożytny (teraz pewnie już nie żyje) i wygląda jak zasuszony szkielet z nieproporcjonalnie wielką czaszką - maximum ducha minimum ciała. Nic bardziej mylącego. Jego libido zawstydziłoby niejednego młodzieńca. Wykorzystuje seksualnie kobiety i grozi im, że jeśli będą chciały się tym pochwalić, to czeka je kara na ileś tam wcieleń! Postchrześcijańskie Europejki trudniej jednak spacyfikować niż tybetanki urodzone w tej tradycji i rzecz wychodzi na światło dzienne. Nie jest wprawdzie newsem w światowej prasie (nie chodzi przecież o kler katolicki), ale w środowisku buddystów się przebija. Pokazuje dokładnie ten rodzaj chorej zależności jaki wytwarzał sławny Paweł M. Guru jest ponad mieszczańską moralnością, jeśli chcesz być jego uczniem, to traktuj wszystko, co z tobą robi jako zaszczyt i pomoc w drodze do własnego oświecenia czy czegoś tam innego. Mistrzowie Zen biją uczniów kijem po kręgosłupie, Paweł M lał pasem po gołej pupie...Bęc!
  • Z innej bajki: Ziemkiewicz przypomniał na YouTube książkę Moiry Greyland The last closet. To jej wspomnienia z domu rodzinnego. Dom był niezwykły, bo rodzice nieprzeciętni -Marion Zimmer Bradley i Walter Breen,  pisarka science fiction i fantasy oraz wybitny numizmatyk, oboje eksperymentujący w dziedzinie seksu, oboje identyfikujący się jako homoseksualiści. Walter Breen był czynnym pedofilem i działaczem na rzecz akceptacji pedofilii, popieranym w tym przez żonę. Oboje molestowali swoje dzieci, przy czym matka jeszcze znęcała się nad nimi. Lektura - jak sobie wyobrażam - niewesoła. Moira Greyland stwierdza, że z dwojga złego, to ojciec-pedofil był w porównaniu z matką-potworem zdecydowanie lepszym człowiekiem. Nie powstrzymało jej to od zgłoszenia na policję jego przestępczych czynów, co zaowocowało 12-letnim wyrokiem więzienia. Umarł w trakcie odsiadki. Czytając w czasach odległych co najmniej o 30 lat Mgły Avalonu Marion Zimmer-Bradley (w niemieckim przekładzie, bo polskiego jeszcze nie było) zdawałam sobie sprawę, że autorka jest feministką wrogą wobec Chrześcijaństwa, a mimo to pozostawałam pod wrażeniem jej wizji! Moira Greyland wymienia wiele innych sławnych nazwisk jak Isaac Asimov (ten od Kroniki Akaszy), którzy również mają podobne dokonania na niwie obyczajowej. Łuuups!

A więc drogi czytelniku jeśli masz zastrzeżenia do własnego środowiska rodzinnego i szukasz kogoś mądrego, kto wie lepiej, to zachowaj daleko posuniętą ostrożność, bo możesz trafić z deszczu pod rynnę.

poniedziałek, 20 września 2021

Na marginesie Traditionis Custodes i raportu komisji Terlikowskiego

Wysłuchałam dziś komentarza o. Remigiusza Recława SJ o tradycjonalistach (Tradycjonaliści - o co tu chodzi? - wyjaśnia o. Remigiusz Recław SJ) przy okazji motu propriu papieża Franciszka Traditionis Custodes. To już drugi komentarz na ten temat (po wczorajszym o. Szustaka) pochodzący od osób nastawionych do mszy trydenckiej i jej zwolenników - delikatnie mówiąc - krytycznie.

Od razu się zastrzegam - nie chodzę na mszę trydencką. Z poważnymi zarzutami pod adresem niektórych ojców soborowych na Vaticanum Secumdum i krytyką tzw. Novus Ordo zapoznałam się stosunkowo niedawno. Nie wpłynęło to na zmianę rytu mszy. Porzuciłam wprawdzie dominikanów, gdyż moim zdaniem skompromitowali się podczas pandemii (zanim sprawa o. Pawła M. wypłynęła w całym fascynującym bogactwie szczegółów), ale nadal uczestniczę w  mszach Novus Ordo odwiedzając różne kościoły w mojej okolicy.

Bardzo smutne wydaje mi się, że inernetowi kaznodzieje typu o. Szustaka czy o. Recława nie mają praktycznie żadnych argumentów na pognębienie tradycjonalistów poza ogólnikami typu:
  • nie idą z duchem czasu (identyfikowanym przez o. Szustaka z Duchem Św., moim zdaniem bezpodstawnie)
  • są "uczonymi w prawie" na podobieństwo faryzeuszy, legalistami, którzy przywiązują nadmierną wagę do nieistotnych szczegółów (o. Recław)
  • "wiedzą  lepiej" i "tylko oni mają rację" stad ich niechęć do ekumenizmu (o. Recław)
  • na skutek nadmiernej koncentracji na prawie nie są w stanie pojąć Boga, który jest miłością (o. Recław) 

Tym ogólnikom towarzyszyło przewracanie oczami i uciekanie wzrokiem (o. Szustak) oraz wymachiwanie rękami i prezentowanie inernetowych stron tradycjonalistów podszywających się pod katolików jak np. P. Ch. 24 (o. Recław) .

Kiedy porównamy ten rodzaj podejścia do tematu, z argumentami (za mszą trydencką, przeciw decyzjom soboru) prezentowanymi np. przez Pawła Lisickiego czy prof. Jacka Bartyzela, mamy intelektualną przepaść. Przede wszystkim możemy się dowiedzieć o faktach tzn.:

  • jak mała grupa progresistów z krajów północnej Europy za pomocą sztuczek proceduralnych dokonała czegoś w rodzaju zamachu stanu na soborze
  • jak odrzucono przygotowane przez kongregację nauki wiary schematy
  • jak celowo niejednoznacznie formułowano dokumenty soborowe, aby je potem móc dowolnie interpretować
  • jak kilkuosobowa komisja wymyśliła nową liturgię praktycznie z powietrza, kilka lat po soborze i niezgodnie z jego wytycznymi
  • jaki wpływ na dalsze losy Kościoła miały przyjęte dokumenty
Nie wydaje mi się dziwne, że wielu innych ludzi zna te fakty i potrafi wyciągać wnioski. Może właśnie dlatego ani sam papież Franciszek, ani popierający go duchowni nie zamierzają rozprawiać się z tradycjonalistami w drodze dyskusji. Nie mają bowiem żadnych argumentów. Pozostaje im jedynie przedstawienie ich jako sztywnych neopelagianistów, których bezwzględnie wyłącza się z "dialogu", do którego zaproszeni są wszyscy ochrzczeni. "Ja kasuje wszystkie komentarze tradycjonalistów" - powiedział o. Szustak z niesmakiem, jaki wzbudziła w nim sama myśl o tych obmierzłych istotach.

Powiedziałam już, że zwolennicy mszy trydenckiej to nie moja bajka, ale otwarcie głoszone herezje, rozmywanie nauki Kościoła, zastępowanie jej infantylnymi bredniami i polityczną poprawnością to zupełnie inna historia. 

Nikt mi nie powie, że knowania mafii Sankt Gallen odbywały się pod natchnieniem Ducha Św., albo że upodobał on sobie kardynała Martiniego i jego duchowych spadkobierców pragnących nadrobić owe 200 lat zapóźnienia (jakie Kościół ma) w stosunku do rewolucji francuskiej.

Nie ma nic bardziej wchrzaniającego u dorosłych ludzi niż infantylizm, i niebezpiecznego zarazem - vide casus o. Pawła M. Sposobem mówienia i epatowania słuchaczy swoimi emocjami nieco przypominał Szymona Hołownię. Na sam wygląd nie sposób było traktować go poważnie, dlatego z trudem przyszło mi uwierzyć w koszmarne zarzuty - jak gwałt i przemoc fizyczna - które na nim ciążą. Po przeczytaniu obszernych fragmentów raportu komisji Terlikowskiego moje nastawienie uległo pewnej zmianie.

Bywałam na tych mszach o uzdrowienie, przed którymi celebrans gwałcił jedną z wyznawczyń w zakrystii lub kaplicy św. Józefa i kazał jej całować "swojego dzidziusia" (sic). "Duch Św." tak go natchnął, żeby było więcej uzdrowień! Potem ta sponiewierana niunia robiła za prorokinię, ogłaszając zachęcana przez swojego guru, kogo Pan Jezus uzdrawia i z czego... Ohyda i brak słów.

Pamiętam owo wielkie dzieło - świetlicę środowiskową przy ulicy Nowej - to jak rozumiem miało być miejsce w którym członkowie Wspólnoty św. Dominika mieli razem mieszkać jak nowe wspólnoty we Francji - św. Jana czy Ośmiu Błogosławieństw. Przy każdej okazji o. Paweł donosił licznie zgromadzonym wiernym jak postępują prace w tym lokalu. Znaczy kłamał od początku, żadna świetlica tylko własna siedziba wspólnoty, gdzie krzyki rozmodlonych członków nie będą zwracać niczyjej uwagi, podobnie " wypędzanie demonów ch....m" jak to ujęli współbracia (jednak mieli jakieś pojęcie o tych niecodziennych praktykach). Rozumiem, że wyłudzone od wyznawców pieniądze poszły na ten cel. Na co konkretnie, skoro lokal przyznało miasto?

Przeor Konopka nic nie widział i nie pamięta, poza działaniem Ducha Św. i tłumami w kościele oczywiście. To bardzo ciekawy wątek. Pamiętam jak udałam się do klasztoru na umówioną spowiedź do jednego z ojców (nie Pawła M.) Przeor był tak zaciekawiony, że pod jakimś kulawym pretekstem próbował wparować do środka. Nie wierzę, że nie interesował się młodymi laskami mieszkającymi za klauzurą i nie zdawał sobie sprawy co się tam odbywa.

Przeor nie radzi sobie ze swoim alkoholizmem, a prowincjał z chorobą alkoholową - sławna demokracja dominikańska! Normą jest wybieranie ludzi słabych i łatwych do skompromitowania - wszyscy mogą robić co chcą (no i robią jak widać w raporcie). No może nie wszyscy, ale gwiazdy przyciągające tłumy zdecydowanie tak. Czy coś się zmieniło w tej kwestii?









niedziela, 19 września 2021

O natchnieniach Ducha Świętego i primadonnach kaznodziejstwa.

Zupełnie niepotrzebnie wysłuchałam wczoraj komentarza o. Szustaka OP na temat ograniczenia mszy trydenckiej wprowadzonego przez papieża Franciszka. Nie moja bajka, ale argumentacja zastanawiająca. Zdaniem  dominikanina wierni, którzy chodzą na mszę trydencką, krytykują Sobór Watykański II oraz pontyfikat papieża Franciszka i jego decyzje, od dawna byli już poza Kościołem, więc ich nie szkoda. Opierali się Duchowi Św. działającemu w Kościele, który go stale przemienia i dalej w tym tonie, plus dużo przewracania oczami i uciekania wzrokiem.

Wszystko to bardzo pięknie, ale o ile mi wiadomo Duch Św., nie może nakłaniać kogokolwiek do działań jawnie sprzecznych z Dekalogiem na przykład.

Inna dominikańska gwiazda znana obecnie jako Paweł M. też była pełna  natchnień Ducha Św., jak sama uważała. Zmuszała np. dziewczynę ze swojej Wspólnoty św. Dominika do seksu przed mszą o uzdrowienie, w zakrystii, w kancelarii, a nawet w kaplicy św. Józefa na ołtarzu (aby było więcej uzdrowień). Nie chce mi się nawet pisać o szczegółach działalności tego nieszczęśnika, można się z nimi zapoznać w raporcie komisji Terlikowskiego (opublikowanym m.in. na stronie portalu Deon). 

Przy całej różnicy postury obu primadonn kaznodziejstwa istnieje pewne podobieństwo w postawie - duży dystans do Kościoła i jego nauki skontrastowany z wiarą w swoje lepsze poznanie intencji Ducha Św. + kierowanie się do odbiorców, którzy przyjmują to bezkrytycznie. Zdolność do przyciągania tłumów zamykała ( i nadal zamyka) usta wszystkim potencjalnym krytykom oraz redukuje gotowość przełożonych na przyjęcie do wiadomości, że ta nadzwyczajna popularność niekoniecznie świadczy o świętości. O. Maciej Zięba miał zgasić próby zwrócenia jego uwagi na dziwne praktyki o. Pawła M. zdaniem wypowiedzianym do mniej charyzmatycznego współbrata: "jak będziesz miał 3 tysiące na mszy o uzdrowienie, to pogadamy".


niedziela, 12 września 2021

Zmartwychwstanie wg o. Szyrszenia

Pewien salwatorianin usłyszał od uczestnika rekolekcji, że najbardziej (w przerabianym tekście z  Ewangelii św. Łukasza) niepokoi go  fakt przebywania Jezusa w łodzi, podczas gdy tłumy pozostają na brzegu. Chodził  z tym i chodził, dlaczego Jezus na jeziorze, a ludzie na brzegu.... Aż wreszcie uświadomił sobie, że jezioro ma także drugi brzeg i tylko Jezus może tych ludzi tam przewieść (jak nie przymierzając Charon przez Styks). 

Salwatorianin powiódł wzrokiem po wiernych zgromadzonych w kaplicy domu rekolekcyjnego w Międzywodziu, upewniając się czy historia zrobiła na nich odpowiednie wrażenie. Najwyraźniej usatysfakcjonowany, coraz bardziej się rozkręcał. Popatrzmy na niektóre kartki wielkanocne z przedstawieniem Zmartwychwstania, jakże są naiwne. Zmartwychwstania przecież nikt nie widział. Zdjęta trwogą straż upada z powodu... trzęsienia ziemi, skutkiem czego kamień się przesunął, ale Jezus nie wyszedł z grobu, który jest po naszej stronie rzeczywistości, gdyż PRZESZEDŁ NA DRUGI BRZEG.

Czujecie temat? Zmartwychwstanie polegało na tym, ze Jezus przeszedł na drugi brzeg! Żołnierze rzymscy byli świadkami trzęsienia ziemi ( nie pierwszego w swoim życiu) i opowiadanie, że uczniowie wykradli ciało zapewne nie obciążało zbytnio ich sumień. Przecież mogli to zrobić korzystając z odsuniętego kamienia, kiedy to strażnicy z obawy o swoje życie nie mieli głowy do pilnowania zwłok skazańca.

Kogo więc widziała Maria Magdalena, uczniowie w drodze do Emaus i apostołowie w wieczerniku i na brzegu jeziora (znowu ten brzeg!). Kim był tajemniczy nieznajomy, dla którego Piotr pospiesznie się ubrał i skoczył z łodzi do wody, bo nie chciał stanąć przed nim prawie nagi (z szacunku). 

Pewien Paulin wyraził się, że  Jezus "wyświetlił" się płaczącej Marii Magdalenie! A więc coś w rodzaju halogramu! Bardzo pięknie, ale w takim razie w co niewierny Tomasz wkładał palce? W pokaz multimedialny? Ach wiem tekst ewangelii musi być zanieczyszczony! Odczuwanie głodu? Jedzenie ryby? Nie bądźmy dziećmi. Jakie są dowody na zanieczyszczenie tekstu? Ano takie, że przecież nikt zabity na śmierć nie mógł zmartwychwstać! Niewierzący bibliści nigdy nie spotkali się z takim zjawiskiem w całym swoim życiu i nikt z ich znajomych i krewnych też nie!!! (Z tego samego powodu całun turyński MUSI być obiektem wytworzonym w XIV wieku przez kosmitów, posługujących się potężniejszymi laserami niż jakiekolwiek współczesne laboratoria!)

Salwatorianin znowu rozgląda się po ludziach zgromadzonych w kaplicy. Coś go jednak zaniepokoiło w wyrazie twarzy kilku osób, bo pośpiesznie dodaje, że jego intencją nie było wyśmiewanie owych idiotycznych wielkanocnych kartek, jeśli jacyś naiwni  chrześcijanie wciąż jeszcze w nich gustują. Czuje, że ręka mnie świerzbi, choć wszelkie ślady po egzemie zbladły na skutek kąpieli morskich w chłodnych wodach Bałtyku.

Cóż ojcze (nomen omen) Szyrszeniu, pięknie śpiewasz, czujesz liturgię i dobrze przygotowałeś się do swoich konferencji.  Nie przyjdę jednak więcej cię słuchać, choć temat bardzo mnie interesuje, bo nie zniosę, żeby ktokolwiek podważał moją wiarę w Zmartwychwstanie Jezusa. "Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest nasza wiara", czyż nie?

Co mnie obchodziłby jakiś żydowski mesjasz, który Syrofenicjankę, kobietę spoza swego narodu bez mrugnięcia powieką porównuje do psa, a do setnika rzymskiego z Kafarnaum udaje się tylko dlatego, że ten wybudował synagogę i cieszy się względami miejscowej starszyzny? Dla kogoś takiego wszyscy (z wyjątkiem współplemieńców) bylibyśmy po prostu Goyim, bydlętami o ludzkich twarzach, których życia nawet nie ratuje się w szabat. Gdyby nie był tym, kim twierdzi, że jest (a fakt Zmartwychwstania to potwierdza) pozostałby w moich oczach jedną z postaci historii kultury.

Wcielenie Boga jest karkołomną koncepcją dla ludzkiego umysłu. Niektórzy kaznodzieje lubują się w eksponowaniu  ludzkiej strony relacji z nim, opowiadają o przytulaniu, zakochiwaniu się, a nawet pocałunkach. Szczerze mnie to mierzi, gdyż jestem boleśnie świadoma niedoskonałości ludzkiej natury i relacji do jakich jest zdolna przy takich ograniczeniach. Dlaczego nie pozwolić Bogu być Bogiem?

Złodziej, który mnie onegdaj okradł na kąpielisku wyrzucił mój zamszowy plecak z ubraniem, bielizną, butami. zegarkiem, komórką, dokumentami i kluczami. Jedynie aparat fotograficzny i mały różaniec ze szklanych paciorków (pamiątka z rekolekcji w Częstochowie) wydały mu się godne zachowania i tylko te przedmioty policja odzyskała.  Na różańcu można odmawiać tylko jedną dziesiątkę. Jeśli mam wybrać tą najważniejszą to jest to Zmartwychwstanie i tego się będę trzymać.