poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Wilcza" teoria samotności niewybieranej

Teorię tę należy potraktować z przymrużeniem oka (autorka nie zwariowała), może wydawać się dziwaczna, a pewne wątki obsesyjne, ale zdaje się znacznie lepiej tłumaczyć fenomen niechcianej i niezamierzonej samotności, która dotyka tak wielu, niż wyjaśnienie, że ci ludzie są po prostu egoistami, hedonistami, socjopatami itp.

Wspomniałam już kilkakrotnie o podobieństwie zachowań grupy ludzi do stada wilków (być może dlatego te dwa gatunki tak łatwo się zżyły - we wszystkich kulturach wilk został wcześnie udomowiony i został psem). Pisałam także o tym, że wataha jest właściwie rodziną wielodzietną, w której rodzice są przewodnikami stada i mają monopol na rozmnażanie. Przyłączanie się obcych do stada w charakterze partnerów(partnerek) potomstwa nie zachodzi. W watasze wszystkie pozycję są sztywne, możliwość awansu raczej nie istnieje, nadmierna inicjatywa i samodzielność są karane. Na jednym terytorium żyje jedna wataha, więc do założenia nowej potrzebne jest nowe terytorium z odpowiednią ilością zwierzyny łownej - dobro rzadkie.

Wobec takiego braku perspektyw niektóre sfrustrowane jednostki płci obojga decydują się opuścić stado z nadzieją założenia własnego. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji jest, oględnie mówiąc, bardzo niskie. Samotny wilk (przemykając się przez obce terytoria niezauważony) musiał by  trafić na samotną wilczycę w wieku prokreacyjnym, znaleźć lub zdobyć jakieś terytorium, spłodzić i wychować pierwszy miot potomstwa we dwójkę, co jest raczej wyczynem na granicy możliwości wilczych.

Nie da się zanegować, że niektóre rodziny ludzkie działają dokładnie na tej samej zasadzie. Rodzice traktują dzieci jako swoja watahę i nie przewidują ich usamodzielnienia. Aby wyeliminować taką możliwość, niszczą ich poczucie własnej wartości i wszelką inicjatywę. Tak sformatowane potomstwo raczej w związki mogące prowadzić do założenia własnej rodziny nie wejdzie.
Jeżeli jednak jakaś niesubordynowana jednostka by się uparła, to odchodząc z rodzinnego stada musi przemykać się przez obce terytoria (z braku własnego) i płacić za wynajęcie jakiegoś kątka większością upolowanych przez siebie środków. Przyłączając się do obcej watahy niezależnie od swojego potencjału ląduje nieodmiennie na pozycji Omega bez perspektyw na zmianę, co wydaje się jeszcze gorsze od sytuacji wyjściowej. Trafienie na potencjalnego partnera wśród ludzi teoretycznie powinno być łatwiejsze niż wśród wilków, ale dla takich jednostek z jakichś powodów nie jest. Jako wolny elektron długo nie pohasa, jeśli się gdzieś nie zaczepi, wróci skąd wyszła na skutek zmęczenia, osłabienia, upadku ducha, utraty nadziei, którą żywiła za młodu itp.

To jest dokładny opis mojego doświadczenia. Byłam samotną wilczycą, na początku żywiąc nadzieję na znalezienie własnego miejsca w życiu, potem odkrywając swoją zdolność do szczęścia doskonałego, jakim bywa samotność na namiastce własnego terytorium - w wynajętej kawalerce. Utrata tej namiastki i upadek ducha doprowadził mnie tam skąd wyszłam, gdzie skonfrontowana zostałam z kilkoma prawdami o ludzkiej naturze.

Co ciekawe grecki historyk Herodot wzmiankuje lud Neurów na północny zachód od Morza Czarnego, dziś umiejscawiany w dorzeczu górnego Dniestru, Bohu i Prypeci(tzn. z grubsza tam, skąd pochodzi moja rodzina). Neurowie na jeden dzień w roku mieli stawać się wilkami.

Wilkołakami, czy raczej "pasterzami wilków" zostawali m.in. ludzie o silnie rozwiniętym poczuciu obowiązku zemsty, a pozbawieni środków do jej przeprowadzenia. W głębokim kotle w lesie warzyli zioła i wypowiadali zaklęcia. Zyskiwali w ten sposób dar rozumienia wilczej mowy i mogli przewodząc stadu wilków wypełnić swój obowiązek.

Jakie były skutki uboczne tych nadzwyczajnych umiejętności na przyszłe pokolenia można się tylko domyślać. I tu po raz kolejny dochodzę do wniosku, że samotność niektórych (a może nawet większości) ludzi ma źródła duchowe być może sięgające wiele pokoleń wstecz.

Ktoś mógłby powiedzieć, że fakt, że te pokolenia się jednak narodziły stoi w sprzeczności z moją teorią. Być może, jeśli obciążony czymś takim wiąże się z kimś wolnym od tego, mogą funkcjonować w miarę normalnie. Łańcuch pokoleń kończy się, gdy dwoje naznaczonych syndromem wilka zakłada własna watahę.


środa, 17 grudnia 2014

Uprzejmość cię zdradza!

Jedne z moich koszmarniejszych odkryć ostatnich dni, to że uprzejmość postrzegana jest przez większość ludzi jako objaw niskiego statusu społecznego, więc prowokuje chamstwo.
Rzecz wydaje się całkowicie niezrozumiała dopóki nie pamiętamy o stadnej mentalności człowieka.
Osobnik omega w stadzie wilków zapewne musi być bardzo uprzejmy i uniżony wobec reszty, jeśli chce przeżyć. Im wyższy status w stadzie tym uprzejmość mniej potrzebna, a nawet całkowicie zbyteczna, gdyż łatwo ją interpretować jako słabość.

Zdarzyło mi się ostatnio siedzieć w autobusie obok młodej dziewczyny, która mogłaby być moją córką. Kiedy zorientowałam się, że zamierza wysiąść na najbliższym przystanku spontanicznie wstałam, żeby ją przepuścić, zanim powiedziała przepraszam (nie wiedząc czy zamierza to uczynić).
Dziewczę przyjęło tę uprzejmość jako mu całkowicie należną i nie zaszczyciło mnie nawet słowem dziękuje. Pouczyłam więc gówniarę, że w takiej sytuacji mówi się dziękuje, a wcześniej  przepraszam, a ona stała zwrócona do mnie chudym zadem całkowicie odporna na tak idiotyczne wymagania.
Poprzysięgłam sobie w duchu, ze następnym razem w podobnej sytuacji po prostu się nie ruszę i niech sobie skacze przez moje kolana, albo profilaktycznie skuję mordę i zobaczę co się będzie działo.

Złota zasada postepowania z Ewangelii: "tak czyńcie innym, jak chcielibyście, aby wam czyniono" jest w tym kontekście dość tajemnicza. Jeśli jestem uprzejma, gdyż sama chciałabym być tak traktowana, to w oczywisty sposób narażam się na chamstwo. Inni chcą abym im czyniono coś zupełnie innego niż ja bym chciała, o czym przekonałam się tysiące razy pracując w szkole.








wtorek, 16 grudnia 2014

Kilka uwag o hierarchi społecznej czyli misjonarz wśrod wilków.

Jestem jednocześnie zafascynowana i zdegustowana podobieństwem pomiędzy hierarchią w stadzie zwierząt i grupie ludzi. Żałuje, że nie będąc biologiem i socjologiem w jednym, nie mogę poświecić się dogłębnemu zbadaniu tego zagadnienia. Jednakże samo życie wymusza na mnie tego rodzaju refleksję, więc oddaje się jej - by tak rzec - amatorsko.



Zacznijmy od watahy wilków - to zwykle grupa rodzinna składająca się z pary alfa (rodzicielskiej) i potomstwa z jednego lub kilku miotów. Osobniki alfa sprawują nad stadem władzę absolutną, przewodniczą w pościgach, mają zagwarantowane prawo do pierwszeństwa przy stole i monopol na rozród.
Czasem występuje w stadzie osobnik beta i omega - ten nieszczęśnik najniższy w hierarchii jest czasowo lub stale odsunięty od watahy (z powodu słabości? niesubordynacji?) - i zapewne cały alfabet grecki między nimi.
Całe stado karmi (po okresie karmienia mlekiem) i wychowuje młode (pary alfa), które okazują podległość wszystkim dorosłym wilkom w stopniu zależnym od ich miejsca w hierarchii.

Brzmi znajomo?


Jeszcze ciekawsze są golce - małe ślepe gryzonie żyjące pod ziemią i tworzące struktury eusocjalne podobne do mrówek czy pszczół. W rozmnażaniu bierze udział królowa i najsilniejsze samce (od jednego do trzech). Reszta to bezpłciowe robotnice i robotnicy. Królowa odnosi się niezwykle wrogo do samic zachowujących się niezgodnie ze swoją kastą (produkujących hormon powodujący przekształcenie w królową). Po śmierci królowej jedna z samic przejmuje jej rolę po zaciętych bojach z konkurentkami.
Sporadycznie kolonia produkuje wędrowną kastę płciową charakteryzująca się wyjątkowym otłuszczeniem, która udaje się do innej kolonii celem wymiany genów.

Mam wrażenie , że jestem w stanie znaleźć analogie do wszystkich tych zachowań w grupie ludzi, ale najciekawszym aspektem wydaje mi się prawo do prokreacji jako przywilej wysokiej pozycji w stadzie i zakaz dla osobników o niskim statusie.

Niektóre rodziny tak funkcjonują - rodzice są parą alfa i bardzo pilnują, żeby potomstwo pozostało po prostu stadem, któremu przewodzą bez prawa do swego własnego terytorium i własnej watahy.
Nic więc dziwnego, że taka królowa - matka odnosi się bardzo wrogo do wszelkiej konkurencji, która zamiast pozostać bezpłciowym popychadłem zaczyna produkować hormon mogący przekształcić ją w królową.

Jedyną szansą pozostaje więc załapanie się na wędrowną kastę płciową i udanie się do innej kolonii, gdzie hierarchia jest zapewne równie sztywna, ale może jednak toleruje się obcych, których misją jest wymiana genów.



Wyobraźmy sobie kogoś w rodzaju św. Franciszka, kto udałby się na misję wśród wilków. Stwierdzenie, ze Bóg jest Alfą i Omegą nabrałoby nagle bardzo konkretnego znaczenia - jest pierwszym i ostatnim w stadzie, jest jednocześnie tym, komu całe stado podlega i tym ostatnim, kto musi ustępować wszystkim, albo wręcz jest wykluczony ze wspólnoty. Widzę oczyma wyobraźni wszystkie te wilki siedzące półkolem wokół misjonarza (oczywiście w świetle księżyca) i słuchające go z przekrzywionymi na bok głowami, powarkiwaniem i popiskiwaniem dając do zrozumienia, że trudna jest ta mowa, a tym czasem zwierzyna się sama nie upoluje.
Ten niezrażony ciągnie dalej, i tu nie wiem co właściwie im mówi: czy niektórzy mają powołanie do prokreacji, a inni (większość) do wychowywania ich dzieci czy też, że nie ma już samca/samicy alfa ani omega i wszyscy są równi. (W Indiach misjonarze z pewnych zakonów budowali osobne kościoły dla poszczególnych kast, a z innych kładli nacisk na równość wszystkich wobec Boga).
Zniecierpliwione stado idzie w końcu na polowanie, ale wracając z zapasem żarcia dla szczeniaków pary alfa w żołądkach zastanawia się co począć z misjonarzem i jego nauką. Para alfa czuje, że jej przyjęcie utrwali ich pozycję interpretując ją jako powołanie i podległość pozostałych także zyska religijne uzasadnienie. Tymczasem ci na dole drabiny rozważają rewolucyjne słowa o równości wszystkich wobec Stwórcy. Para alfa decyduje, że przyjmą wiarę misjonarza, oczywiście nie zmieniając nic poza nazewnictwem. "Teraz kiedy wszyscy jesteśmy braćmi będziemy mówili do siebie bracie i siostro" mówi samiec alfa ze łzami wzruszenia w oczach, "Dobrze bracie alfa" odpowiadają pozostali. Teraz niedożywiony brat omega może oddawać się intensywnemu życiu duchowemu, a kiedy definitywnie zostanie wyrzucony ze stada zostać eremitą, a nawet prowadzić intensywną pracę misyjną wśród podobnych sobie osobników omega wyrzuconych z innych watah (nikt o wyższym statusie nigdy by go nie wysłuchał do końca zdania).









niedziela, 7 grudnia 2014

O stanach lękowych i walce duchowej

Dowiedziałam się ostatnio, że budzenie się z lekiem o 3 w nocy, które wydawało mi  się symptomem nerwicy, to na ogół atak wiadomej centrali. Postanowiłam wiec tę wiedzę wypróbować i kiedy znalazłam się w sytuacji nocnego budzenia połączonego z lękiem, wypowiedziałam odnośną formułkę przeciw złemu. Skutek natychmiastowy. Polecam wszystkim którzy cierpią na stany lękowe i myśli samobójcze. Mi w każdym razie nadzwyczajnie pomaga.

sobota, 6 grudnia 2014

O "zdrowym" poglądzie na dziewictwo

Przeczytałam właśnie, a właściwie pochłonęłam książkę Lechosława Lameńskiego "Stach z Warty Szukalski. Szczep Rogate Serce". Autora pamiętam  z KULu jako asystenta prof. Ryszkiewicza, ostatnio widziałam go jako recenzenta pracy doktorskiej na jakiejś obronie.
Temat fascynujący, raczej luźno związany z moją pracą. Zetknęłam się z nim przypadkowo, zapewne jeszcze w liceum, kiedy to z pewnym zawstydzeniem wypożyczyłam z biblioteki na Placu Solnym książkę o Stefanie Żechowskim pełną reprodukcji jego erotycznych rysunków, które wyglądały na pierwszy rzut oka jak kwintesencja kiczu, a nie były, jak twierdził autor (ku mojemu zaskoczeniu).
W pracy Lameńskiego, znakomitej zresztą, przy okazji omówienia twórczości Żechowskiego - jako jednego ze "szczepowców" - wspomniana jest w przypisie (54) wymiana poglądów ucznia z mistrzem na temat kobiet.
Szukalski pisze: "Znajdź sobie kobitę starszą, byle ładną dupkę miała. Wymarzonej niewiasty nie szukaj, bo jej nie znajdziesz. Kiedy przestaniesz, to niespodziewanie sama ci się przedstawi i zupełnie inna od tej wymarzonej. Wiesz co się z Ruzamskim stało = stał się śmierdzącą dziewicą. Nigdy kobiet nie ma i to mu umysł spaczyło.
Nie rób dziewczynie krzywdy i nie daj jej sobie wyrządzić. Pamiętaj to, im dłużej kobiety pod sobą nie masz, tem niezdarniej będziesz koło nich chodził i psuł sobie możliwości z nimi. Pierwej doprowadź swoja psychikę do porządku z byle gąską, ale czystą, a potem do następnej już pójdziesz jako zwycięzca i żadna ci się nie oprze.
Wiedz o tem, że kobieta tj. dobra samica, odczuwa wstręt do mężczyzny, który kobiet nie ma pod sobą, tak jak mężczyzna zdrowy odnosi się do starej panny jak do nieczystego gada (...)"
I dalej w tym tonie.

To jest zapewne tzw. zdrowy pogląd na dziewictwo, nie skażony Chrześcijaństwem, ale podzielany także przez wielu Chrześcijan.

Frapujący jest dla mnie dobór epitetów na jego określenie; Ruzamski stał się śmierdzącą dziewicą, a stara panna traktowana jest nieczysty gad. Przypomina mi się niejasno fraszka Boya-Żeleńskiego, w której uskarża się, że dziewictwo nie ma bynajmniej zapachu lilii (jako ginekolog mógł mieć jakieś rozeznanie, choć zapewne jego klientki raczej rzadko dziewicami bywały). Lilia nawiasem mówiąc ma mocny odurzający zapach, który odstrasza owady i dlatego stała się symbolem czystości. Stara panna jest nieczysta, bo się - by tak rzec - przeterminowała, ale swoją psychikę do porządku należy doprowadzać z byle gąską, ale czystą. Czystość byle gąski może więc na skutek upływu czasu zamienić się w nieczystość gada, jeśli nie będzie w pobliżu kogoś potrzebującego doprowadzić swoją psychikę do porządku na jej koszt.

Wiarygodności poradom Szukalskiego nie dodaje fakt, że on sam, mimo "kobiet pod sobą" przykładem zdrowia psychicznego - ujmując rzecz najoględniej - raczej nie był.

Cała ta historia pokazuje jaką rewolucją w myśleniu jest Chrześcijaństwo, jeśli je poważnie potraktować. Czystość musi zaiste być szczególnie cenna, jeśli jest pod takim obstrzałem. Jakże typowe jest odwrócenie znaczenia słów smród i nieczystość, który na ogół towarzyszy rozpuście (infekcje tych obszarów nie są szczególnie wonne, nie wspominając o chorobach wenerycznych ze skutkami na pokolenia) przypisany jest wstrzemięźliwości seksualnej. Zdrowie psychiczne ma być wynikiem folgowania sobie, a nie pewnej dyscypliny i panowania nad sferą popędów.

Skąd my to wszystko znamy: przedwojenny antyklerykał i neopoganin Szukalski, oświeceniowi libertyni, Freud i jego wyznawcy, współczesne media lewicowo-liberalne - wszyscy wpadają na te same pomysły. Przypadek czy ten sam sufler?



.

środa, 19 listopada 2014

O fenomenie popularności M. Musierowicz

Małgorzata Musierowicz jest dla mnie zjawiskiem fascynującym. Nie wiem ile procent jej czytelników to młodzież, gdybym miała zgadywać to pewnie ok. 15-20, no góra 30. Podejrzewam, że głównie jest czytana przez dorosłych, a ścisłej mówiąc dorosłe kobiety, spora ich ilość po kryzysie wieku średniego. Sama dołączyłam do klubu mocno po 30 i za każdym nowym tomem "Jeżycjady" przeżywam na nowo irytację na autorkę i zadziwienie nad fenomenem jej popularności.

Właściwie trudno określić gatunek literacki, jaki uprawia, najbliżej chyba ma do romansu fantastyczno-przygodowego dla niepoznaki przebranego za realistyczną powieść dla młodzieży. Warstwa realistyczna ogranicza się do kostiumu, scenografii, gadżetów, kulinariów czy aluzji do debaty publicznej, mediów i polityki. Reszta to wszystko świat fantastyczny, czysto życzeniowy, pozbawiony jakiejkolwiek trafnej obserwacji na temat relacji między ludźmi czy funkcjonowanie jednostek w grupie itp. Sztuczne jest tam wszystko począwszy od języka, zwłaszcza dialogów poprzez bohaterów, ich relacji, do akcji pełnej nieprawdopodobnych nagromadzeń zbiegów okoliczności powtarzanych w każdym tomie.

Nie chce mi się wymieniać wszystkiego, co mnie tam irytuje - najbardziej chyba powtarzająca się ewidentna dysfunkcja rodziny, gdzie dorośli są nierozgarnięci, nieporadni życiowo, roztargnieni w stopniu mocno patologicznym i tym samym, chcąc nie chcąc, zmuszają dzieci do podjęcia roli rodziców (dla własnych rodziców), zbawców i dobroczyńców ludzkości. Takie sytuacje w życiu się oczywiście zdarzają (tzn. odwrócenie ról w rodzinie), ale  młodociane Atlasy i Kariatydy na tym doświadczeniu dobrze nie wychodzą, wbrew temu, co zdaje się sugerować p. Musierowicz.

Chyba zresztą jej ambicją nie jest opowiadanie o świecie, który jest, ale takim, jaki - jej zdaniem - powinien być. Trochę mi to przypomina denerwujące filmy o świętych, których twórcy ze świętością się nigdy nie zetknęli i wyobrażają ją sobie w dość naiwny i teatralny sposób. Tak czy siak dobro (a raczej jego karykatura) jest wynagrodzone, a zło ukarane i to jest zapewne główne oczekiwanie czytelniczek. Te dojrzalsze, a zwłaszcza te po kryzysie wieku średniego, wiedzą z doświadczenia, że niekoniecznie tak jest, ale chcą, choć przez chwilę, znaleźć się w świecie, gdzie ta jakże słuszna zasada działa. W tym świecie zdarzają się miłości od pierwszego wejrzenia i natychmiastowe zaręczyny, spektakularne pojednania i największe wyobrażalne stężenie kochających się, szczęśliwych rodzin, wszystkich spokrewnionych lub zaprzyjaźnionych ze sobą.

Wyznam szczerze, że nie zachwycając się jej prozą, zazdroszczę autorce sukcesu. Wyobrażam sobie, że jest w jakimś sensie wierna sobie i to trafia do jej fanów. Kupują po prostu kolejną Musierowicz z kolejną dawką jej sztucznego świata, nieznośnej maniery języka, nachalnego dydaktyzmu, nieprawdopodobnych przypadków i spokrewnionych ze sobą bohaterów, z których każdy znajduje szczęście (w miłości).

niedziela, 16 listopada 2014

Jeszcze o kastach i Eddzie Poetyckiej

W Eddzie Poetyckiej jest pieśń o stworzeniu ludzi (Rigsthula), a właściwie o rozmnożeniu i zorganizowaniu w zhierarchizowane społeczeństwo.
Oto jeden z Asów, Rig, potężny i sędziwy wędrując po świecie odwiedza po kolei trzy pary małżeńskie, których potomkowie dają początek 3 warstwom społecznym: niewolnikom, wolnym kmieciom i jarlom.
Pierwsza para Al i Edda (dwoje starych, kobieta w staroświeckim czepku) ugościli go chlebem razowym pełnym plew i wrzątkiem. Po 9 miesiącach urodził im się czarny chłopiec Thrael, który miał na rączkach pomarszczoną skórę, kalekie kostki, grube palce, brzydką twarz, krzywe plecy, długie pięty. "Wiklinę splatał, snopy wiązał, chrust nosił - całymi dniami" Jego oblubienica Thir była krzywonoga, miała "łajno na podeszwach, ramiona słońcem spalone, wklęśnięty nos". Od nich pochodzi ród niewolników.

Następna para Afi i Amma zajęci byli pracą, gdy Rig ich odwiedził, mąż (zarost staranny, włos spadał na skronie, koszula ciasna) obciosywał drąg do krosen, żona (czepiec na głowie, stanik na piersi, chusteczka na szyi, szpilki na ramionach) kręciła kądziel i przygotowywała przędzę.
Amma postawiła na stół gotowaną cielęcinę - najlepszy przysmak. Po 9 miesiącach urodził im się chłopiec Karl rudy i rumiany, oczka żywe. "Obuczał woły, strugał radło, dom budował, stodołę jako cieśla robił, wóz robotą kołodzieja - i pługiem orał" Jego oblubienica Snor była "pękiem kluczy zdobna, spódnica z koźlej skórki". Od nich pochodzi ród chłopów.

Ostatnia para - Fadir i Modir patrzyli sobie w oczy, paluszkami się bawili. Pan domu kręcił cięciwę, łuk napinał, strzały osadzał, a pani domu przyglądała się swym ramionom, gładziła cenną materię, obciągała rękawy. Miała wysoki czepiec, klejnot na piersi, płaszcz był do ziemi, kaftan błękitny.
Modir zasłała stół wzorzystym obrusem z bielutkiego lnu i położyła nań cienkie skibki białego pszennego chleba, lśniąca wieprzowinę, pieczony drób i wino. Po 9 miesiącach urodziła chłopca Jarla, który miał włos płowy liczka białe, a spojrzenie ostre jak u młodego węża. Chłopiec "napinał łuki  i osadzał strzały, rzucał oszczepem, ćwiczył się Franków lancą, konno jeździł i psami szczuł, mieczem śmigał, w pływaniu się doskonalił". Na dodatek Rig nauczył go run.
Po oblubienicę wyprawiono się za morze. Erna miała na imię, była jasna i światła, o cienkich paluszkach.

Nieodmiennie fascynuje mnie ten tekst. Trzy warstwy stosunkowo mało zróżnicowanego społeczeństwa wczesnośredniowiecznej Skandynawii zdefiniowane są głównie w kategoriach estetycznych.
 Niewolnicy są przede wszystkim odrażająco brzydcy, różnią się ciemnym kolorytem od pozostałych (być może ich przodkowie zostali uprowadzeni w niewolę z południa Europy) Są brudni, spaleni słońcem i pełni genetycznych wad, ubierają się paskudnie, ich jedzenie jest oczywiście wstrętne itp.
Wolni kmiecie to już zupełnie inna rozmowa jaśniejszy koloryt, schludny, zdrowy wygląd, strój świadczący o pewnej zamożności, praca owszem ciężka, ale na swoim, nie uwłaczająca godności i wymagająca kwalifikacji, jedzenie proste, ale smaczne.
Jarl i jego żona to uosobienie piękna i luksusu blade lica, płowe włosy smukłe palce. Mąż trudni się wojowaniem, polowaniem i rządzeniem a żona jest luksusowym symbolem statusu, od którego wymaga się dobrego urodzenia, równie dobrego posagu i reprezentacyjnego wyglądu, poza tym nie ma (w tej pieśni) za wiele do roboty. Jedzenie jest najlepsze jakie można sobie wyobrazić, bardzo wykwintnie podane na srebrnych misach i w złotych pucharach, szaty jedwabne. Właściwie opisowi ich dobrobytu i pewnego wyrafinowania stylu życia autor poświecił więcej miejsca niż  cechom osobniczym swoich bohaterów.

Tekst myślę bardzo "nowoczesny" w swoim zasadniczym przesłaniu. Nie istnieje w nim żadne moralne ani nawet merytoryczne uzasadnienie podziału spolecznego. Decyduje wyłącznie aspekt estetyczny i "lifestylowy". To jakbym słyszała polską debatę publiczną w mainstreamowych mediach. Politycy opozycji i  ich elektorat to starzy, brzydcy, źle ubrani (w staroświeckie czepki)ludzie, o niskich dochodach i nudnym trybie życia. Tylko czekam kiedy jakiś rządowy spin doktor odkryje ich pomarszczoną skórę na rękach, grube palce, kalekie kostki, krzywe plecy i długie pięty. Brzmienie nazwisk (w Eddzie też są wymienione imiona charakterystyczne dla poszczególnych warstw) także może być kompromitujące. Ktoś kiedyś podsłuchał jak Urban i Michnik nabijali się z nazwisk "prawicowych oszołomów" jak Semka lub Warzecha. Ubaw mieli po pachy, że można się tak (plebejsko?) nazywać. Ktoś (zdaje się Ziemkiewicz) podsumował, że zdecydowanie lepiej niż Urbach i Szechter (dla mojego ucha także).

Dokładnie takich argumentów używają dzieci/młodzież ustalając porządek dziobania w swojej grupie. Niemodne ciuchy, tanie podróbki dobrych marek, brak jakichś idiotycznych gadżetów, ubóstwo rodziców, wygląd nie dość upodobniony do jakiegoś kretyńskiego ideału dyskwalifikuje skuteczniej w oczach grupy niż skrajna głupota czy podłość. Celem ostatecznego pognębienia dodaje się jeszcze, że delikwent(ka) śmierdzi i uzasadnienie odrzucenia gotowe.

Podobieństwo do hinduskich kast też da się zauważyć - pariasi są w odróżnieniu od wyższych kast bardzo ciemni, trudnią się nieeleganckimi zajęciami, mają charakterystyczne nazwiska, nic więc dziwnego, że nie mogą pić wody z tego samego źródła co reszta, bo zapewne śmierdzą. Podejrzewam, że żaden z obrońców systemu kastowego nie zauważyłby nawet ironii w tych słowach.

Najkoszmarniejsze jest to, że ludzie naprawdę tak myślą i naprawdę porządkują ludzi według tego typu klucza, a nie mam tu na myśli wyłącznie istot niedojrzałych. O tym, że istnieje właściwy i niewłaściwy wygląd (nie stylizacja tylko cechy genetyczne), podobnie jak właściwy i niewłaściwy akcent w angielskim, miałam okazję przekonać się nie raz na własnej skórze.
W Polsce, odwrotnie niż w Eddzie,  koloryt raczej ciemny niż jasny o chłodnym zabarwieniu jest normą, budowa raczej drobna, a wzrost średni. Ktoś większy i jaśniejszy, a nie daj Boże o ciepłym, złotawym odcieniu włosów jest postrzegany jako odstępstwo od normy w sensie negatywnym (być może obcy etnicznie?). Dla odmiany w Anglii np. właśnie taki wygląd usposabia życzliwie i zapewnia pewien kredyt zaufania i dobrej woli na dzień dobry, o czym się przekonałam ku swemu  przyjemnemu zaskoczeniu.

Moi rodzice uczyli mnie za młodu: "Bądź dobra dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie". Uśmiecham się na to wspomnienie i zastanawiam w jakim kresowym raju się wychowali. Bardziej prawdopodobne, że opowiadali mi o świecie, jakim chcieliby aby był, a nie tym który jest.
Święty Paweł też napisał, że nie ma już niewiasty ani mężczyzny, niewolnika ani wolnego, Żyda ani Greka w formie postulatu raczej niż opisu rzeczywistości.

Mówiąc zupełnie szczerze, nie widziałam nigdy grupy ludzi, gdzie nie byłoby owego  niepisanego i nie wypowiedzianego porządku dziobania, irracjonalnego i często stojącego w sprzeczności z oficjalną hierarchią, a przestrzeganego skrupulatniej niż wszelkie zawzięcie deklarowane zasady.
Praca cywilizacyjna Chrześcijaństwa sprawiła wprawdzie, że nie jesteśmy formalnie podzieleni na kasty jak Hindusi, ale  nieodmiennie klasyfikujemy bliźnich według kryteriów estetyczno - lifestylowych, a nie moralnych czy merytorycznych.







sobota, 15 listopada 2014

Jeszcze o myśleniu pierwotnym, pedofilii i systemie kastowym

Pisałam ostatnio co nieco o dopuszczalności pedofilii w świętych tekstach (i nie tylko) różnych religii. Wszystko na to wskazuje, ze Chrześcijaństwo jest wyjątkiem takich praktyk nie dopuszczając (minimalny wiek zamążpójścia w średniowieczu dla dziewczyny to 12, a w uzasadnionych przypadkach 18 lat).
Cały ten przegląd jednak dał mi do myślenia. Niepokoi mnie ten powszechny konsensus - mężczyzna ma prawo używać dziecka wbrew naturze. Czy to także ślad czegoś, co nazwałam myśleniem pierwotnym? Czy tak właśnie myśli człowiek, który z cywilizacyjnym wpływem Chrześcijaństwa się nie zetknął? Wszystko na to wskazuje, że tak, co więcej w obrębie jego oddziaływania istnieją ludzie ten pogląd wyznający, tylko nie mogą się zbyt ostentacyjnie z nim obnosić. Moje własne doświadczenie to, niestety, potwierdza.

Byłam typowym PRL-owskim dzieckiem z kluczem na szyi biegającym samopas od pierwszych lat podstawówki. Tylko Aniołowi Stróżowi zawdzięczam, że nic naprawdę strasznego mi się nie przytrafiło. Wyrośnięta jak na swój wiek, zwracałam uwagę wyglądem i niezwykłym kolorem włosów. Wysłuchiwanie komentarzy obcych ludzi - na ogół chamskich - na ten temat było przykrą częścią mojej codzienności. Przezwiska rówieśników nie były szczególnie przyjemne, ale jakoś wytłumaczalne.  Co szokuje mnie do dziś dnia, to ilość tekstów o zabarwieniu seksualnym pochodzącym od dorosłych mężczyzn skierowanych do 7, 8, 9 letniej dziewczynki. Często wtedy ich nie rozumiałam, moja niewinność mnie chroniła, ale intuicyjnie czułam, że to coś paskudnego. Przy czym nie mam na myśli zboczeńców grasujących w pobliżu szkoły i prezentujących swoje genitalia tylko tzw. normalnych mężczyzn - nie wolnych od seksualnych apetytów na widok ładnej dziewczynki, ale wyrażających je zastępczo jedynie werbalnie. Gdyby istniało prawne i zwyczajowe przyzwolenie na folgowanie tym apetytom, zapewne oglądalibyśmy i u nas wysyp 8-letnich panien młodych wykrwawiających się na śmierć w noc poślubną.
Praca cywilizacyjna 20 wieków Chrześcijaństwa oszczędziła nam tego, ale myślenie pierwotne nie znikło, tylko zeszło do podziemia.

Podobnie rzecz ma się z systemem kastowym - w Indiach oficjalnym - w pozostałych częściach świata praktykowanym bez  używania tej nazwy, nawet w krajach chrześcijańskich, których konstytucja zapewnia obywatelom równość wobec prawa. Wystarczy poobserwować grupę dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym i wyżej. Jak hierarchicznej struktury natychmiast nabiera taka grupa i jak nieprzekraczalne są podziały, które tworzy. Rzecz została świetnie opisana w książce Amandy Craig "Private place", o której już na tym blogu wspominałam, więc nie będę się dłużej rozwodzić.
"Moralność obowiązuję tylko miedzy równymi" jak to zostało trafnie zauważone  w "Wojnie Peloponeskiej" i tu jest pies pogrzebany - nie uważamy się za równych. Niektóre różnice są oczywiste - pozycja społeczna, bogactwo, władza. Chyba tylko w społeczności aniołów nie miałyby wpływu na traktowanie obdarzonych nimi jednostek (choć chóry aniołów także mają hierarchiczny układ). Inne niedostrzegalne gołym okiem, a równie oczywiste. Grupa wyznacza jednostce miejsce w stadzie (na podstawie nie wiem czego) i biada, jeśli jej zachowanie do tego miejsca nie pasuje np. ofiara nie pozwoli się dręczyć tylko się odwinie i przyładuje dręczycielowi, albo osoba uznana za gorszą wykaże wyraźną wyższością np. intelektualną.
Jednak dopóki ta pozycja i związane z nią oczekiwania nie są zwerbalizowane, skodyfikowane w systemie prawnym i dziedziczne, jednostka ma szanse się grupie postawić i w sprzyjających okolicznościach wygrać.

Kiedy przyjrzymy się przypadkowi Asii Bibi i sytuacji chrześcijan w Pakistanie w ogóle, to uderza jedna rzecz - są oni traktowani przez muzułmanów dokładnie tak samo jak niedotykalni przez wyższe kasty w Indiach np. nie wolno im pić wody z tego samego źródła, gdyż jako nieczyści mogliby ją skazić. Asia Bibi będąc w lokalnej społeczności na pozycji ostatniej ofiary, od której oczekiwano wyłącznie przepraszania, że żyje i lizania stóp pozostałym członkom stada ośmieliła się zrobić coś co tej pozycji nie pasowało - zaczerpnąć wody z tego samego wiadra, a kiedy stado chciało ją za to ukarać miała czelność bronić siebie i swojej wiary łamiąc kolejne tabu. Prawo oficjalne, poparło niepisane prawo stadne, że ofiara, która wypada z roli ofiary powinna zostać zabita.

Podejrzewam, że Chrześcijanie w Indiach to głównie potomkowie niedotykalnych, dla których konwersja była ucieczką przed systemem kastowym. Wyobrażam sobie jaką ulgą była dla nich świadomość, że przynajmniej w oczach Boga są równi, być może władze brytyjskie też ich jakoś popierały.

Tak a propos władz brytyjskich, słyszałam niedawno, że pewien gubernator stanu Gudżarat (niestety nie pamiętam nazwiska) zabronił zabijania niemowląt płci żeńskiej, palenia wdów na stosie i grzebania żywcem trędowatych. Na zarzut, że ingeruje w miejscowe zwyczaje religijne odpowiedział, że brytyjskim zwyczajem religijnym jest wieszanie tych, którzy mordują niemowlęta, palą wdowy i grzebią żywcem trędowatych, czym zakończył dyskusję.

piątek, 14 listopada 2014

O niedźwiedziach i zarządzaniu wyobraźnią zbiorową

Dzisiaj dla odtrutki po wczorajszym researchu na temat figli wśród różnych religii obejrzałam kilka filmików o Wojtku - syryjskim niedźwiedziu brunatnym, którego historię znałam i Baśce murmańskiej - niedźwiedzicy polarnej, o której usłyszałam po raz pierwszy.

W komentarzach pod angielskim filmem dokumentalnym o Wojtku jakiś tamtejszy potomek żołnierza z armii Andersa zadał retoryczne pytanie: Dlaczego historia polskiego ruchu oporu zupełnie się nie przebiła do zbiorowej świadomości?
To dobre pytanie jak powiada klasyk w filmie Trzej Kumple (bardzo polecam).

Ja bym je poszerzyła: Dlaczego w ogóle pewne fakty się nie przebijają, choć zdecydowanie powinny, a inne, oględnie mówiąc wzięte z zadu (żeby się nie wyrażać), rządzą zbiorową wyobraźnią?
Przypadek czy może ktoś tym umiejętnie zarządza?

Wielu ludziom na zachodzie Kościół Katolicki kojarzy się wyłącznie z pedofilią księży, ewentualnie inkwizycją, na temat której pojęcie mają dość blade (bardziej wykształconym z krucjatami), choć żyją wśród zdobyczy cywilizacyjnych, które mu zawdzięczają. Ci sami ludzie dają się łatwo uwieść hinduskim guru - szarlatanom, albo podejrzanym tybetańskim mnichom, którzy mają do monastycznej dyscypliny stosunek dość swobodny, zwłaszcza na zachodnich bogatych łowiskach.
Nawet teraz, kiedy wiedza na temat wyczynów Sai Baby, Maharishi'ego, Osho, ruchu Hare Kriszna jest dość dostępna, nie widzę karykatur w Internecie, ani stwierdzeń, że  pederastia, wyłudzanie pieniędzy i pranie mózgu jest istotą hinduizmu lub buddyzmu.

 Kiedy wyszło na jaw, że jeden z tybetańskich "wysoko urzeczywistnionych" mistrzów duchowych "diamentowej drogi" Kalu Rinpocze (bardzo starożytny zresztą) ma na sumieniu nie tylko bardzo liczne przypadki wykorzystywania seksualnego, ale również straszenia ofiar konsekwencjami ewentualnego zdemaskowania go na ileś tam wcieleń, europejski propagator buddyzmu tybetańskiego lama Ole Nydahl skwitował to stwierdzeniem, że celibatem  w tym środowisku nikt się nie przejmuje.
Mogę sobie wyobrazić, co by się działo gdyby to był ksiądz katolicki na placówce misyjnej!

Wszyscy wiemy, albo możemy się łatwo z internetu dowiedzieć o akceptacji dla pedofilii w Islamie.
Bardzo działają na wyobraźnię liczne przypadki 8 letnich panien młodych, które umarły z upływu krwi w noc poślubną albo przy porodzie w wieku lat 11. O proroku Mahomecie i jego ukochanej żonie Ajszy poślubionej w wieku lat 6 możemy nawet obejrzeć wstrząsający film.

Natomiast seksualny aspekt kultury hinduskiej kojarzy się przede wszystkim z kamasutrą  i dosłownymi jej ilustracjami na fasadach świątyń - dla zachodniego odbiorcy objawienie seksu wyzwolonego. Zdecydowanie mniej (albo wcale) nie przebija się fakt, że według świętych tekstów tej religii mężczyzna powinien poślubić kobietę o 2/3 młodszą (czyli 30-latek 10 latkę, 21-latek 7-latkę itp.) i koniecznie przed osiągnieciem przez nią dojrzałości seksualnej (kiedy jeszcze biega nago). Ojciec, który by zaniedbał wydania córki za mąż do tego czasu, popełnia grzech, a ona sama jest zhańbiona. Takie podejście ma oczywiście konsekwencje podobne jak w krajach muzułmańskich typu Jemen czy Arabia Saudyjska. Dziewczynki, których cudem nie abortowano ze względu na płeć, albo nie uduszono tuż po urodzeniu, umierają w noc poślubną lub przy porodzie.
Do uprawiania kamasutry służą głównie kurtyzany - czyli kobiety, które zamiast wydać za mąż zaprowadzono do burdelu w wieku lat 12 - po latach wprawy. Pełne wyzwolenie seksualne!

Jeszcze bardziej wyzwolony jest Talmud Babiloński według, którego można poślubić dziewczynkę w wieku niepełnych lat 3, a seks z chłopcami do lat 9 jest dopuszczalny, gdyż chłopiec to nie mężczyzna, a więc biblijny zakaz współżycia ze sobą dwóch mężczyzn nie obowiązuje. Trudno się dziwić, że pedofilia (głownie homoseksualna) jest takim problemem w środowisku ortodoksyjnych Żydów.

Profesor Hartman , GW, i wszystkie liberalno-lewicowe media na zachodzie na tak łakomy kąsek się jednak nie rzucają. Podobnie jak ignorują podboje seksualne Cohn - Bendita wśród przedszkolaków, przypadek Woody Allena i Polańskiego(tego nawet zawzięcie bronią), projekty zalegalizowania pedofilii niemieckich zielonych w latach 80, problem powszechnej pedofilii w Hollywood itp. Ciekawe dlaczego?







wtorek, 11 listopada 2014

O "nierównomiernym rozmieszczeniu nadużyć seksualnych"

Znowu oglądałam filmy o islamie, a konkretnie o jego obyczajowej stronie. Oczywiście, to co jest dopuszczalne w dziedzinie seksu dla mężczyzny, musi zaszokować każdego (molestowanie niemowląt jest na przykład akceptowalne, jeśli się ich trwale nie uszkodzi). Nie zamierzam jednak o tym pisać.
Widziałam sporo humorystycznych rysunków na temat Mahometa i jego bogatego życia seksualnego ze szczególnym uwzględnieniem wątku 6-letniej Ajszy. Coś innego jednak zwróciło moją uwagę. Paskudne karykatury proroka czasem występowały z jeszcze bardziej paskudnymi przedstawieniami pedofilii w Kościele, a wszystko to razem z zestawione w celu udowodnienia, że wszelkie religie to absurd i ciemnogród.
Czy jednak wszelkie? Muszę, przyznać, że nie widziałam karykatury życia seksualnego mnichów buddyjskich, które  jak wiem skądinąd bywa szokujące dla europejskiego odbiorcy, ani niczego o nadużyciach rabinów, ani o moralności seksualnej wyłożonej w Talmudzie (dość przypominającej Islamską).
Tak więc wszystkie religie są absurdalne i obrzydliwe, ale 2 szczególnie: Islam i Katolicyzm. No cóż, nic na to nie poradzę, ale znam jedno wyznanie, szczególnie wrogo do obu nastawione.
Jakoś nie mogę uwierzyć, że zło rozmieszczone jest tak nierównomiernie i pewne grupy wyznaniowe są od niego wolne.

poniedziałek, 10 listopada 2014

O radykalnym Islamie w Europie słów kilka

Naoglądałam się właśnie filmów o radykalnym islamie w Europie zachodniej (nie po raz pierwszy zresztą) i mam mieszane uczucia. Problemy, które tamtejsze społeczeństwa mają są wynikiem długiego procesu dziejowego. Stawiam śmiałą tezę, że trwającego od reformacji. Pewnym problemem byłyby wtedy kraje katolickie. Przypadek Francji można jednak wiązać z rewolucją i działalnością loży Le Grand Orient, która - o ile wiem - miała także spore wpływy we Włoszech i Hiszpanii (i Ameryce Łacińskiej). Nie będę jednak tej tezy szczególnie zawzięcie dowodzić, podzielę się tylko kilkoma spostrzeżeniami.

Zmarginalizowanie, a nawet dyskryminowanie Chrześcijan jest w tych krajach faktem, swoboda obyczajowa, a nawet uprzywilejowanie osobników promujących dziwactwa obyczajowe również,  podobnie jak rozpad tradycyjnej rodziny, kryzys demograficzny itp.
Żaden z komentatorów problemu muzułmańskiego (w filmach, które obejrzałam) nie zauważył związku. A czy przypadkiem nie te same środowiska, które zwalczają Chrześcijaństwo ze szczególnym uwzględnieniem Kościoła Katolickiego i promują wszystkie możliwe perwersje nie stoją za ideą multi-kulti i wprowadzeniem jej w życie?

Mówienie o muzułmanach jako problemie było np. w krajach skandynawskich przez lata całe zbrodnią, porównywalną jedynie do antysemityzmu, za którą groziła śmierć cywilna (i nie tylko), utrata pracy itp. Teraz takie głosy zaczynają się tu i ówdzie nieśmiało pojawiać.
Zastanawiam się czy przypadkiem nie dlatego, że jedna święta krowa zaatakowała drugą i trzeba się zastanowić która świętsza?

Co bardziej wstrząsa opinią publiczną : niewiarygodnie brutalne gwałty na skandynawskich kobietach, brytyjskich dziewczynkach, obrzucanie wychodzących z mszy katolików kamieniami we Francji czy też może zaatakowanie proizraelskiej demonstracji albo starozakonnego w jarmułce na ulicach Malmo?

Czy nie jest przypadkiem tak, że ktoś  tu wyhodował Golema aby mu służył przeciw potencjalnym wrogom, a ten zniszczywszy ich  obrócił się przeciw swemu panu?


niedziela, 9 listopada 2014

O prawdzie, nonkonformizmie i pierwotnym sposobie myślenia


Wracając do sposobu myślenia, które ofiarę obarcza winą, za zło, którego doświadczyła, po namyśle dochodzę do wniosku, że być może jest to pierwotny sposób myślenia, którego przemiana wymaga głębokiej reedukacji. Mimo pracy cywilizacyjnej Chrześcijaństwa (20 wieków Europie, a w Polsce 10) są społeczności, które się skutecznie jej opierają. Co zaskakujące, są to społeczności wiejskie, często gorliwe w praktykowaniu wiary. Pogański pogląd, że choroba albo kalectwo w rodzinie to przede wszystkim wstyd, nie jest w nich bardzo odosobniony. (Nie twierdzę, że gdzie indziej jest, ale raczej nikt go expressis verbis nie artykułuje - zdecydowanie nieładnie by to brzmiało).
Słyszałam kiedyś w radio wypowiedź matki, zgwałconej i bestialsko zamordowanej dziewczyny. Sadząc po charakterystycznym sposobie mówienia była to tzw. "prosta wiejska kobieta". Nie było w jej słowach gniewu, ani domagania się sprawiedliwości, czego można by by w takich okolicznościach oczekiwać, tylko monotonne zawodzenie - ona przecież niewinna, niewinna...
Kogo chciała przekonać ta nieszczęsna kobieta? Siebie? Rodzinę? Sąsiadów? Opinie publiczną?
Wyglądało to trochę tak, jakby jej głównym problemem nie była strata dziecka tylko niezgodność dotychczasowych poglądów (jesteś sam winien zła, które cię dotyka) z rzeczywistością (zło dotyka także/przede wszystkim niewinnych).
Ten sposób rozumowania widzę także u swojej matki, której pierwszą reakcją na wszystkie moje nieszczęścia (także niezawinione) było rytualne opieprzanie mnie i obarczanie winą (co bywało zdecydowanie bardziej uciążliwe niż same nieszczęścia).
Często słychać głosy w tym tonie w mainstreamowych mediach - vide casus Amber Gold (sami sobie winni, że zostali oszukani). Bardzo rozpowszechniony w szkolnictwie - nauczyciel sam sobie winien, że został znieważony, pobity, opluty, widocznie nie umiał podejść do młodzieży (inni potrafią).
Jednak praca cywilizacyjna chrześcijaństwa sprawia, że coś nam w takich wypowiedziach nie gra, a nawet wydają się nam głęboką patologią. Coś nam pozwala oprzeć się pierwotnemu, stadnemu sposobowi myślenia, który przede wszystkim eliminuje słabszych, bezbronnych, a staje po stronie silniejszych. To coś to prawda, a ściślej mówiąc odwaga opowiedzenia się po stronie prawdy, która z istot stadnych czyni ludzi,.
Pewien znany i wybitny socjolog, którego nazwiska nie wymienię (powiem tylko, że zajmuje się pasożytniczymi grupami interesów i patologiami służb specjalnych) opowiadał kiedyś, że badania psychologiczne wykazały w jego przypadku socjalizację w dolnej granicy normy, co w praktyce oznacza niezdolność do odczytywania sygnałów niewerbalnych nadawanych przez grupę. To znacznie ułatwia mu bycie nonkonformistą.
Większość z nas wcześniej czy później odkrywa, że mamy w społeczeństwie do czynienia z dwoma przekazami oficjalnym - w naszym przypadku (ciągle jeszcze) chrześcijańskim, gdzie istnieje dobro, zło i wybór miedzy nimi, nakaz miłości bliźniego, prawda itp., a wszystko wyłożone słowami, które możemy przeczytać lub usłyszeć, i nieoficjalny gdzie decyduje instynkt stadny komunikowany przez owe sygnały niewerbalne. Jeśli ktoś je werbalizuje np. "mam rację, bo jestem tutaj ważniejsza", albo "nie masz prawa się wypowiadać bo jesteś nie nasz" brzmi to skrajnie idiotyczne, a jednak to ów niewerbalny , stadny przekaz ma przemożny wpływ na nasze życie czy nam się to podoba czy nie, nie dobro i zło, nie prawda i fałsz, tylko pozycja w grupie.
Nawet jeśli sami staramy się jemu nie ulegać to ulega mu zdecydowana większość ludzi, wśród których żyjemy.

sobota, 8 listopada 2014

O zemście i przywracaniu porządku świata

Muszę wyznać, że temat zemsty jest mi bliski i przypomina mi jak bardzo jeszcze jestem poganką.
Rezygnuję z niej z największą trudnością, po ciężkiej walce wewnętrznej. Nie byłabym w ogóle do tego zdolna, gdybym nie przekonała się parę razy w życiu, że zemsta należy do Boga. Na taki układ jestem w stanie pójść - przyjąć, ze Bóg przywróci porządek świata lepiej niż ja sama bym to zrobiła.

W zemście bowiem o to tylko chodzi, o przywrócenie porządku świata naruszonego przez kogoś, kto z własnej inicjatywy, bez żadnego powodu dopuścił się zła wobec kogoś. kto mu nie zawinił. Całe nasze jestestwo wzdraga się przed zaakceptowaniem czegoś takiego. Nawet abstrahując od emocji osoby bezpośrednio takim działaniem dotkniętej, nie chcemy przyjąć do wiadomości, że na świecie można bezkarnie czynić zło, zwłaszcza wobec niewinnych, po prostu nie chcemy takiego świata. Stąd gniew, który jest adekwatną reakcją na niesprawiedliwość. Gniew pobudza do działania, a jego celem jest oddanie sprawcy tego co mu się należy tzn. wymierzenie sprawiedliwości, a przez to przywrócenie porządku świata (nie można bezkarnie czynić zła!).

Jestem - mówiąc oględnie - bardzo podejrzliwa wobec ludzi, którzy zbyt łatwo wybaczają, albo co gorsza twierdzą, że nic się nie stało. Mam podejrzenie, że to po prostu lęk przed zmierzeniem się z tematem albo inercja. Jeśli chodzi o wybaczenie to dotyczy ono sytuacji przyznania się sprawcy do winy, jego skruchy i  szczerej chęci zadośćuczynienia. Co można jednak powiedzieć o ojcu nastolatki molestowanej przez kolegów z gimnazjum i doprowadzonej do samobójstwa, który twierdzi, że wybaczył w sytuacji kiedy te młodociane monstra i ich lojalni rodzice usiłują zrzucić winę na ofiarę?
W oczywisty sposób chce poświęcić dobre imię córki dla świętego spokoju i poprawnych relacji z sąsiadami. Nic na to nie poradzę, ale wydaje mi się to haniebne. Normalny ojciec powywieszałby gnoi za jaja na latarni.

W cywilizacji zachodniej honoru skrzywdzonej dziewczyny tak właśnie broniono - przez osobiste ukaranie krzywdziciela, które to prawo sądy do pewnego momentu respektowały, albo oddanie go katu. Wydaje się to nam oczywiste i naturalne, a jednak istnieją kultury, gdzie w takiej sytuacji zabija się ofiarę - kobietę, jak w islamie (osławione honour killing praktykowane nawet przez muzułmanów mieszkających w Europie). Jest to na pewno znacznie łatwiejsze do wykonania i obarczone znacznie mniejszym ryzykiem niż konfrontacja z agresorem, który na pewno usiłowałby się bronić i na ogół wiedział jak. Jak jednak ci ludzie w swoich sumieniach uzasadniają taki czyn nie mam pomysłu. Jakiego porządku świata bronią? Czy jest to myślenie typu: na świecie nie ma niezawinionego cierpienia, jeśli spotyka cię zło to znaczy, że na nie zasługujesz, a jeśli zasługujesz na tak wielkie zło to lepiej cię wyeliminować zanim ściągniesz je na cały swój ród. A może w ogóle nie myślą w kategoriach winy tylko jak w New Age - niektóre osoby po prostu ściągają nieszczęścia i choroby jak magnes pioruny więc samo ich istnienie jest dla rodu niebezpieczne.

Kiedy usiłuje wyobrazić sobie matkę, która chce śmierci 10-letniej córki, bo ta została zgwałcona przez mułłę, jestem wdzięczna Bogu, że urodziłam się w chrześcijańskim, europejskim kraju. To prawda, że i u nas zdarzają się sytuacje, kiedy winą obarcza się ofiarę, bo krzywdziciel jest zbyt potężny, żeby ludzka sprawiedliwość mogła go sięgnąć, ale rodzina na ogół nie usiłuje jej zabić, tylko udzielić wsparcia.

P.S.
Przeczytałam właśnie na jakimś portalu, że w Indiach pewien ojciec pomścił gwałt na swojej 14-letniej córce. Zwabił gwałciciela  (45-letniego) do domu i torturował go, aż facet się przekręcił (podobno nie chciał go zabić).
Nic na to nie poradzę, ale mam poczucie, że uczynił słusznie.


piątek, 7 listopada 2014

Jeszcze o zdobyczach cywilizacyjnych

Czytałam niedawno gdzieś, pewnie na portalu Frondy o zdarzeniu, które miało miejsce w Iranie lub podobnym kraju muzułmańskim. Mułła zgwałcił (chyba nawet w meczecie) 10-o letnią dziewczynkę. Tłumaczył się, że pozytywnie reagowała na jego zaloty. Dziecko o mało nie umarło z upływu krwi. Uratowała je jakaś fundacja zajmująca się tego typu sprawami. Mułła został skazany na jakąś symboliczną karę, a dziewczynce grozi śmierć z rąk własnej rodziny jak tylko wróci do domu ze szpitala. Własna jej matka miała powiedzieć do niej, że znajdzie pokój jedynie w grobie.

Ta sytuacja pokazuje dość jasno co się dzieje w kulturach, które nie uznają istnienia obiektywnej i możliwej do poznania prawdy. W cywilizacji chrześcijańskiej jest jasne, że zbrodnia popełniona na dziecku ma znacznie większy ciężar gatunkowy ze względu na jego bezbronność i konsekwencje jakie będzie miała dla całego jego życia. Gwałt na dziewicy (a co dopiero na dziecku) był jedną z najcięższych zbrodni i karany był w średniowiecznym prawie niemieckim ścięciem za pomocą zaostrzonej deski. Nikt nie miał trudności z ustaleniem w takiej sytuacji kto ponosi winę i kto powinien zostać ukarany. nikomu nie przyszło do głowy karanie ofiary - logiczna konsekwencja  przyjęcia do wiadomości prawdy i wymogu sprawiedliwości.
Od tego czasu prawo bardzo się zliberalizowało, ale wciąż przyjmujemy za oczywiste, ze karamy sprawcę, a nie ofiarę.
 Jak widać na załączonym przykładzie poza zasięgiem cywilizacji chrześcijańskiej nie jest to wcale oczywiste. Są kultury, gdzie nikogo nie interesuje co naprawdę się zdarzyło ani jak wymierzyć sprawiedliwość. Jeśli wychodzi na jaw coś, co wydaje się obrzydliwe i zakłóca tym samym porządek świata albo dobre samopoczucie społeczeństwa, trzeba zrobić coś, co ten porządek i dobre samopoczucie przywróci. Wyeliminowanie ofiary jest wyjściem najprostszym. Gdyby zachować ją przy życiu jej oczywista krzywda byłaby źródłem dyskomfortu dla całej wspólnoty. Poza tym w tym konkretnym przypadku pozycja sprawcy jest bez porównania wyższa jako dorosłego mężczyzny pełniącego ważną funkcję i otoczonego powszechnym szacunkiem. Uznanie winy kogoś takiego byłoby znacznie trudniejsze do przyjęcia niż pogodzenie się ze zniknięciem z tego świata jakiegoś dziecka. Nikt nie lubi patrzeć na skrzywdzonych, gdyż przypominają o istnieniu zła, które każdego może dotknąć. Rachunek zysków i strat jest prosty - to ofiara musi zostać wyeliminowana.

Ten właśnie sposób myślenia byłby i naszym udziałem, gdyby nie praca cywilizacyjna 20 wieków Chrześcijaństwa. Powiem więcej - ten sposób myślenia jest udziałem bardzo wielu ludzi w obrębie jego oddziaływania, ale nie mogą tego otwarcie głosić bo ciągle jeszcze nie da się zakwestionować wymogu ustalenia prawdy i wymierzenia sprawiedliwości.

O kupowaniu kobiet w przedziale wiekowym od 1 do 10

Wczoraj Fronda opublikowała na swojej stronie wiadomość, że państwo islamskie wystawiło na sprzedaż kobiety, głównie chrześcijanki. Kobietę w wieku 40-50 lat można kupić za równowartość 150 PLN, od 1-10 (sic!) za 600 PLN, ceny w pozostałych przedziałach wiekowych plasują się pomiędzy.
(Co zrobiono z kobietami powyżej 50 i poniżej 1? Przerobiono na kiełbaski?)
Najbardziej szokujące są dla mnie kobiety w wieku 1-10. Nie znam cenników antycznych, tatarskich ani tureckich, ale na zdrowy rozum młoda dziewczyna już dojrzała seksualnie, a jeszcze dziewica czyli w warunkach europejskich okolice 12-16 lat powinna, jako towar gotowy do konsumpcji, być w cenie znacznie wyższej niż roczne niemowlę. Tak jednak myśli Europejczyk/Europejka "skażona" pracą cywilizacyjną 20 wieków Chrześcijaństwa.

Jak wygląda punkt widzenia osób takim wpływem nietkniętych mamy okazję dowiedzieć się z pierwszej ręki - wszystko co się rusza jako obiekt seksualny. Tak właśnie było w wielu cywilizacjach starożytnych na pewnym poziomie wyrafinowania, wśród warstw na pewnym poziomie zamożności.

Dla normalnej Europejki (a ufam, że również dla normalnego Europejczyka) dziecko w wieku 1-10 to przede wszystkim odpowiedzialność, tony miłości, uwagi i pracy wychowawczej, oczywiście poza zapewnieniem odpowiednich warunków materialnych(nie twierdzę, że każde dziecko to dostaje, ale każdy wie, że powinno dostać). Tak myślimy na skutek wyżej wymienionego wpływu Chrześcijaństwa.

W innych kulturach dziecko może być towarem jak każdy inny, można je zaprowadzić do burdelu, sprzedać na niewolnicę seksualną lub na części zamienne. Dziewczynki są dodatkowo narażone na wyeliminowanie na etapie prenatalnym na skutek dostępności USG (jak w Indiach), lub zaraz po urodzeniu jak w starożytnym Rzymie (tzw. nienaturalne znikanie młodszych sióstr) i wielu miejscach dzisiejszej Azji.

Nie jest to wiedza tajemna i każdy przeciętnie rozgarnięty człowiek może ją pozyskać bez trudu.
Co jednak słyszymy w tzw. debacie publicznej? Piramidalne bzdury o ucisku i wyjątkowo niskiej pozycji kobiety w Chrześcijaństwie. Zastanawiam się czy te wszystkie feministki - aktywistki, zielono-czerwoni i tęczowi rzeczywiście tego nie wiedzą. Żaden/żadna z nich nie uczyła się łaciny w młodości i nie zauważyła ile jest imion przewidzianych dla chłopców, a że dla dziewczynki tylko jedno utworzone od nazwiska rodowego ojca, bo wszystkie młodsze siostry kończyły w lesie lub na śmietniku?

Wygląda na to, że Europa oszalała i odrzuca dokładnie wszystkie zdobycze cywilizacyjne, które zapewniły jej tak wyjątkową pozycje na świecie:dobrowolne monogamiczne małżeństwo dorosłych ludzi, zakaz kazirodztwa, dzieciobójstwa, niewolnictwa, sodomii, pedofilii, zoofilii, nekrofilii, eutanazji, eugenicznej hodowli człowieka, ofiar z ludzi i wszystkich okropności, które nie urodziły się dzisiaj ale zawsze istniały. Chrześcijaństwo otoczyło nas ochronnym kloszem tak skutecznie, że zapomnieliśmy co jest alternatywą.

czwartek, 6 listopada 2014

O instynkcie stadnym 1

Była w PRL- u taka seria kawałów o tym jak przychodzi ktoś do lekarza i mówi np "Wszyscy mnie pomijają", a lekarz na to "następny proszę". Nie specjalnie mnie te dowcipy bawiły, nie sądziłam jednak wtedy, że trafiają w samo sedno, dokładnie opisują jak zdecydowana większość ludzi odbiera świat - w sposób zapośredniczony, unikając jak ognia własnego osądu, z lęku że różniłby się od ogólnie przyjętego. Lekarz z dowcipu nie musi sie wysilać, bo pacjent sam dostarcza mu informacji jak powinien być traktowany.

O wesołych cmentarzach

Nawet nie chce mi się dyskutować z ludźmi wstydzącymi się własnej tradycji (a może nie jest dla nich własna?), promującymi obce zwyczaje jak osławiony halloween (w celach komercyjnych lub jeszcze gorzej), krytykującymi polski "płytki katolicyzm" itp.
Gdyby zachowali cień obiektywizmu i bez uprzedzeń wybrali się na cmentarz w okolicach Wszystkich Świętych zobaczyliby kwintesencje Chrześcijaństwa w formie równie przystępnej dla największego barana jak i subtelnego myśliciela - wesoły cmentarz. Śmierć jest pokonana czy też oswojona. Nie boimy się jej, nie uciekamy, nie ukrywamy jej wstydliwie, nasi zmarli dalej żyją - orędują za nami lub wciąż potrzebują naszych modlitw.
Piękne kwiaty (nawet jeśli są to owe łaciate bukiety - hit cmentarny tego roku), ciepłe płomienie zniczy, tłumy ludzi, rodziny zbierające się u grobów i gwarzące pogodnie o dokładnie wszystkim - temat śmierci i wspomnienia o zmarłych wkomponowane harmonijnie w wątki dotyczące życia i przyszłości. Pewna jarmarczność niektórych ozdób niczego nie ujmuje ogólnemu wrażeniu. Widziałam kiedyś reakcję Hindusek, którym po prostu dech zaparło z zachwytu i zaskoczenia na ten widok.
Na zdrowy rozum każdy człowiek powinien być dumny z tak pięknej tradycji, choć mi samej zajęło trochę czasu dochodzenie do docenienie jej w pełni.
Przede wszystkim urodziłam się 2 listopada i obchody Wszystkich Świętych zawsze przyćmiewały moje urodziny. Mama wyjeżdżała do Katowic na grób swego ojca i matki (a potem kolejno dwóch braci), co zawsze mocno zaburzało moje poczucie bezpieczeństwa. Wizyta na cmentarzu i próba poradzenia sobie z tajemnicą śmierci rujnowała je doszczętnie na pewien czas.
Pewien pozytywny aspekt zyskało dla mnie to święto kiedy studiowałam na KULu, gdzie jak we wszystkich instytucjach katolickich było ono związane z dłuższym okresem wolnego, a także wyjazdem do domu i urodzinami obchodzonymi wśród bliskich.
Po powrocie do Wrocławia znowu zaczęło mi się kojarzyć z czasową utratą poczucia bezpieczeństwa i nasileniem irracjonalnych lęków, dlatego w czasach gdy mieszkałam sama często odpuszczałam sobie wizytę na cmentarzu.
Odkąd zdałam sobie sprawę, że moja droga będzie samotna, a zwłaszcza od śmierci ojca, cmentarze zaczęły uświadamiać mi, że nie będzie miał mnie kto pochować i to dość skutecznie zniechęcało mnie do ich nawiedzania. Miałam jednak (i mam) obowiązki wobec rodziny więc chcąc nie chcąc chodziłam tam regularnie i zauważyłam, że moje podejście staje się coraz bardziej pogodne, a poczucie bezpieczeństwa (dość niskie) coraz mniej zaburzone.
Tego roku Zaduszki (i moje urodziny) wypadły w niedziele, była piękna pogoda i po raz pierwszy zdałam sobie sprawę w pełni jak radosny jest cmentarz katolicki w Zaduszki w Polsce (bo być może gdzie indziej nie tak bardzo).
Ciągle jeszcze obrabiam mentalnie fakt, że moim urodzinom patronują wierni zmarli, którzy wciąż potrzebują modlitwy i co to dla mnie znaczy lub powinno znaczyć.
W każdym razie w tym roku wizyta na cmentarzu dodała pogody moim 49, ostatnim przed półwieczem urodzinom. Tort zrobiłam z ciemnego biszkopta, mocno nasączony, do kremu (nieco się zwarzył) dodałam wiśnie, polewy użyłam kupionej i była za twarda. Moja matka stwierdziła, że jest dobry, ale kupiony byłby lepszy - typowe!
Ponadto nabawiłam się zapalenia pęcherza, uszyłam ocieplany płaszcz na zimę i czekam aż mój promotor skomentuje rozdziały pracy, które mu przesłałam, aby wziąć się za dalszą obróbkę.
Pewnej znajomej z uczelni (z którą prowadzę zajęcia) umarła matka (nagle, na serce, miała 81 lat). Ta osoba - dobrze po 50-ce, zamężna, nieźle ustawiona w życiu - powiedziała, że czuje się jak porzucona sierotka.

środa, 5 listopada 2014

Bardzo spostponowani Trzej Muszkieterowie

Długo nie pisałam, a tyle rzeczy wydarzyło się na świecie, że nawet gdybym chciała nie zdołałabym skomentować nawet jednym zdaniem najważniejszych zdarzeń. Nie mam takiego obowiązku, a też chwilowo mi się nie chcę, toteż podejmę mą opowieść tam gdzie ją przerwałam tzn. na ulubionych lekturach mej młodości i ich ekranizacjach.
Obejrzałam 3 ekranizacje Hrabiego Monte Christo Alexandra Dumas, nigdy nie czytałam książki więc wydały mi się akceptowalne. Najbardziej podobał mi się francuski serial z Gerardem Depardieu w roli tytułowej. Kiedyś bardzo go lubiłam, na Zieloną Kartę poszłam kilka razy tylko ze względu na jego rolę, ale w realu okazał się tak beznadziejnym kretynem, że wszystkie jego kreacje aktorskie są dla mnie skażone.
Przy okazji Dumasa nie mogłam nie zobaczyć nowych ekranizacji Trzech Muszkieterów. To zupełnie wyjątkowa książka w moim życiu, początek pasji czytelniczej. Przeczytałam ją mając lat 11 i to był absolutny przełom. Wcześniej oczywiście zdarzało mi się zmęczyć jakąś książczynę, sprawdzając co chwilę ile mi zostało stron do końca, jeśli to było wymagane w ramach lektur szkolnych.
Czym może być literatura, jaką przyjemność daje czytanie dowiedziałam się za przyczyną rzeczonego Alexandra Dumas i jego muszkieterów.
Nie sięgnęłabym jednak po to dziełko gdyby nie ekranizacja z lat 70-tych z Michaelem Yorkiem w roli D'Artagnana i Raquel Welch - Konstancji. Miałam 9 lat kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy i odtąd chodziłam na wszystkie możliwe seanse do każdego kina w okolicy jak długo film był grany.
Nie oparłam się kupieniu obu części na DVD parę lat temu i przeżyłam szok jak bardzo są głupie i nieoglądalne.
Pogląd mój musiałam zrewidować po wyrywkowym obejrzeniu ekranizacji z lat 90-tych i początku najnowszej z 2013(?) - więcej nie zmogłam. Już ta wcześniejsza osiąga poziom kretyństwa nieznany w historii - kardynał Richelieu pragnie korony i królowej dla siebie i w tym celu spiskuje z Anglią - ale tej najnowszej po prostu nie da się oglądać.
Po kiego reżyser tego czegoś szarga imię Dumasa i tytuł jego powieści, nie jestem w stanie pojąć. Ewidentnie jego targetem są ludzie wychowani na grach komputerowych, którzy nic nigdy w życiu nie czytali i nie zamierzają.
Już pominę miłosiernym milczeniem latające statki i inne zdobycze techniki, ale ta paskudna antychrześcijańska propaganda, zohydzanie wszystkiego co ma związek z Kościołem!
Coś ohydnego po prostu.
Nie mam słów
P.S.
Skończyłam właśnie oglądać pamiętną ekranizację z lat 70-tych produkcji panamskiej.
Po tych skrajnych idiotyzmach, o których wspomniałam wyżej to po prostu dzieło wybitne!
Największe wrażenie zrobiła na mnie dbałość o detal historyczny - Planchet wchodzący na bal przebierańców przebrany jest za niedźwiedzia polarnego w wersji barokowej. Ma kabacik o charakterystycznym kroju, z białego futra, ze stojąca kryzą dookoła szyi. Szczególne wrażenie robią wszelkie zabawy dworskie jak gra w szachy, gdzie pionkami na szachownicy są psy czy polowanie z sokołami. To była część uroku tego filmu, gdy oglądałam go jako dziecko - sugestywnie i w miarę wiernie pokazywał Francję, a chwilami Anglię, XVII w.
Ponadto przy wszystkich uproszczeniach i odstępstwach od literackiego pierwowzoru zachowuje w pełni jego ducha. Postać kardynała Richelieu, intryganta wprawdzie, ale głównie mającego na celu dobro Francji, umiejącego wznosić się nad swoje słabości i przegrywać z wdziękiem odmalowana jest znakomicie. Inne postaci drugiego planu jak król, królowa i książę Buckingham są równie sugestywne i żywe, nie wspominając o znakomitym słudze D'Artagnana Planchecie.
Przez porównanie film wydaje się skrajnie wyrafinowany, akcja bogata w wątki i logicznie spójna, postacie mimo szkicowego potraktowania psychologicznie trafne, humor dobroduszny sceny przemocy, których nie brakuje, zneutralizowane specyficzną konwencją itp.
Przeznaczony dla szerokiego grona widzów zachwycił mnie w dzieciństwie.
Zastanawiam się dla kogo przeznaczone są ekranizację z lat 90-tych i 2011 roku?
Jaki kretyn gotów jest wierzyć, że kardynał Richelieu, wybitna postać historyczna, działał na szkodę własnego kraju, bo nie o jego potęgę mu chodziło tylko o jakąś chuderlawą młódkę, którą nawiedza w prywatnych apartamentach podczas kąpieli i ogląda jej mało apetyczną nagość.
Jaki baran może oglądać spokojnie scenę wleczenia pomazańców - króla i królowej - przez gwardię kardynała do jego mrocznej siedziby w złowrogich celach.
Jak skrajnym nieukiem, oderwanym od rzeczywistości i wiedzy historycznej na podstawowym poziomie trzeba być, żeby napisać taki scenariusz. Jakiej arogancji potrzeba, żeby zakładać, że "ciemny lud to kupi" jak powiedział klasyk.
Patrząc na to ogarniało mnie przerażenie, że być może istnieje taki odbiorca, dla którego kardynał - jak każdy inny człowiek Kościoła - z definicji musi być śliniącym się lubieżnikiem, zwyrodnialcem i zdrajcą. Głupawy król, słaba królowa, a nawet demoniczna milady przez kontrast stają się postaciami heroicznymi. Rzeczywistości historycznej z hugenotami i oblężeniem La Rochelle oczywiście nie ma. Jest tylko jedna wielka gra komputerowa, w której świat ocalić mogą Atos, Portos i Aramis, a w szczególności D'Artagnan.
W zabawach dziecięcych mojego pokolenia zdarzało się upakować wszystkich ulubionych bohaterów razem Zorro obok Janosika, Winnetou i Pana Wołodyjowskiego. Podobny poziom rozumienia historii i geografii mają twórcy tych filmów - w XVII -wiecznej Francji musi się przecież pojawić samuraj z dwoma mieczami i latający statek to oczywiste. Nie oglądałam zbyt wnikliwie więc pewnie przeoczyłam Conana barbarzyńcę i Elvisa wiecznie żywego, a może nawet Crazy Horse'a, walkę z ociepleniem i kwestię gejowską.

niedziela, 6 lipca 2014

Ivanhoe x 2

Mam ostatnio jakiś cykl podróży w czasie i wracam do lektur młodości. Po Qvo vadis nieuchronnie przyszła kolej na wspomnianego w moim ostatnim wpisie Ivanhoe, właściwie ten wpis zainspirował mnie, żeby obejrzeć 2 najnowsze ekranizację tzn. film z 1982 z Samem Neillem, Anthony Andrewsem i Olivią Hussey i serial z 1997 z Ciaranem Hindsem w roli Briana de Bois Guilbert.
Książkę Waltera Scotta czytałam po raz pierwszy i najważniejszy w wieku lat 13, w siódmej klasie szkoły podstawowej, na feriach zimowych. Musiał to być rok 1978 i zima stulecia. Moja siostra - już licealistka - pojechała na obóz sportowy do Warszawy, a ja zostałam w domu nieco tym faktem sfrustrowana, bo marzył mi się jakiś wyjazd na łono natury.
Po latach myślę sobie, że wtedy właśnie otworzyłam owe drzwi do krainy fantazji, bo wszystkie inne wydawały się zamknięte. Poza wywiązywaniem się z obowiązku zakupów, sprzątania, wyprowadzania psa na spacer i przygotowywania obiadu całymi dniami czytałam rzeczonego Ivanhoe zajadając się ciastkami z cukierni na ulicy Zielińskiego (po 3 PLN sztuka) i malując bohaterów i co bardziej działające mi na wyobraźnię sceny.
Teraz wydaje mi się, że mechanizm ucieczki przed życiem rzeczywistym, w którym skądinąd zdrowe i naturalne pragnienia i dążenia zostały zablokowane, znacząco mi się pogłębił. Jako dorastająca dziewczynka jakoś sobie radziłam z życiem, chwilami całkiem nieźle (wyjąwszy traumę przedszkola), u progu dojrzewania jednak schroniłam się w świecie wyobraźni. Trudno nazwać to świadomą decyzją, miałam poczucie, że zostałam wmanewrowana w owe pamiętne ferie przy pomocy sir Waltera Scotta.
Muszę przyznać, że nawet wtedy bohater tytułowy i jego luba dość mało mnie obeszli - podobnie jak autora - największe wrażenie zrobił na mnie wątek Rebeki zwłaszcza od momentu pojawienia się w jej życiu "dumnego templariusza" Briana de Bois Guilbert.
Nieszczęsna Rebeka, córka Żyda Izaaka z Yorku, zakochana jest w sir Wilfridzie z Ivanhoe, który ciągle potrzebuje jej pomocy (albo jej ojca) i korzysta z niej bez skrupułów. Co innego odwzajemnić uczucia kogoś o tyle niżej stojącego w hierarchii, zwłaszcza, że od zawsze kocha lady Rowenę, z którą się zresztą wychował, a wobec której opiekun (ojciec Wilfrida) ma inne plany. Czytelnik przyjmuje to do wiadomości, ale jego sympatia jest po stronie Rebeki, której zmaganie ze sobą obserwuje z bliska.
 Akcja nabiera tempa kiedy do wieży, w której jest więziona wpada rzeczony dumny templariusz w celu wiadomym (jak to jest w zwyczaju templariuszy). Rebeka zapowiada, że raczej rzuci się z okna niż ulegnie i nawet wykonuje w tym celu odpowiednie ruchy. Niskie uczucia templariusza zaczynają od tego momentu przekształcać się w nieco wyższe, aby stać się przyczyną jego zguby. Rebeka pozostaje nieporuszona wobec jego namiętności, gdyż jej uczucia zajęte są kim innym, kto z kolei kocha kogoś innego. Skąd my to znamy!
Muszę przyznać, że obie ekranizacje dobrze tę zawiłą sytuacje uczuciową pokazują, z tym że w obu Ivanhoe nie pozostaje obojętny wobec Rebeki, choć oczywiście jego priorytetem jest małżeństwo z Roweną, co zrozumiałe z punktu widzenia świata, ale denerwujące z punktu widzenia widza , który przez cały film ogląda narodziny i rozwój tej miłości, aby na koniec dowiedzieć się, że to nic ważnego.
Mnie osobiście najbardziej denerwuje zupełna obojętność Rebeki na namiętność Briana de Bois Guilbert, która ewoluuje ku coraz wyższym rejonom. Dwie najbardziej pełnokrwiste postacie w tej opowieści - Żydówka i templariusz - zostały paskudnie potraktowane przez autora - ona skazana na życie bez miłości, on na śmierć.
Zastanawiam się, abstrahując od tej opowieści, czy dla takich ludzi happy end byłby możliwy.


poniedziałek, 30 czerwca 2014

Quo vadis? x 3

W ramach mojej acedii obejrzałam sobie 3 ekranizacje Quo vadis pod rząd.
Pierwszą - z 1951 z Robertem Taylorem i Deborah Kerr - oglądałam za czasów PRLu 3 razy: w kościele w Międzyzdrojach, w sali katechetycznej przy kościele św. Klemensa Dworzaka we Wrocławiu i w podziemiach konwiktu na KULu w Lublinie. Do dziś pamiętam te emocje... Miałam nawet pewną obawę, że po latach film wyda mi się po prostu śmieszny, ale nie. Ma oczywiście wszystkie wady hollywoodzkich produkcji tego czasu - fatalne dekoracje, koszmarną muzykę, a kostiumy, makijaż i fryzury pominę miłosiernym milczeniem. Oczywiście scenarzysta poszalał z dialogami i nieco skomplikował intrygę wprowadzając romans Winicjusza z Poppeą, ale zasadniczo film opowiada historię znaną z powieści Sienkiewicza. Pierwsza część dość frywolna, gdzie oglądamy zbytek, zepsucie, namiętność itp. przechodzi w drugą zdecydowanie bardziej poważną, gdzie widzimy życie codzienne pierwszych chrześcijan a la Hollywood i stopniowe nawrócenie głównego bohatera, wszystko zakończone dramatycznym finałem i cudownym ocaleniem głównej bohaterki. Jest sporo całkiem dobrego aktorstwa jak np. Peter Ustinov w roli Nerona, a nawet para głównych bohaterów jest dość przekonywująca, nawet jeśli Robert Taylor gra Winicjusza dokładnie tak samo jak wszystkich swoich poprzednich amantów, nie wspominając o eternal middle-age, którym jest obdarzony....

Quo vadis Kawalerowicza z 2001 oglądałam wielokrotnie i zostało w mojej pamięci jako ekranizacja modelowa z rewelacyjnymi wnętrzami, plenerami, kostiumami i generalnie dbałością o szczegół historyczny, najwierniejsza jeśli chodzi o przebieg akcji i dialogi. Wszystko to prawda, ale uderzyła mnie tym razem zupełnie beznadziejna gra Pawła Deląga zwłaszcza na początku, nad Magdaleną Mielcarz, ani nad Kubackim w roli Ursusa nie będę się wyzwierzęcać mając w pamięci, że nie są aktorami i inne względy zadecydowały o ich obsadzeniu. Trzeba przyznać, że wizualnie prezentują się świetnie. Rzadko ogląda się na ekranie autentyczną urodę taką jak młoda Mielcarz (tylko zdecydowanie nie powinna się odzywać). Jednak nasi młodzi i prawdziwie piękni bohaterowie nie są tak przekonywujący jak starszy od nich o 20 lat Robert Taylor i Deborah Kerr ze sztucznymi rzęsami, uczernionym brwiami i dopiętymi włosami. Natomiast wszystkie pozostałe gwiazdy ekranu - może z wyjątkiem Majchrzaka w roli Tygellina - grają samych siebie Bajor gra Bajora, Linda Lindę, Trela Trelę a Pieczka Pieczkę. Jego św. Piotr mógłby być spokojnie Jańciem Wodnikiem i odwrotnie. W ogóle przedstawianie świętych na filmie jest przedsięwzięciem skazanym na niepowodzenie, gdyż doświadczenie świętości czy obcowania ze świętością jest raczej rzadkie i twórcy filmowi zdani są na swoje własne wyobrażenia na ogół dość zabawne - a to mówienie trzęsącym się głosem, a to wznoszenie oczu w niebo i temu podobne figle.
Poza tym uderzyła mnie sztuczność dialogów, zwłaszcza partii Petroniusza, które są dość wierne wersji sienkiewiczowskiej. Wszystkie te porównania manier, upodobań i umiejętności Winicjusza do kowala, cieśli, tkacza, kamieniarza brzmią dość idiotycznie, zwłaszcza w filmie gdzie prości ludzie, w tym rzemieślnicy, są bohaterami pozytywnymi.
Generalnie byłam lekko rozczarowana, choć nadal widzę wszystkie walory tego filmu.

Trzecia wersja - włoski miniserial z międzynarodową obsadą z 1985 - zniesmaczyła mnie gruntownie. Nasz osławiony minister Sienkiewicz powinien domagać się usunięcia z czołówki nazwiska swego pradziada i zmiany tytułu. Zawsze się zastanawiam dlaczego ktoś usiłuje swój własny pomysł przemycić jako ekranizację czyjejś powieści tylko dlatego, że zapożyczył imiona niektórych bohaterów.  Jest  to autorska wizja konfrontacji chrześcijaństwa z Rzymem pogańskim, gdzie obie strony są równie mroczne i odrażające.  Główni bohaterowie o imionach zapożyczonych z Sienkiewicza to pechowa, niezrównoważona, chuda dziewczynina, która przez większość czasu od pierwszego odcinka siedzi w więzieniu patrząc w jeden punkt i miniaturowy ubogi żołnierz, który z niezrozumiałych względów się jej czepił.
Jeśli chodzi o intrygę to czego tam nie ma! - 4 spiskowców zbyt niezdecydowanych, aby działać, prefekt - homoseksualista prowadzący śledztwo i przesłuchujący Ligię w więzieniu, a potem zamordowany, Petroniusz prowadzący śledztwo w sprawie zamordowanego prefekta, Max von Sydow jako św. Piotr, Klaus Maria Brandauer jako Neron, Tygellinus jako człowiek szlachetny broniący Rzymu przed upadkiem, Poppea jako kobieta skrzywdzona i temu podobne pomysły.
Jedna z najukochańszych lektur mojej młodości szpetnie spostponowana, oblepiona czymś paskudnym!

Nawiasem mówiąc to jest chyba ten moment kiedy w kinematografii nastąpił wyraźny zwrot - zaczęły się filmy najpierw subtelnie, a potem nachalnie antychrześcijańskie. To wyraźnie widać na przykładzie ekranizacji innej lektury mojej młodości Ivanhoe Waltera Scotta. W wersji z lat 50-tych (z Robertem Taylorem w roli tytułowej oczywiście) Brian de Bois-Gilbert nie jest templariuszem - czarny charakter nie mógł przecież nosić płaszcza z krzyżem! Wersji z lat 80-tych z Samem Neilem nie mogę nic zarzucić - jest po prostu dobrze zrobioną ekranizacją klasyki, gdzie akcenty rozłożone są tak jak w literackim pierwowzorze. Natomiast serial BBC z lat 90-tych jest jawnie antychrześcijański - templariusze to banda wyjątkowo odrażających degeneratów itp. itd.

Wracając do Quo vadis, to zawsze grozą napawało mnie prześladowanie pierwszych chrześcijan, jego okrucieństwo i brutalność. Nigdy nie spodziewałam się, że będę żyć w czasach, gdzie zamordowano i nadal morduje się n-krotnie więcej chrześcijan niż w Rzymie czasów Nerona, który to fakt nie może przebić się do opinii publicznej karmionej fikcyjnymi problemami.

sobota, 28 czerwca 2014

Czyżby acedia?

Wspomniałam ostatnio na tym blogu o ciężkiej chorobie duchowej, która mnie toczy i zdaje się, że z głębin Internetu wyłoniła się jej nazwa - acedia, zjawisko znane ojcom pustyni ze szczególnym uwzględnieniem Ewagriusza z Pontu, o ile dobrze pamiętam (nie sięgnęłam jeszcze do lektury).
Część objawów schodzi się idealnie z moimi np. nieprzezwyciężalna niechęć do wykonywania zadań należących do swego powołania (czyżby pisanie pracy miało związek z moim powołaniem?) i nadaktywność w dziedzinach z nim niezwiązanych, smutek, ucieczka w fantazję itp.
Zyskałam więc pewną pociechę w fakcie, że moja przypadłość została opisana przed wiekami.
Swoją drogą czyż to nie jest intrygujące, że czasem, gdy zadajemy pytanie, jakaś odpowiedź się pojawia?

czwartek, 19 czerwca 2014

O ciężkiej chorobie duchowej

Cierpię na ciężką chorobę duchową zwaną zwątpieniem totalnym.
Nie narusza ona mojej wiary w sensie religijnym, ani moich poglądów w kwestii dobra i zła, które jak mniemam są dość ortodoksyjne (w sensie ortodoksji katolickiej).
Zwątpienie dotyczy mojego własnego życia. Mimo że moja obecna sytuacja jest  całkiem nieznośna nie chce mi się ruszyć palcem w bucie, bo nie wierzę, że cokolwiek da się zmienić - tego, niestety, nauczyło mnie życie.
Zastanawiam się czy istnieje jakakolwiek kuracja na tę przypadłość.

wtorek, 17 czerwca 2014

O manipulujących k....wach (MP)

Tym wulgarnym określeniem nazywam ludzi obu płci niezdolnych do wyższych uczuć, ale za to nadzwyczajnie biegłych w kokietowaniu, uwodzeniu i ogólnie manipulowaniu, Zarzekałam się, że nie poświęcę tym zakałom rodu ludzkiego ani pół słowa, ale po namyśle stwierdziłam, że istnieje zjawisko,  więc jego opis także powinien być dostępny.
Z pewną  dopuszczalną dozą manipulacji mamy do czynienia w wychowywaniu dzieci, panowaniu nad grupą w zawodach , które tego wymagają i w pewnych sytuacjach, kiedy jawne okazanie swoich intencji byłoby niebezpieczne. Wyobrażam sobie sytuację kiedy ktoś słabszy jest zagrożony przez silniejszego i nie może mu się przeciwstawić wprost, więc ucieka się do pewnego rodzaju podstępu. Mogę to łatwo zrozumieć i usprawiedliwić.
 Podobnie z sytuacją, kiedy kobiecie podoba się określony mężczyzna, a kulturowo jest nie do przyjęcia, żeby to ona pierwsza jawnie okazała zainteresowanie, więc chcąc nie chcąc musi zastosować bardziej subtelne środki. (Od razu mówię, że sama słabo się w tej materii rozeznaje, gdyż nie ćwiczyłam się za młodu, wychowana w błędnym przekonaniu, że to mężczyźni pełni są inicjatywy.) Oczywiście mam na myśli przypadek, kiedy chodzi o rzeczywistą relację, a nie zaliczanie kolejnych obiektów w stylu Anusi Borzobohatej kręcącej fartuszkiem i strzygącej oczami obwieszczając raz po raz, że kolejny nieszczęśnik "pogrążon". Sienkiewicz sam miał ochotę ukatrupić tę niepoprawną kokietkę, co też zrobił - jak sobie wyobrażam - z pewną satysfakcją.
Z drugiej strony pewna moja znajoma z Ukrainy zaprawiona w kokieterii od młodego wieku twierdzi, że bez niej żadna relacja damsko-męska po prostu nie powstanie. Być może tak jest, z perspektywy mojego doświadczenia brzmi bardzo prawdopodobnie. Nie będę więc drążyć tematu zjawiska kokieterii, tylko jej niewłaściwego użycia.
Wszystkie kobiety biegłe w tej materii, które miałam nieszczęście znać, używały swoich manipulacyjnych sztuczek nie tylko aby pozyskać mężczyznę, na którym im zależało, ale wobec wszystkiego co się rusza aby stać się środkiem mikrokosmosu w którym jakiś złośliwy demon je postawił. Jak wygląda rodzina w której matka jest kimś takim szkoda się wypowiadać. Drogi potencjalny czytelniku użyj wyobraźni. Rozmawiałam niedawno ze swoją klientką 60-letnią kobietą sukcesu - piękną, wykształconą spełniona zawodowo, kochaną zoną, matka 2 udanych, już usamodzielnionych dzieci. Kiedy opowiadała o swojej matce i układach w domu cały jej staranny makijaż popłynął, a ja siedziałam ze szczęką na bruku bo słyszałam swoja historię tylko - odwrotnie niż w moim przypadku - zakończoną happy endem.
Manipulująca k...wa, kiedy udaje przyjaciółkę, bardzo szybko zaczyna traktować swoją ofiarę jak starającego się o nią pośledniejszego absztyfikanta. Ciągle czegoś się domaga jako rzeczy jej należnej (pieniędzy, czasu, pomocy) w najmniejszym stopniu nie czując się zobowiązana do zrewanżowania się tym samym. Przypuszczam, że wyobraża sobie, ze znajomość z nią jest zaszczytem, za który jej ofiara nie wypłaci się do końca życia.
Jest to coś niewymownie ohydnego, o czym nawet nie mam ochoty pisać, ale istnieje coś jeszcze gorszego a mianowicie męska odmiana tego paskudztwa. Taki osobnik kokietuje kobiety dokładnie tak jak Anusia Borzobohata mężczyzn, pogrąża kolejne naiwne, które wyobrażają sobie, że właśnie są na drodze do zbudowania trwałej relacji i tzw. "urządzenia sobie życia".  Męska manipulująca k...wa nie dąży do skonsumowania swoich podbojów, gdyż satysfakcję większą od seksualnej czerpie z udanego emocjonalnego oszustwa. Być może także dlatego, że w gruncie rzeczy nie jest mężczyzną i  nie tylko brak jej uczuć, ale nawet popędów zwykle mu przypisywanych.
Mimo głębokiego obrzydzenia, którym napełniają mnie MK obu płci dopuszczam wyjaśnienie, że cierpią na rodzaj nerwicy, przymus sprawiania, by wszyscy się w nich zakochiwali jako formę kontroli nad innymi ludźmi, a pośrednio nad swoim życiem.
Mam  nawet pomysł na wyleczenie ich - zesłanie na bezludną wyspę, gdzie będą jak pasożyt bez żywiciela. Zdechną albo się przestawią.
P.S.
Gwoli ostrzeżenia, jeśli słyszymy lub widzimy, że ktoś jest kochany i podziwiany przez wszystkich w swoim otoczeniu miejmy się na baczności, a najlepiej wiejmy stamtąd z wrzaskiem zanim wyciągnie po nas swoje lepkie macki.

niedziela, 15 czerwca 2014

Jeszcze o miłości nieodwzajemnionej

Jest taki wiersz ks. Twardowskiego:

Nie sądź miłości nie oskarżaj żadnej
Nie wybrzydzaj zbyt wielka więc się nie nadaje
Tak czysta, że ją tylko ocala rozstanie
Miej litość dla niewzajemnej biednej,
Co wydała się tobie jak but niepotrzebny
Uszanuj półidiotkę dokładnie od rzeczy
Taką która umarła i jeszcze się leczy
Sto lat temu pisała moja babka w listach

Wiersz ładny, pogodnie pogodzony jak - przypuszczam - sam jego autor, który szczęścia w miłości nie miał. Dziewczyny, w których się zakochiwał traktowały go jako ucho zawsze gotowe do wysłuchiwania zwierzeń na temat innych chłopaków.
Jest coś kojącego w "uszanowaniu" wszystkich swoich uczuć nawet jeśli patrząc z perspektywy czasu wydają się głupie, a nawet destrukcyjne. Oczywiście przeszłości nie da się zmienić, ale warto zapamiętać jakie skutki uboczne mają źle ulokowane uczucia, albo raczej zupełny brak dystansu wobec nich, traktowanie  zbyt poważnie, dramatyzowanie itp.
Mnie dwukrotnie taka sytuacja kosztowała utratę pracy - po raz pierwszy sama zrezygnowałam nie chcąc przebywać 8 godzin dziennie z człowiekiem, którego uczucia do mnie w stosunku do moich wobec niego pozostawały w bardzo rażącej dysproporcji. Myśląc o tym jestem wściekła na siebie, że z powodu jednego bałwana zrezygnowałam z bezpieczeństwa finansowego i socjalnego, którego dzisiaj tak bardzo mi brak. Kiedy spotkałam go po 15 latach nie mogłam uwierzyć, że ktoś taki mógł mieć jakikolwiek wpływ na moje decyzje.
Po raz drugi nadałam nadmierne znaczenie relacji z kimś, kto zajął się mną by tak rzec profesjonalnie. Kiedy zdałam sobie sprawę, że ze wszystkiego, co mu powiedziałam w zaufaniu  on zrozumiał tylko tyle, że jestem kimś gorszym i tak należy mnie traktować - pomijać w sytuacjach towarzyskich, wykluczać z życia grupy itp.- odchorowałam to w sensie jak najbardziej  dosłownym, a wszelkie dobro, które pojawiło się w moim życiu przy jego wsparciu znikło, przestało istnieć. Straciłam pracę (3 miejsca), nie stać mnie było na wynajmowanie dłużej mieszkania (musiałam wrócić do toksycznego gniazda), wobec braku miejsca skończyła się moja twórczość plastyczna...
Tak więc drogi potencjalny czytelniku dobrze się zastanów zanim pofolgujesz wyobraźni...
Koszty są nieproporcjonalnie wysokie.

sobota, 14 czerwca 2014

Jeszcze o zakochiwaniu się

Nie pamiętam skąd pochodzi ten cytat z Dantego czy Petrarki z Boskiej Komedii czy Sonetów do Laury ani w czyim jest przekładzie, ale brzmi mniej więcej tak "Miłość, co serc zacnych się chwyta dodała wdzięku jej ziemskiej postaci...".
Chodzi za mną od liceum. Z czasem jego znaczenie zaczęło się przebijać do mojej świadomości. Owe zacne serca są kluczem - tylko one są zdolne do miłości w takim sensie, w jakim się zwykle ją rozumie tzn. do zachwytu, poświecenia, ofiary, wierności itp.
Pytanie tylko jaką część populacji stanowią. Myślę, że śmiało mogę zaryzykować twierdzenie, że mniejszość. Jaką nie wiem, czy 1%, 5% czy może nawet 10%.. Niestety owym wzniosłym uczuciem obdarzają obiekty delikatnie mówiąc znacznie mniej zacne, ze szczególnym uwzględnieniem manipulujących k....w płci obojga. Mam na myśli osoby niezdolne do żadnych wyższych uczuć, ale za to biegłe w kokieterii, uwodzeniu i manipulacji. Nie chcę mi się tym zakałom rodu ludzkiego poświęcać ani pól słowa więcej.
Skutek jest taki że mamy albo perły przed wieprze albo wieprze kontra wieprze, jeśli im to z jakichś powodów pasuje.
Tu pozwolę sobie jeszcze raz powrócić do filmu Fantaghiro i mojego ulubionego bohatera Tarabasa, który cierpiąc z powodu nieodwzajemnionej miłości do nałogowej kokietki zastanawia się kto wymyślił tę "cruel game of impossible rules" i czy jest regułą, że kochamy tych, którzy nas nie chcą.
W końcu postanawia, że w jego świecie będzie inaczej  - ci, którzy kochają dostaną miłość, której pragną, bo szkoda by tak piękne uczucie było jedynie powodem łez i cierpienia.
Postanawia zwrócić się ku pewnej namolnej księżniczce, która latając za nim od początku części 4 przeszła długą drogę od zepsutego bachora, który musi dostać to, czego pragnie, do osoby mającej głównie na względzie dobro ukochanego. Tarabas zamierza uczynić ją szczęśliwą siłą woli w nadziei, że z czasem sam doświadczy szczęścia w tym związku. Nie byłabym taka pewna, że to tak działa, ale biorąc pod uwagę niezwykłą szlachetność naszego bohatera, a też wyjątkowo dobrze wyćwiczoną wolę kto wie...
Istnieje także wyjaśnienie fenomenu zakochiwania się w tych, którzy nas nie chcą, jako efektu niedostatku miłości w dzieciństwie, kiedy to nieszczęsne DDD pragnęły miłości rodziców,  ich uwagi i akceptacji nadaremnie, więc nieświadomie powtarzają tę męczącą sytuację w dorosłym życiu jako znaną.
Jeśli tak rzeczywiście jest, to Tarabas podjął słuszną decyzję...

piątek, 13 czerwca 2014

Jeszcze o Tarabasie

Nie wiem czy w życiu miłość (wzajemna, udana, zrealizowana) istnieje (nie podważam istnienia zjawiska zakochiwania się i cierpienia z miłości), natomiast z całą pewnością istnieją mniej lub bardziej udane opowieści o miłości - czy to w formie literackiej czy filmowej.
 Tarabas, o którym pisałam ostatnio, jest idealnym bohaterem porywająco pięknej opowieści, lecz niestety jego wątek został przez scenarzystę zmarnowany w sposób haniebny, z czym nie mogę się pogodzić.
Zaczyna się obiecująco - młody, piękny i bardzo zły czarnoksiężnik dowiaduje się o przepowiedni, według której jego królestwo zostanie zniszczone przez niewinne królewskie dziecię poniżej lat dziesięciu. Tarabas jest zaintrygowany jak niewinność może mu zagrozić - nie może go przecież zabić, bo jest nieśmiertelny, ani umniejszyć jego mocy, bo jest nieskończona więc jak?!!!
Postanawia porwać wszystkie królewskie dzieci w przedziale od 0 do 10 lat i zbadać rzecz na materiale ludzkim. Efektem ubocznym tej akcji zupełnie niezamierzonym ani zauważonym przez Tarabasa jest zaklęcie księcia Romualda w  kamień. Ukochana księcia, tytułowa księżniczka Fantaghiro, dowiedziawszy się kto za tym stoi, postanawia winowajcę odszukać i ukraść mu pocałunek, który przywróci życie Romualdowi.
Sam pomysł jest dość figlarny.
Fantaghiro ratuje przed uprowadzeniem wyjątkowo rozkapryszoną księżniczkę, a w momencie szczególnej frustracji wyzywa Tarabasa, aby się z nią zmierzył w imię miłości.
Tarabas jest na tyle zaciekawiony, że mimo oporu swej matki wyrusza do świata żywych aby zobaczyć ową szaloną, która go wyzwała.
Dalszy ciąg łatwo przewidzieć. Fantaghiro, zdeterminowana kokietka uzyskuje co chciała, a nieszczęsny Tarabas cierpi męki nieodwzajemnionej miłości, nawraca się przy tym radykalnie i postanawia zerwać z magią i żyć jak śmiertelni.
Widz jednak nie jest usatysfakcjonowany takim zakończeniem.
Po pierwsze gdzie decydująca rola królewskiego dziecięcia - kapryśna jasnowłosa księżniczka Esmeralda jest tylko dodatkiem do Fantaghiro i samodzielnie nic by nie wskórała gdyby Tarabas się nie zakochał w tej drugiej.
Po drugie w opowieści szlachetność i wielkoduszność powinny być nagrodzone, nawet jeśli w życiu nie są, a tu Tarabas odrzucił wszystko czym żył do tej pory i zyskał jedynie ból nieodwzajemnionej miłości.
Po trzecie postać rozpieszczonej Esmeraldy ma potencjał, który nie został wykorzystany.
 Za pewien czas, jakieś 7-8 lat, powinna znowu spotkać Tarabasa i wyleczyć go z beznadziejnej miłości do zupełnie nieodpowiedniej osoby...
Jestem całkowicie niepocieszona, że ten obiecujący wątek został tak beznadziejnie zmarnowany.
Pewnie dzięki temu przywodzi na myśl życie Dorosłych Dzieci z Rodzin Dysfunkcyjnych (DDD), dla których też nie ma nagrody za cnotę, ani rekompensaty za cierpienia.

czwartek, 12 czerwca 2014

Przypadek Tarabasa

Zupełnie przypadkiem trafiłam na YouTube na włoski serial dla młodych widzów p.t. Fantaghiro (zamieszczam link do pierwszego kawałka pierwszego odcinka 3 części http://www.youtube.com/watch?v=F57nH5qSmYM). Film chwilami dość przewrotny z odrobiną perwersji dla nieco starszych widzów, ale ogląda się to w miarę.
W trzeciej części pojawia się postać złego czarnoksiężnika, który okazuje się dusza-człowiekiem, najbardziej szlachetnym z bohaterów, lecz zły i przewrotny scenarzysta nie nagrodził go szczęściem osobistym (to znaczy próbował w 4 części, ale niezbyt przekonywująco to wyszło).
Tarabas (bo tak nazywa się nasz bohater) mimo, ze jest najpotężniejszym i najokrutniejszym z czarnoksiężników obdarzonym nieśmiertelnością, wieczna młodością i niezniszczalną mocą, a także niepospolitą urodą, mieszka z matką w podziemnym królestwie za całe towarzystwo mając oprócz swej nadopiekuńczej rodzicielki marchewki, ziemniaki i grzyby w charakterze strażników i sług.
Szczęściem pewna przepowiednia uruchamia ciąg zdarzeń, w wyniku których udaje mu się zmienić swoje życie. Niestety w trakcie tej zabawy zakochuje się bez wzajemności w tytułowej bohaterce, która ma przymus kokietowania wszystkiego co się rusza. Wiedząc, że nie jest kochany zwraca jej słowo i odchodzi, a raczej odjeżdża smutny.
Poruszyła mnie ta historia out of proportion, pewnie dlatego, że niechcący pokazała pewną prawidłowość - dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych (DDD) nawet jeśli uda im się odejść z toksycznego gniazda nie spotykają w życiu miłości, życzliwości itp tylko coś wręcz przeciwnego.
W 4 części mamy okazje poznać ojca psychopatę, któremu jednak zależy na synu i który próbuje przeciągnąć go na swoją stronę. Zostaje jednak zabity, a Tarabas - wobec całkowitej obojętności obiektu swoich uczuć - układa sobie życie z pewną namolną azjatycką księżniczką zafascynowaną ciemną strona jego natury.
Słuchałam niedawno fragmentów audiobooka p.t. Rozwinąć Skrzydła czy coś w tym rodzaju o terapii Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA), którzy podobno stanowią 40% społeczeństwa. DDA to szczególny przypadek DDD i jestem ciekawa jaki procent stanowiłaby ta grupa w całości, podejrzewam, że ponad połowę.
Ubawiło mnie jak ksiądz-autor przekonuje czytelnika, ze ponieważ rzeczone DDA są w większości ludźmi wierzącymi powinny mieć okazję zostać zaakceptowane w jakiejś wspólnocie wiary np. duszpasterstwie akademickim i w takim środowisku uzdrawiane. Teoretycznie zgadzam się w zupełności, ale każdy, kto zetknął się z DA i miał okazję posłuchać wypowiedzi duszpasterzy akademickich na temat, kogo by chcieli w takich grupach widzieć wie, ze rzecz jest całkowicie beznadziejna. Jak to wyraził pewien dominikanin na łamach wDrodze duszpasterstwo młodzieży takiej lub owakiej nie jest dla pokręconych nastolatek tylko dla tych, którzy uzdrowienia nie potrzebują. Problem w tym, ze taka młodzież Boga też nie potrzebuje, ani go nie szuka więc dzielni duszpasterze obmyślają kolejne atrakcje mające na celu przyciągniecie jej do Kościoła jednocześnie wykopując tych, którzy sami przyszli z potrzeby serca.

niedziela, 19 stycznia 2014

Kilka złośliwości żałosnej frustratki na temat wydarzenia kulturalnego sprzed paru lat


Odsłonięcie „Lokomotywy do nieba" było wydarzeniem w życiu miasta, obecni byli pan prezydent Dutkiewicz himself, właściciel Archicomu - zięć twórcy wraz z małżonką (córką twórcy o ile dobrze zrozumiałam), liczni notable i nawet pan z Anglii entuzjasta parowozów, który przeszedł długa drogę do akceptacji takiego ekscesu jak postawienie jednego z nich na sztorc  (a właściwie w niezdecydowanym skosie) na placu Strzegomskim naprzeciwko Archicomu. Artysta bowiem wspierany - o ile dobrze pamiętam - finansowo przez swego zięcia zrealizowawszy swe dzieło, podarował je miastu, a miasto podarowało trawnik przed Archicomem, aby artysta mógł swe dzieło wyeksponować i tym samym uświetnić wizualnie otoczenie rzeczonego Archicomu tzn firmy swego zięcia i - jak to często bywa w wyższych sferach - wszystko pozostało w rodzinie.

 Uroczystość była radosna, tylko szampan nie chciał się rozbić, co w pewnych kulturach odczytano by zapewne jako znak. Nikt jednak tym się nie przejął i następnego dnia w Empiku odbyła się sesja na temat tego przełomowego dzieła. Co do tego, że jest przełomowe nikt nie miał wątpliwości, ani czołowa krytyczka sztuki GazWyb Agata S. ani zięć i sponsor artysty ani młody architekt, nie pamiętam w jakim stopniu. z nim spokrewniony choć nie wykluczone, że syn, ani fundacja entuzjastów (nie wiem czy spokrewnionych).

Dyskusja przebiegała przewidywalnie to znaczy przełomowa lokomotywa zestawiona została z anachronicznym Chrobrym, który został zaliczony przez zięcia artysty do obiektów nieznośnie  martyrologicznych, o zgrozo, szpecących nasze miasto. Tematu jednak nie rozwinął i nie wiemy do dziś czyją właściwie martyrologię miał na myśli Związku Wieletów czy innych Luciców czy może Czechów albo mieszkańców wschodnich marchii Cesarstwa.

Artysta jak przystało na człowieka luzu nudził się w trakcie tych wywodów o przełomowości, więc teatralnym szeptem wydębił od swego zięcia i sponsora jeden lub kilka stuzłotowych banknotów i poszedł oglądać filmy wideo, z których przygarścią po pewnym czasie wrócił. Pani Agata S. usiłowała dorównać artyście w luzie więc wymieniała z nim uwagi przez całą szerokość sali w trakcie wypowiedzi mniej luźnych uczestników.

Publiczność jednak, a w każdym razie jej część nie podzielała rodzinno-luźnego nastroju i padło kilka gorzkich stwierdzeń o komercyjnej naturze przedsięwzięcia i reklamowaniu prywatnej firmy przy udziale władz i gruntów miejskich. Zięć artysty się przed tym zarzutem bronił, a sam artysta wykonując coś w rodzaju mutacji gestu Kozakiewicza stwierdził rezolutnie, że rzeczywiście Archicom ma teraz reklamę i to jaką!!!

Z takim właśnie przytupem „Lokomotywa do nieba” rozpoczęła przełomowe wzbogacanie przestrzeni miejskiej na placu Strzegomskim.