niedziela, 30 czerwca 2013

O nadzwyczajnej uczciwości królewicza


Rzecze królewicz:  "cudne masz liczko,
ale nie przyszłaś na swiat księżniczką..."
Był miesiąc maj, szumiał gaj,
Był miesiąc maj szumiał gaj
"Więc cię za żonę pojąc nie mogę..."
Dalej niestety nie pamiętam, ale myślę, że zacytowany fragment oddaje istotę sprawy - królewicz odrzuca dziewczę o cudnym liczku jako kandydatkę na żonę, ale wyjaśnia jej bez owijania w bawełnę prawdziwy powód, tym samym oszczedzając jej lat dręczenia się pytaniem "dlaczego?". Dziewczę popłacze dzień, tydzień, a może nawet miesiąc i rana zacznie sie goić w miarę szybko i czysto...
Przypomina mi to scenę z "Placu Waszyngtona", kiedy bohaterka biegnie w deszczu za gładkim gogusiem polującym na jej pieniądze, a wykiwanym przez niedoszłego teścia(też paskudną keaturę), krzycząc  w desperacji: "powiedz, że chodziło ci tylko o pieniądze, żebym nie zastanawiała się latami co zrobiłam nie tak.." (czy coś w tym rodzaju). Rzeczony goguś, choć oślizgły, zniecierpliwiony przyznaje, że tak było w istocie objawiając się przy okazji w całym swoim paskudztwie, którego naiwna i prostoduszna dziewczyna nie byłaby sobie w stanie sama wyobrazić. Ta konfrontacja z rzeczywistością, choć bolesna, staje sie dla niej początkiem uzdrowienia.
O ileż prostsze byłoby życie, gdybyśmy w sytuacji odrzucenia mogli poznać prawdziwe powody z pierwszej ręki  np "Nie dostanie pani tej pracy, bo jest ona zarezerwowana dla córki pewnej ważnej osoby, a cały ten konkurs to jeden pic" albo "Zwalniamy panią, bo córka pana X właśnie skończyła studia i potrzebuje pracy" albo "Nie przyjmiemy pani na te studia, bo miejsca są zajęte przez X,Y i Z, którzy płacili nam przez rok na tzw "kursach przygotowawczych" tym bardziej, że pani prace są dobre, a my nie potrzebujemy konkurencji..." albo "Stypendium? owszem jest, ale tylko dla swoich, proszę nie marnować swojego i naszego czasu na jakieś podania..."
Pomarzyć można, to nic nie kosztuje...
Przyjmuje się zwykle, że "hipokryzja jest hołdem składanym cnocie przez występek", a ja dodałabym, że jest trucizną posypaną na ranę, zwłaszcza kiedy odpowiedzialnością za odrzucenie obarcza się samego zainteresowanego i do obiektywnie trudnej sytuacji  - np utraty pracy - dorzuca się lata dręczenia się p.t."Co zrobiłem nie tak? ? Gdzie popełniłem błąd?"
Otóż nigdzie, drogi człowieku!!! Twoja praca była nie gorsza niż innych, ale nie przyszedłeś na swiat synem prezesa! Nie jesteś swój!

sobota, 29 czerwca 2013

Syndrom Syrofenicjanki

Pewnego razu wyznałam na spowiedzi, że noszę w sercu żal do ludzi Kościoła, którzy uznawali mnie za ciało obce, za każdym razem, kiedy chciałam się bardziej zaangażować i "wypluwali ze swych ust".
Usłyszałam, że trafiłam pod niewłaściwy adres, bo tak naprawdę szukałam rozwiązania swoich problemów, uzdrowienia zranień i akceptacji...
Jaki jest właściwy adres więc?

To przypomina mi historię Syrofenicjanki, mojej siostry, która mimo swojej wiary robiącej takie wrażenie na Jezusie pozostaje obca, nie swoja...

Syndrom Syrofenicjanki albo pochwała diety okruszkowej



Moja siostra Syrofenicjanka
Nie należy do żadnych niuniów - ani apostołów ani uczniów, ani nawet ludu ciągnącego za Jezusem.
Jako poganka nie ma prawa oczekiwać od niego czegokolwiek, a jednak nie pozwala się odgonić ani zniechęcić porównaniem do psa.
Bez mrugnięcia powieką przyjmuje obelgę i inteligentnie zamienia ją w argument na poparcie swojej sprawy.


Okruszki
Wiara Syrofenicjanki jest wielka choć wyhodowana na okruszkach.
Ta uboga dieta zahartowała jej męstwo i wyostrzyła inteligencję.
Kilka okruszków z chleba przeznaczonego dla kogoś innego przynosi większy owoc niż kosze najbielszego pieczywa podsuwanego pod nos uprzywilejowanym.
 

Syrofenicjanki
Wystarczy wejść do kościoła w dzień powszedni żeby zobaczyć je wszystkie – Syrofenicjanki wyposzczone na diecie okruszkowej, skradające się kobiety cierpiące na krwotok, Magdaleny zmagające się z demonami, Marie z Betanii i Samarytanki przy studni.
Nikt ich nie powołał, nikt ich nie usiłował „przyciągnąć”, są ledwo tolerowane, a jednak przychodzą z potrzeby serca…

Apostołowie, uczniowie i następcy
Apostołowie i uczniowie nie mieli żadnych wątpliwości, że stoją nieporównywalnie wyżej w porządku stworzenia od tych żałosnych, naprzykrzających się istot – po pierwsze jako mężczyźni, po drugie jako elitarny klub „powołanych” osobiście przez Mistrza.
Stosunek ich następców do współczesnych Syrofenicjanek jest identyczny – arogancko-zniecierpliwiony, lekceważąco-protekcjonalny  albo wrogo-zalękniony o swoja cnotę.
 

Wyjątek, który potwierdza regułę
Jezus był jedynym mężczyzną, jaki kiedykolwiek istniał, który widział w kobiecie człowieka – nie obiekt seksualny, nie pokusę - tylko człowieka myślącego, czującego i cierpiącego - człowieka, a nie ideę matki, córki lub żony. 
Inwestował w swój naród, który „przybił go rękami niewiernych do krzyża”- przyjęli go poganie, którzy nigdy nie byli „narodem wybranym” i w większości nie widzieli na oczy ani pół cudu.

Reguła
Życie na skraju rozpaczy, dotkliwy brak czegoś bardzo podstawowego skuteczniej prowadzi do Boga niż dobrobyt i sukces.
O tym chyba mówi osiem błogosławieństw i osiem przekleństw
Dieta okruszkowa jakoś bardziej sprzyja wzrostowi, albo tylko najsilniejsze jednostki są w stanie ją przeżyć - i stąd to wrażenie.

O swoich i obcych

Nie zamierzam się wdawać w dyskusję z piewcami "tolerancji wobec" czy też "otwartości na" tzw mniejszości. Cały ich dyskurs to bełkot, produkt skrajnej "bezrefleksyjności" albo skrajnego cynizmu.
Każdy człowiek wie z doświadczenia, że podział na swoich i obcych zawsze istniał, a linia tego podziału przebiega zupełnie nie tam, gdzie się nam sugeruje.
Oto jestem białą kobietą narodowości polskiej (choć z rodziną pochodzącą z kresów litewsko-białoruskich nie mogę mieć do końca pewności), wyznania rzymsko-katolickiego, heteroseksualną (choć żyjąca w czystości) i w swoim kraju na ogół jestem traktowana przez rodaków i współwyznawców jako obca. Nie chcę przez to powiedzieć, że spotyka mnie coś wyjątkowego - wręcz przeciwnie - sądzę, że dzielę to doświadczenie z wieloma, a może wręcz większością ludzi.
Nie zamierzam tu rozwodzić się nad zwyczajem rozpowrzechnionym wśrod dzieci i mlodzieży dręczenia osób minimalnie odstających od średniej przeciętnej, odróżniajacych się noszeniem okularow, rozmiarem, kolorem włosów, brakiem jakiegoś idiotycznego gadżetu czy ogólnie widocznym ubóstwem. Wiele osób tego doświadczyło, wiele brało w tym udział. W okrucieństwie młodocianej grupy wobec "odmieńca" jest jednak jakaś prostolinijność. Przezwiska komunikuja ofierze wprost z jakiego powodu jest odrzucona.
Mniej komfortowa  jest sytuacja gdy w gronie osób kulturalnych i wykształconych, grzecznie, ale bezwzględnie uznani jesteśmy za "nie swoich" i konsekwentnie pomijani i traktowani zdecydowanie "nie równo".
Oczywiście istnieje cały szereg racjonalnych wyjaśnień tego fenomenu jak np konkurencja, ale czasem wydają się one niewystarczające.
Te wszystkie refleksje nasuneły mi się po wczorajszym występie na seminarium doktoranckim, gdzie większość uwag uczestników na temat mojej prezentacji dałaby sie przetłumaczyć tak: jesteś obca, a przez to gorsza i nie masz tu czego szukać, jesteś nie nasza i co ty własciwie tu robisz, jesteś obca i nie jesteśmy ciekawi co masz do powiedzenia, jesteś tu obca i nie interesuje nas skąd przychodzisz.
Brzmi znajomo?


wtorek, 18 czerwca 2013

Figlarność w narodzie

Zrobiło się gorąco i naród figlarny jakiś. Na wernisażu w niedziele podrywał mnie szemrany ortopeda-biznesmen (mam złamaną rekę w gipsie, co dostarcza dobrego pretekstu). Moja siostra bardzo sie oburzyła, że chciał z nami się zabrać po wyjściu. No cóż, ja w pytaniu czy idziemy w jakimś określonym kierunku nie widzę niczego szczególnie zdrożnego pod warunkiem, że zadaje je własciwy rodzaj mężczyzny np wysoki blondyn, ciepły i inteligentny z przyjemnym poczuciem humoru, ale bez objawów słowotoku...

Dziś z kolei, kiedy w dzikim upale studiowałam, a nawet dokumentowałam wnętrza urbanistyczne zawierające rzeźbę, nieśmiały młodzieniec lat dwudziestu paru poinformował mnie, że mam seksowne uda (nie mam pomysłu jak to wypatrzył przez sukienkę do kostek) i zapytał czy nie chciałabym się spotkać... Może bym i chciała, ale na pewno nie z nim.


Pewna znajoma poleciła mi odcinek jakiegos serialu BBC traktujacy o wzajemnej atrakcyjności. Jednym z ważnych czynników jest zapach, który jest pociągający, jeśli grupy krwi sa kompatybilne czy coś w tym stylu. Zresztą na zdrowy rozum - ciągnie nas do ludzi z takim wyposażeniem genetycznym, które zapewnia optymalne potomstwo. I tu jest pies pogrzebany - taki pociąg, biorąc rzecz na logikę, powinien być wzajemny!!!


Dlaczego więc nie jest?
Czy instynkt stadny całkiem zagłusza biologię?
Podobno miłość wynaleziona zostala w XII wieku przez trubadurów. Jej niedosięgłym obiektem była żona możnowładcy, na dworze którego trubadur się zaczepił - nieco starsza i ustawiona w życiu, przyozdobiona symbolami statusu wydającymi woń słodszą niż najbardziej kompatybilna grupa krwi...


W Sadze o Njalu Spalonym o najpiękniejszej heroinie wiadomo tylko, że była wysokiego wzrostu i dlatego zwano ja długonogą, a jej włosy też były długie i bujne. Natomiast bardzo szczegółowo opisany jest strój w który byla ubrana, kiedy bohater ją zobaczył i wszystkie kosztowne ozdoby swiadczące o zamożnosci i znaczeniu jej ojca. Wobec takich argumentów biologia jest bezradna...

Nasi otymalni partnerzy mając do wyboru miłość i awans społeczny zawsze wybierają tę drugą opcję, a za nami ciągna się ci, którzy wyobrażają coś z gruntu błędnego. Oczywistą i tragiczną konsekwencją jest kryzys demograficzny...

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Powrót do dżungli czyli survival w mieście

Dziś znowu, o mało co, nie zostałam stratowana przez rozpędzonych rowerzystów na wąskich chodnikach Śródmieścia, a następnie poczęstowana tzw wiąchą przez dwóch młodzieńców, którzy koniecznie musieli jechać obok siębie spijając sobie słodycz z dzióbków, a ja wrednie nie zeszłam z dróżki, żeby im to umożliwić.
Moda na rowery, która na zachodzie miała być ekologiczną alternatywą dla samochodów u nas stała się narzędziem terroryzowania słabszych czyli pieszych i ma zdaje się na celu wyeliminowanie tej grupy z krajobrazu miasta (i z życia przy okazji też). Strach sie bać!
Kiedyś napisałam na ten temat tekst, który - niestety - pozostał aktualny w całej rozciągłości.
SURVIVAL DLA  KAŻDEGO

        Jeśli lubisz sporty ekstremalne, potrzebujesz doświadczać na co dzień niebezpieczeństwa i bliskości śmierci aby należycie cenić życie, zostań pieszym we Wrocławiu.
      Spróbuj przejść przez ulicę na pasach. Nie zniechęcaj się piętnastominutowym oczekiwaniem na lukę miedzy pojazdami. Ona się w końcu pojawi! Na środku jezdni delektuj się tym niepowtarzalnym uczuciem, kiedy nadjeżdżające z obu stron samochody przyśpieszają na twój widok, aby przejechać ci przed nosem względnie objechać cię od tyłu.
      Równie niezapomniane jest przechodzenie na światłach. Oczekiwanie na upragniony zielony błysk nie może cię uśpić musisz być czujny zwarty i gotowy, żeby go nie przegapić. To nic, że nawet biegiem dotrzesz najwyżej do połowy ulicy i nie jeden kierowca spróbuje cię w tym czasie przejechać. Zgrabnie uskakując, poczuj smak życia, To survival w czystej postaci dostępny dla każdego, z finansowego punktu widzenia nadzwyczaj atrakcyjna oferta!
      Chodnik dostarcza nowych wrażeń, z których najmocniejszym są rozpędzeni rowerzyści wyniośle cię ignorujący, Musisz uskoczyć to jasne. Tylko gdzie? Czy na zaparkowane na 90% szerokości chodnika samochody czy na fasady kamienic? To doskonałe ćwiczenie na przytomność umysłu i szybkość podejmowania decyzji. Jeśli bliskie ci jest ci praktykowanie uważności w duchu buddyjskim to w przerwach miedzy rowerami skup się na omijaniu psich kup – dobry trening przed sezonem narciarskim!. Na pewnych odcinkach będziesz jednak musiał skoncentrować cała swoją uwagę na próbach przeciśnięcia się miedzy maskami samochodów a ścianami budynków – bardzo terapeutyczne możesz przeżyć na nowo traumę narodzin. Jeśli jednak pchasz wózek z dziecięciem lub podpierasz się laską, względnie kulą to raczej zrezygnuj z tego ćwiczenia. Obejdź samochody od strony ulicy, a z całą pewnością nie zabraknie ci mocnych przeżyć.
    

O homolobby i kobiecie w Kościele

Oficjalnie o istnieniu homolobby w Kościele dowiedziałam się z omówień raportu ks. Oko, które ukazywały się tu i ówdzie na polskich stronach katolickich jak np www.fronda.pl, a nawet w kilku klipach Real Catholic TV Michaela Vorisa. Wcześniej jeszcze, ks. Isakowicz-Zaleski w wywiadzie-rzece przeprowadzonej z nim przez Tomasza Terlikowskiego, też o tym problemie napomknął wywołując gwałtowny sprzeciw katolickich publicystów jak Grzegorz Górny czy Ewa Czaczkowska z Rzepy.
Najbardziej jednak szokującą dla mnie informację przytoczył Roman Graczyk na portalu www.wpolityce.pl, nie pamiętam dokładnie za kim podał przypuszczalny procent homoseksualistów wśród duchowieństwa, ale była to wielkość rzędu 10-40% - czyli niewiarygodna nadreprezentacja (jak nie przymierzając Żydów w kierownictwie aparatu bezpieki w czasach stalinowskich).
Nieoczekiwanie ta własnie informacja rzuciła światło na pewną zagadkę - tajemniczą peregrynację pewnego artykułu z życia seminarium, który napisałam po zakończeniu mojej 7-letniej współpracy z tą instytucją. Nie było w nim wzmianki o  żadnych szczególnie wstrząsajacych skandalach, tylko kilka obserwacji na temat niepokojących - moim zdaniem - zjawisk. Próbując go opublikować chciałam wywołać dyskusję w środowisku ludzi wierzących i zatroskanych o dobro Kościoła na temat formacji kleryków, ze szczególnym uwzględnieniem specyficznego stosunku do kobiet, którego nabierają w seminarium.
Pierwszy okazał zainteresowanie krakowski List, przygotowali nawet majowy numer o kobiecie w Kościele, w którym wszystkie materiały odnosiły sie jakoś do tego tekstu. W ostatniej chwili zablokował go asystent kościelny stawiając redakcję w kłopotliwej sytuacji polemiki z niedostępnej czytelnikowi artykułem.
Drugi był, zdaje się, ks, Boniecki z Tygodnika Powszechnego, który jednak chciał usłyszeć także zdanie drugiej strony (nie wiem czy podjął jakieś kroki w tym celu), a potem Wdrodze, które przygotowywało numer o kłopotach z Kościołem. W ostatniej chwili zmienili zdanie decydując się na tekst stojący w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła w kwestii antykoncepcji itp.
Zastanawiałam się potem długo nad tą tajemniczą przemianą od entuzjazmu do odrzucenia, którą przechodziły kolejne redakcje. Jakie tabu nieświadomie naruszyłam, że nawet czasopisma publikujące bardzo "kontrowersyjne" artykuły nie miały odwagi go wydrukować.
Wszystko na to wskazuje, że moje porównania do angielskiego klubu gentelmanów, a jeszcze wyraźniej do Uczty Platona mogły zostać odczytane jako aluzja do homolobby właśnie, choć ja w swej naiwności interpretowałam stosunek kleru do kobiet - na przemian wrogi i protekcjonalny - jako niezgrabne próby poradzenia sobie  pokusą. Tymczasem owa wrogość mogła być równie dobrze spowodowana postrzeganiem mnie jako kłusownika na homoseksualnych łowiskach.
Tak czy siak pod wpływem tekstu Terlikowskiego, który znalazłam dzisiaj na frondzie (http://www.fronda.pl/a/terlikowski-ostry-kurs-w-sprawie-homolobby-potwierdzony,28882.html) zdecydowałam się zamieścić rzeczony artykuł na tym blogu.

Człowiek drogą Kościoła
czyli
Kobieta w seminarium
      
    Ilekroć myślę o moim doświadczeniu pracy w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym, przypomina mi się pamiętna scena z „Pożegnania z Afryką” Sydneya Pollacka – młoda Karen Blixen, tuż po przyjeździe do Nairobi, szukając swego narzeczonego Brora, wchodzi do klubu gentlemanów tzn. przybytku, w którym biali mężczyźni upijają się we własnym gronie. Świeżo przybyła z Europy, nie znając miejscowych zwyczajów, spodziewa się po cywilizowanie wyglądających panach pomocy, a co najmniej grzeczności należnej damie. Szok jej jest całkowity, kiedy nie tylko nie uzyskuje odpowiedzi na swoje uprzejme i rzeczowe pytanie – żaden z mężczyzn nie zniża się do rozmowy z nią – ale, na sygnał jednego z klientów, zostaje wyprowadzona przez barmana Hindusa. Ten informuje ją lakonicznie, że „memsahibs are not allowed here”, ale jest zbyt wielki żeby powiedzieć gdzie można znaleźć Brora.
     Oglądając tę scenę jestem nie mniej wstrząśnięta niż dzielna bohaterka filmu. Zgromadzeni w klubie „gentlemani”, oburzeni wkroczeniem kobiety na terytorium ich rezerwatu, nie są w stanie dostrzec w niej Europejki, ani nawet osoby ludzkiej, potrzebującej pomocy. Ich zupełna niewrażliwość na jej zagubienie i bezradność rażąco kontrastuje z niewspółmierną reakcją na pogwałcenie praw ich anachronicznego przybytku.
      W przeciwieństwie do Karen Blixen, ja pojawiłam się w innym męskim klubie na wyraźne zaproszenie. Siostry zakonne, w których liceum pracowałam poleciły mnie sekretarzowi Papieskiego Wydziału Teologicznego, kiedy po wyjeździe księdza X za granicę, szukał nowego lektora j, angielskiego. Miałam lat 33 i doświadczenie odnowienia wiary za sobą. Byłam bardziej niż kiedykolwiek w życiu skłonna interpretować wszystko, co pojawia się na mojej drodze w kategoriach powołania.
 (…)Miałam nadzieje, że jeszcze przed rozpoczęciem zajęć zostanę przedstawiona komu trzeba i jakoś wprowadzona w to obce, zamknięte i wrogie środowisko. Nic takiego jednak nie nastąpiło i odtąd narażona byłam na powitania typu „Hola. Hola! A gdzie to?!!!” ze strony brata zakonnego dyżurującego na furcie. Na początku tłumaczyłam cierpliwie, kim jestem i co tu robię, jednak za dziesiątym razem miałam szczerą ochotę odpowiedzieć „przyszłam gwałcić kleryków, to chyba jasne!” Spotykani na korytarzach księża ignorowali wyniośle moje uprzejme „Szczęść Boże” toteż po pewnym czasie dałam sobie z tym spokój. Miałam kontakt jedynie z klerykami – dwa razy w tygodniu i z siostrą w kasie – raz w miesiącu. Po roku doszli mi jeszcze w soboty studenci zaoczni Papieskiego Wydziału Teologicznego.
     Na pierwszych zajęciach w seminarium powitała mnie cała gama reakcji od ekscytacji, chichoczącej wesołości i rumieńców rodem z okresu pokwitania, poprzez nieufność do jawnej lub skrytej wrogości. Okazywana mi życzliwość często miała protekcjonalno – lekceważące zabarwienie. Zdarzało się, że nawet chłopcy, którzy nie potrafili się podpisać nie robiąc przy tym błędu we własnym nazwisku, odnosili się do mnie jak do istoty intelektualnie słabszej i znacznie mniej wykształconej. Zastanawiałam się skąd powzięli przekonanie tak jawnie sprzeczne z rzeczywistością. Pewne światło rzuciły na to jasełka, na które zostałam zaproszona w pierwszym roku pracy. Przedstawienie przypominało raczej wieczorek poetycki. Recytowano wiersze - głównie poetów romantycznych – poświecone Maryi skontrastowanej z Ewą. Ewa okazała się pojęciem pojemnym – mieściła w sobie wszystkie inne kobiety z wyjątkiem matek kapłańskich i kleryckich, oczywiście. Trzeba przyznać, że Maryja w formie gipsowego odlewu pomalowanego na biało - niebiesko jest dość wygodnym ideałem kobiecości. Wolałabym jednak nie widzieć jak ci pobożni chłopcy odnieśliby się do realnej żydowskiej młódki, która zaszła w ciążę zanim zamieszkała z mężem. Według prawa powinna zostać ukamienowana na progu domu swego ojca.
     Jako osoba nie należąca do kategorii matek kapłańskich, ani nawet kleryckich, musiałam pogodzić się ze smutnym faktem, że jak wszystkie córki Ewy, nie jestem w oczach bogobojnych mieszkańców seminarium człowiekiem, tylko pokusą. Zastanawiałam się potem często, jakie jest miejsce pokusy w porządku stworzenia - za zwierzętami czy może za przedmiotami. Nie rozstrzygnęłam tej kwestii definitywnie, ale z całą pewnością jest ono niskie i wskazania etyki personalistycznej nie mają tu zastosowania (pokusa nie jest przecież osobą). Według mistrzów życia duchowego z pokusą się nie rozmawia, ani nawet na nią nie patrzy. Uświadomienie sobie tego wyjaśniało wiele, np. dlaczego ksiądz Y, uczący łaciny na PWT, zawsze odwraca się ode mnie, ilekroć przychodzę z prośbą o przeorganizowanie grup (tak aby nauka angielskiego odbywała się według poziomu zaawansowania). Stał zawsze do mnie bokiem z wzrokiem wbitym w przestrzeń wydając z siebie tony krótkie a szczekliwe, a jego ręce podrygiwały nerwowo, niespokojne, żeby w końcu pokazać mi drzwi. Wszystko to na oczach studentów zaocznych, zafascynowanych zmaganiem dzielnego kapłana z wyjątkowo namolną pokusą.  Nauczeni przykładem z góry klerycy również unikali kontaktu wzrokowego podczas rozmowy, natomiast kiedy odwracałam się do tablicy, dochodziły moich uszu odgłosy typowe dla wieku gimnazjalnego - podniecone szepty i stłumione chichoty. Czyżby nikt ich nie ostrzegł, ze pokusa widziana z tyłu jest równie niebezpieczna?
     Zastanawiałam się czasem, czy przypadkiem nie zatrudniono mnie raczej jako wentyl niż lektorkę. Nikt nie traktował zbyt poważnie moich prób zorganizowania sensownych grup, wprowadzenia obowiązku posiadania podręczników czy obecności na zajęciach o przygotowywaniu się nie wspominając. Kiedy nie dałam zaliczenia klerykowi, który nic nie robił przez cały semestr, uzyskał je bez problemu od księdza X, znanego mi wyłącznie ze słyszenia. Co dziwniejsze, dziekanat nie kwestionował takiego procederu. Atmosfera bycia poza dobrem i złem, ponad wymagania uczciwości  i ludzkiej przyzwoitości, panująca w seminarium była jeszcze bardziej niepokojąca niż przedziwny stosunek do kobiet. W pierwszym roku mojej pracy, pod koniec semestru zgłaszali się do mnie klerycy, których nigdy wcześniej nie widziałam na oczy i oświadczali z rozbrajającą szczerością, że co prawda nie chodzili i nic nie umieją, ale i tak proszą o zaliczenie. Najdziwniejsze, że rzeczywiście spodziewali się je dostać i kiedy odmawiałam stanowczo patrzyli na mnie z wyrazem ciężkiej a niezasłużonej krzywdy. Kiedy odwoływałam się do ich poczucia uczciwości i sprawiedliwości nie mieli pojęcia o czym mówię. Twierdzili, że mój poprzednik, ksiądz X, nie robił problemu czy ktoś chodził czy nie, a na jego zajęciach dyskutowało się o dogmatyce (po polsku oczywiście).
      Tego rodzaju podejście kandydatów na księży katolickich wydawało mi się nieporównywalnie bardziej alarmujące niż ich arogancja i często bardzo niski poziom intelektualno – kulturalny, o dojrzałości emocjonalnej nie wspominając. Dziwiłam się, że żaden z przełożonych nie jest ciekawy mojego zdania.  Klerycy nie płaszczyli się przede mną ani nie udawali świętszych i lepszych niż byli w istocie – nie byłam wystarczająco ważna. Dzięki temu widziałam ich w prawdzie, czasem przygnębiającej, niestety. Dziwił mnie entuzjazm, z jakim witano rosnącą liczbę nowych powołań, zwłaszcza, że miałam okazję zapoznać się z częścią z nich. Nikomu nie przyszło do głowy, że w warunkach polskich bycie księdzem jest bardzo atrakcyjną propozycją, nawet dla młodzieńców niewierzących. Zapewnia bezpieczeństwo finansowe, mieszkanie i wyżywienie (często nawet zamożność), zabezpiecza przed bezrobociem, oferuje pracę cieszącą się dużym autorytetem społecznym i możliwość robienia kariery. Perspektywa założenia rodziny w wieku lat 19 wydaje się dość odległa, a rezygnacja z niej, w imię uzyskania wyżej wymienionych dóbr, niezbyt bolesna. Zachowywanie czystości obowiązuje wszystkich chrześcijan nie żyjących w małżeństwie, a poza duchowieństwem jest ich całkiem sporo. Rzeczywistość dość jaskrawo różni się od sielankowego obrazu świata złożonego z rodzin katolickich, młodzieży i księży przekazywanego w seminariach.
     Idea celibatu kapłanów rozumiana jako rezygnacja z własnej rodziny w imię większej miłości, aby stać się „wszystkim dla wszystkich”, a zwłaszcza odrzuconych i potrzebujących pomocy, wydaję mi się piękna i sensowna. W seminarium jednak spotkałam się z nieco inną interpretacją jej sensu. Pierwsze moje zaskoczenie miało miejsce podczas uroczystej wigilii. Rzędy młodych  i starszych mężczyzn w czarnych sutannach przy biało nakrytych, zastawionych stołach, na końcu ostatniego garstka świeckich podludzi czujących się dość niewyraźnie w tym gronie. Gość honorowy, kardynał w podeszłym wieku w swoje przemowie przyznaje, że zazdrości klerykom ich rodzin, bo jego bliscy już nie żyją, „Jak to? – myślę – a gdzie stokroć więcej braci, sióstr, dzieci i wnuków i Królestwo Boże na dodatek?” Nie mam jednak śmiałości zapytać na głos.
      Innym razem zaczynam zajęcia krótkim wprowadzeniem na temat najważniejszych w życiu wartości. Proszę, aby każdy student wymienił co najmniej pięć w porządku ważności. Kiedy po raz szósty słyszę „rodzina” i to gdzieś na początku listy jestem dość zdezorientowana. Nie podejrzewałam, że pracuje w tak skrajnie progresywnej instytucji. Proszę o wyjaśnienie i dowiaduje się, że chłopcy mają na myśli rodziców i rodzeństwo. Musze usiąść z wrażenia. Celibat, który ma na celu ściślejsze związanie się z rodzicami, członkostwo w klubie kawalerów, a nade wszystko uniknięcie związku miłości z kobietą tzn. pokusą wydaje mi się sprowadzeniem  pięknej skądinąd idei do absurdu. Gdzie tu otwarcie serca na stokroć więcej?  Przy takiej koncepcji celibatu założenie rodziny, a nawet samotne życie człowieka świeckiego, wydaje się szczytem szczodrości i wolności. Rozumienie wymogu bezżenności jako okopanie się za murami getta i postrzeganie ludzi, którym mają służyć, jako źródła pokus zagrażających czystości, upodabnia księży katolickich do męskich stowarzyszeń znanych z czasów pogańskich.
      Pewną analogię nasuwa lektura „Uczty” Platona. Pamiętam jak w czasie studiów brnęłam przez nią z godnym podziwu samozaparciem, gdyż mężczyźni napawający się swoją rzekomą wyższością moralną i intelektualną, z dala od kobiet i groźby konfrontacji z rzeczywistością, zawsze budzili moją niechęć. Jeśli dodać do tego stosunki homoseksualne, stawiane w jednym rzędzie z filozofią i zamiłowaniem do gimnastyki, uznane za przejaw miłości wyższej, to moja odraza sięgała zenitu. Szczególnie obrzydliwe wydało się rozważanie, kto był „miłośnikiem” a kto „oblubieńcem” w związku  Achilles – Patrokles.  Do tej pory bowiem, żyłam w naiwnym przekonaniu, że chodziło o męską przyjaźń. Ten jeden tekst wyleczył mnie gruntownie i ostatecznie z fascynacji kulturą antyczną oraz na zawsze podważył zaufanie do panów zbierających się we własnym gronie, aby zajmować się rzeczami wyższymi.
      W porównaniu z nimi bliżsi nam czasowo i przestrzennie Jomswikingowie wydają się szczytem zdrowia moralnego. To elitarne bractwo najemników zamieszkujące twierdzę Jomsborg gdzieś w pobliżu dzisiejszego Wolina
w X i XI w. naszej ery rządziło się bardzo surowymi i ściśle przestrzeganymi prawami. Członkami mogli być wyłącznie mężczyźni od 18 do 50 lat wykazujący świetną znajomość wojennego rzemiosła oraz wielką siłę i odwagę. Nie mogli okazywać strachu nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji ani uciekać przed wrogiem o porównywalnej sile, Przysięgali pomścić śmierć współbraci, a łupem dzielili się po równo. Nie mogli się żenić, a kobiety i dzieci nie miały wstępu do ich twierdzy nawet jako jeńcy wojenni.
      Czemu to wszystko miało służyć trudno dzisiaj zrozumieć, jednak łatwo zauważyć, że tworzenie takich absurdalnych struktur zawsze leżało w męskiej naturze i nie ma nic wspólnego z duchem Ewangelii.  Księża katoliccy nie mają być przecież ochrzczonymi Jomswikingami, nieco powściągliwszymi uczestnikami platońskiej Uczty ani członkami angielskiego klubu dla gentlemanów, dla niepoznaki przebranymi w czarne sukienki.   
        Wracając do przygody Karen Blixen przytoczonej na początku tego tekstu,
moje wyprowadzenie z klubu odbyło się w jeszcze bardziej surrealistyczny sposób. Władze PWT nie zniżyły się nawet do poinformowania mnie o zakończeniu współpracy, nie mówiąc już o podaniu powodów. Rolę barmana Hindusa odegrał nieoficjalny przeciek informacji. W atmosferze zmowy milczenia – arcybiskup wyniośle zignorował próby odwołania się do niego – opuściłam niegościnne progi męskiego przybytku, który siedem lat kalałam swoją obecnością. Niejasne insynuacje nie były zaiste potrzebne, przecież sam fakt bycia pokusą jest podejrzany moralnie.
      (…)Całkowita obojętność, niechęć czy wręcz wrogość ludzi Kościoła wobec osób z poza klubu „pasterzy pasących samych siebie” podważyła moje zaufanie do instytucji. Nigdy nie byłam przekonana do idei kapłaństwa kobiet, choć nawet św.Teresa z Lisieux czuła w sobie takie powołanie, a Edyta Stein –  św. Teresa Benedykta od Krzyża - nie widziała przeciwwskazań.  Ufnie przyjmowałam, że tradycja wyświęcania wyłącznie mężczyzn ma swoje uzasadnienie w depozycie wiary. Nawet z czysto zdroworozsądkowego punktu widzenia funkcja pasterza czyli obrońcy kobiet, dzieci i starców – zarówno w sensie fizycznym jak i duchowym  -  jest ich naturalnym zadaniem. Słusznej sprawy można jednak bronić z niewłaściwych pobudek i ostatnio nabrałam podejrzeń, że stanowisko Kościoła nie jest podyktowane umiłowaniem Prawdy czy obroną ortodoksji, tylko lękiem przed wtargnięciem kobiet do męskiego rezerwatu i utratą monopolu na władzę duchowną oraz związane z nią przywileje.(…)








    

sobota, 15 czerwca 2013

O edukacji i ludzkiej naturze słów kilka

W czasach kiedy pracowałam w liceum i przeżywałam wszystkie idiotyzmy, jakie zafundował nam MEN III RP (albo niedługo po tym) napisałam artykuł, który pozostał aktualny w swojej zasadniczej warstwie, choć nazwisko wspomnianego tam ministra edukcji dziś zdecydowanie inaczej się kojarzy...

Pochwała zdrowego rozsądku

       Sądząc po wrzawie w mediach, jaka wybuchła po objęciu stanowiska ministra edukacji przez Romana Giertycha, można było dojść do przekonania, że głównym problemem szkoły polskiej jest zagrożenie „ideologizacją” oraz szerzeniem nietolerancji wobec „mniejszości seksualnych”. Trzeba było dopiero gdańskiej tragedii, żeby prawdziwe problemy, z jakimi boryka się nasze szkolnictwo wyszły na jaw i stały się przedmiotem bardziej rzeczowej debaty. Symptomatyczne, że Gazeta Wyborcza, która tak entuzjazmowała się „uczniowskimi” protestami przeciw Giertychowi teraz sama dostarcza argumentów na poparcie jego projektu.
      Bardzo podobał mi się reportaż Marcina Markowskiego i Tomasza Patora „Kosze na głowie nie przejdą” w DF z 13.11. br. Jest to rozmowa Z Ewą Ćwikłą dyrektorką gimnazjum z łódzkiego Bronxu na temat metod radzenia sobie z trudną, zaniedbaną wychowawczo młodzieżą, stosowanych w jej szkole. Testy na narkotyki i alkohol, ścisłe współdziałanie z policją w przypadkach agresji wobec nauczycieli są po prostu koniecznością. Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak nieco ryzykowne kary za palenie – wypicie dawki oleju z pierwszego tłoczenia zaakceptowanej przez lekarza pediatrę i za przeklinanie – przełknięcie łyżeczki soli z pieprzem. Wielka musi być siła osobowości pani dyrektor skoro delikwent godzi się na to bez szemrania, bo przecież, gdyby odmówił nie byłoby sposobu, żeby go zmusić. Podobnie z dyżurnym sweterkiem i spódniczką z lumpeksu, w które muszą przebrać się zbyt wyzywająco wystrojone dziewczyny.
     Przyciśnięta do muru pani Ewa Ćwikła wypowiedziała się pozytywnie o prawie wszystkich pomysłach ministra oświaty, co więcej większość z nich - jak np. zakaz używania komórek na lekcjach czy pokrywanie przez rodziców kosztów sprzętu szkolnego zniszczonego przez ich dzieci - już od dawna wprowadziła w życie. Miała jedynie zastrzeżenie do nazwy programu „Zero tolerancji” gdyż jak wyjaśniła cały system wychowawczy jej szkoły promuje tolerancję kibiców Widzewa wobec fanów ŁKS-u oraz zgodne współistnienie dzieci z Grabowej i Poznańskiej.
     Jeśli metody stosowane w łódzkim gimnazjum wydały się komuś zbyt restrykcyjne i niezgodne z wymaganiami „nowoczesnej pedagogiki” to już na następnej stronie tego samego DF może przeczytać, jakie są oczekiwania samych uczniów wobec szkoły. Artykuł Wojciecha Staszewskiego „Chcemy szkoły z kratą” jest podsumowaniem ankiety przeprowadzonej przez autora w dwóch gimnazjach na Mazowszu. Wynika z niej dość jasno, że młodzież nie czuje się bezpiecznie w szkole, w której władza nauczyciela została zastąpiona terrorem młodocianych psychopatów. Zdecydowana większość domagała się zaostrzenia dyscypliny i to w stopniu zaskakującym dla samych dorosłych. Wielokrotnie powtarzały się postulaty wprowadzenia monitoringu w całej szkole, także w toaletach, oraz podsłuchu w klasach, żeby dyrektor był zorientowany, co się dzieje na lekcjach. Konieczność skutecznego wyeliminowania palenia, picia i używania narkotyków powracała prawie w każdej wypowiedzi, tak samo jak problem przemocy. Oprócz tego zdaniem młodych respondentów w szkole należało by zabronić używania wulgarnych słów, telefonów komórkowych, zwłaszcza z kamerami, noszenia petard, zapałek, zapalniczek, scyzoryków, wyżywającego stroju, przytulania i całowania się na przerwach oraz… znieważania nauczycieli.  Bezradność tych ostatnich wydaje się młodzieży niepojęta. Można łatwo zrozumieć oburzenie uczniów, że nauczyciel ignoruje akty przemocy, których jest świadkiem, albo ogranicza się do powiedzenia „przestańcie”. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie ma on prawa interweniować czynnie tzn. np. rozdzielić walczących, co więcej, nie ma prawa się bronić, gdyby został zaatakowany. Pamiętając o tym nie dziwi postawa pedagogów, którzy nie chcą narażać się na śmieszność strasząc młodych chuliganów uwagą w dzienniku lub na agresję z ich strony. Bezkarność takich osobników również nie podoba się młodzieży. Proponowane kary to sprzątanie łazienki, czyszczenie klozetu (i to podczas przerwy, żeby musieli się wstydzić) oraz usunięcie ze szkoły. Równie ostrych kar jak np. wezwanie policji domagała się większość dziewcząt wobec chłopców zaczepiających je w wulgarny sposób. Co ciekawe spory procent młodzieży widział sens noszenia mundurków – zarówno jako sposobu niwelowania różnic w sytuacji finansowej jak i zapobiegania prowokowaniu strojem.
Szkoła idealna, zdaniem uczniów to taka, w której mogą czuć się bezpieczni, gdzie dzięki opiece dorosłych nie muszą stykać się przed czasem z najbardziej brutalnymi stronami życia. „Żadnego palenia, picia. Uczennice z warkoczykami, chłopcy nie naruszający ich prywatności” jak to wyraziła jedna z ankietowanych.
    Czytając to wszystko nie mogę oprzeć się zdziwieniu jak w stosunkowo krótkim czasie na oczach wszystkich – władz oświatowych, nauczycieli i rodziców – szkoła polska zmieniła się na obóz dla biezprizornych kontrolowany przez nieletnie monstra. Liceum, do którego chodziłam w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, z cała pewnością nie było miejscem idealnym, ale mimo wielu przemilczeń i przekłamań w programie nauczania, można było uzyskać solidne przygotowanie do studiów wyższych i nie zetknąć się z większością wspomnianych wyżej zjawisk, a w każdym razie nie w tym nasileniu.
     Pamiętam swój szok, kiedy podczas pobytu w Anglii na początku lat dziewięćdziesiątych oglądałam w telewizji państwowej program dla nauczycieli. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom patrząc na znerwicowanego trzydziestolatka w okularach bezradnie miotającego się po klasie, zaszczutego przez trójkę dziesięcioletnich łobuzów przewodzących grupie. Moi angielscy znajomi wyjaśnili lakonicznie, że tak właśnie wyglądają brytyjskie szkoły państwowe. Jak wyglądają postępowe, liberalne prywatne szkoły z internatem dowiedziałam się nieco później czytając wydaną w 1991 świetnie napisaną książkę Amandy Craig „A Private Place”.
     Program wychowawczy opisanej przez autorkę placówki oparty był na nadzwyczaj wzniosłych zasadach jako to umożliwienie indywidualnego rozwoju każdej jednostce, popieranie samokształcenia, samodyscypliny i wewnętrznej motywacji. Szkoła stawiała sobie za zadanie zniesienie sztucznych barier miedzy nauczycielami i uczniami – wszyscy zwracali się do siebie po imieniu, między uczniami w różnym wieku – w internacie umieszczano w pokojach starszych z młodszymi oraz miedzy płciami – pełna koedukacja.  Wszelkie sporty oparte na zasadzie rywalizacji były zabronione, działania sprzyjające nawiązywaniu kontaktów towarzyskich jak na przykład dyskoteki gorąco popierane. Wobec tych pięknych i słusznych założeń napis nad bramą - „Et In Arkadia Ego” – wydawał się w pełni uzasadniony.
     Rzeczywistość jednak zdecydowanie odbiegała od programowej idylli. Uczniowie spontanicznie wytworzyli bardzo sztywną, praktycznie nie przekraczalną hierarchię. Zarówno chłopcy i dziewczyny dzielili się na pięć analogicznych warstw – elitę, wyższa i niższą klasę średnią, częściowo odrzuconych i odrzuconych. O przynależności decydowały często czynniki niedostrzegalne gołym okiem dla dorosłych jak na przykład brak odpowiedniego stylu, niewłaściwa etykietka na ubraniu, mała – zdaniem rówieśników - atrakcyjność fizyczna, nie rozwiedzeni rodzice, aspiracje intelektualne czy nie uleganie presji grupy w takich sprawach jak np. pokątny seks. Społeczność uczniowska miała swój własny kodeks moralny, który w pełni aprobował pastwienie się zarówno nad odrzuconymi jak nad nowymi uczniami. Starsi chłopcy spuszczali młodszych kolegów ze schodów w koszach na brudną bieliznę albo zawiązawszy im uprzednio oczy, okręcali dookoła, a następnie stawiali na parapecie otwartego okna na trzecim piętrze. Nie rzadkie było zmuszanie do praktyk homoseksualnych, często o charakterze sadystycznym. Kiedy zdarzały się ofiary śmiertelne zarówno nauczyciele jak i uczniowie zachowywali zgodne milczenie. Automatycznie orzekano samobójstwo, nie próbując nawet dociec prawdy. Unikanie skandalu za wszelką cenę było najwyższa normą.  Dziewczęta nie skarżyły się na zaczepki i propozycje natury seksualnej. Bycie sexy wspomagało awans towarzyski, a konsekwencją odmowy, uważanej za złamanie jednego z ważniejszych niepisanych praw, było wykluczenie ze społeczności. Nauczyciele zdawali się tego nie dostrzegać, co więcej, celem zniesienia jakże sztucznych barier dostosowali się do poziomu uczniów i ich świeżych zainteresowań. Łacinnik np. wierszy Catullusa używał jedynie jako punktu wyjścia do zwierzeń ile razy w ciągu nocy doprowadza swoją żonę do orgazmu. Inni, żeby być bardziej cool zwracali się do odrzuconych przez grupę uczniów używając przezwisk autorstwa ich dręczycieli. Nikt np. nie pamiętał imienia ani nazwiska dziewczynki z wyjątkowo silnym trądzikiem znanej wyłącznie jako „craterface”. Nic dziwnego, że przestała mówić, inna również z klasy odrzuconych pariasów mogła posługiwać się tylko szeptem.
      Wszyscy, nawet najbardziej uciemiężeni, zatajali prawdę przed rodzicami, którzy żyli w błogim poczuciu, że dzięki pieniądzom (czesne należało do najwyższych w kraju) ich dzieci przebywają w edukacyjnym raju. Zresztą skonfrontowani z rzeczywistością, nie byliby w stanie jej przyjąć, gdyż jak większość dorosłych, skutecznie wyparli swoje własne traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Wydaje mi się, że tylko taką zbiorową amnezją można wytłumaczyć niezwykłą popularność założenia, ze człowiek jest z natury dobry i nie potrzebuje żadnego wychowania tylko maksimum swobody, żeby się fantastycznie rozwinąć. Na szczęście autorka książki - Amanda Craig – jest wolna od tej przypadłości i dobrze zapamiętała swoje doświadczenia i obserwacje z lat siedemdziesiątych, kiedy to sama była uczennicą takiej właśnie liberalnej, postępowej szkoły.
     Natura ludzka nie zależy od szerokości geograficznej i wszędzie na świecie jej ciemne strony najwyraźniej manifestują się u jednostek niedojrzałych, a potęgują się w grupach, silnie zhierarchizowanych, potencjalnie autodestrukcyjnych, równających w dół do poziomu najprymitywniejszego osobnika.
Nietrudno przewidzieć jak muszą zakończyć się eksperymenty ignorujące tę prostą prawdę, znaną każdemu człowiekowi z doświadczenia. Tym bardziej dziwi fakt, że wbrew zdrowemu rozsądkowi w naszym szkolnictwie zaczęto wprowadzać rozwiązania, które w krajach Europy zachodniej już dawno okazały się katastrofalne. Polska szkoła zaczęła się powoli przekształcać w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to jedną obłąkaną ideologię zamieniliśmy na jej bardziej niebezpieczną mutację. Przełykamy ją bezboleśnie, gdyż nierzadko stroi się w pseudo chrześcijańskie szatki. Pięknie brzmi, kiedy kurator młodego recydywisty apeluje do uskarżającej się nauczycielki o więcej ciepła i miłości dla tego biednego dziecka. Znacznie gorzej, kiedy to biedne dziecko gwałci koleżankę i tnie ją żyletką. Nie należy mylić chrześcijaństwa z naiwnością i głupotą. Nie ma miłości bez prawdy, a prawda o naturze ludzkiej głoszona przez Kościół i zbieżna z doświadczeniem każdego człowieka, raczej uwalnia nas od złudzeń w tej materii. Źle wychodzimy na imporcie ideologii, niezależnie od kierunku, z którego płyną. Potrzeba nam kontaktu z rzeczywistością i zwykłego zdrowego rozsądku i to nie tylko w szkolnictwie.



















    




"Timing is not our issue"

Jestem zapamiętałą wielbicielką programu Journey Home amerykańskiej telewizji EWTN (Eternal Word Television Network). To po prostu około godzinne wywiady z ludźmi, którzy nawrócili się na Katolicyzm, albo powrócili na łono Kościoła po latach nie praktykowania. Siedzę zawsze ze szczęką na bruku słuchając historii ich życia i nawrócenia z nadzieją, że może zarażą mnie swoją wiarą i ufnością.
Właściwie wszystkie historie są fascynujące, ale moją ulubioną jest opowieść ks. Randy Musselmana (http://www.youtube.com/watch?v=CdSGRi6gCO4) nawróconego baptysty, męża przez 29 lat, ojca i dziadka, który po śmierci żony odkrył w sobie powołanie do kapłaństwa i odpowiedział na nie.
 Największe wrażenie zrobiła na mnie odpowiedź na maila, który przyszedł w trakcie programu. Pewna kobieta chciała jakoś pomóc swojej blisko 40-letniej, niezamężnej córce, króra nie może odnaleźć się w życiu, choć wypróbowala wiele opcji z zakonem włącznie (coś mi to przypomina).
Ksiądz Musselman odpowiedział bez wahania z wielkim spokojem i pewnością, że być może na odkrycie swojego powołania bedzie musiała czekać kolejne 20 lat, bo "timing is not our issue", nie kontrolujemy czasu, ten przywilej należy do Boga. Natomiast prowadzący - Marcus Grodi - zauważył przytomnie, że spora cześć problemu takich ludzi to porównywanie się z innymi, względnie swoimi własnymi wyobrażeniami jak powinno wyglądać życie (w warunkach polskich należałoby dodać jescze niechętny stosunek Kościoła)
Zważywszy historie życia obu panów ich słowa mają swój ciężar gatunkowy, zwłaszcza owo "timing is not our issue" jest jak balsam na moją duszę.
Marzę o takim zaufaniu i pokoju serca.

piątek, 14 czerwca 2013

O ludziach, którzy rozwikłali tajemnicę Trójcy Świętej

Św. Augustynowi się nie udało, o ile dobrze pamiętam, miał nawet odnośną wizję ilustrującą sensowność swoich wysiłków - dziecko usiłujace przelać morze za pomocą muszli do niewielkiego dołka w piasku wykopanego na brzegu
Mniejsza o niego jednak, w dzisiejszych czasach żyją ludzie, którym się powiodło. Spotkałam dwie takie osoby - pewną starszą panią na seminarium odnowy w Duchu Świętym w Kościele OO Kapucynów we Wrocławiu w latach 90-tych (za tą rzadką łaskę dziękowała w głośnej modlitwie spontanicznej podczas adoracji, stąd wiem) i nawróconego (od listopada ubiegłego roku) alkoholika, króry zaczepił mnie wczoraj na Moście Warszawskim. Gdy nieopacznie wdałam się z nim w rozmowę, usłyszałam wszystkie te kawałki o "doznaniach mistycznych" i zrozumieniu tajemnic (w tym także zła), jakich można się spodziewać w takich okolicznościach. Mój nawiedzony rozmówca tracił jednak cała swoją swadę, kiedy pytałam go o proste fakty jak na przykład z czego żył jako alkoholik czy też z czego żyje jego uzależniona od seksu ex-partnerka i inni nałogowcy, o których wspominał.
No cóż, najwyraźniej w dzisiejszych czasach łatwiej dowiedzieć się na czym polega tajemnica Trójcy Świętej niż z czego właściwie żyją nasi rodacy.