Ks. Isakowicz-Zalewski stwierdził onegdaj, że za komuny SB wręcz polowała na księży homoseksualistów ze względu na idealną wręcz możliwość szantażu, a zwerbowawszy na tajnych współpracowników ułatwiała szybką karierę. Sprzeciw wobec dezubekizacji był więc w dużej mierze dziełem homolobby - ujawnienie tajnych współpracowników byłoby zarazem ujawnieniem sodomitów i ich ciemnych sprawek. Za jednym zamachem można było oczyścić Kościół z obu tych toczących go śmiertelnych chorób. Ponieważ tak się nie stało postacie takie jak np arcybiskup Życiński (TW Filozof) mogły zażywać statusu celebryty, fetowanego przez GW, do końca swych dni.
Z dwóch niezależnych źródeł (od Michalkiewicza i Międlara) słyszałam o występach gościnnych arcybiskupa lubelskiego w klubie gejowskim w czeskiej Pradze. Podobno tak się rozochocił, że ów przybytek sodomii zdemolował, doznając przy tym pewnego uszczerbku na zdrowiu. Za zniszczenia oczywiście zapłacił. Nasuwa się uzasadnione pytanie czy z pieniędzy archidiecezji.
Grzegorz Braun podczas jednego ze swoich wykładów na KULu zapytany o arcybiskupa Życińskiego wypowiedział się jednoznacznie negatywnie nazywając go m.in. łajdakiem (o ile dobrze pamiętam). Bardzo to oburzyło środowisko GW, a o.Dostatni posunął się do protestowania przeciwko przyznaniu reżyserowi nagrody (na festiwalu w Niepokalanowie) za znakomity film Eugenika.
Tymczasem o ile mi wiadomo czasownik "łajdaczyć się" oznacza nieuporządkowaną aktywność seksualną. Czy nie w takim celu odwiedza się gej-kluby? Natomiast rzeczownik łajdak jest synonimem nikczemnika, człowieka dopuszczającego się czynów odrażających moralnie. Czy współpraca z SB w przypadku księdza nie należy do tej kategorii? Czy podwójna zdrada wobec Boga i ludzi (jako współpracownik SB i sodomita) nie jest wystarczającym powodem do użycia tak mocnego określenia?
A może tak znaczna persona jak arcybiskup i to jeszcze zaprzyjaźniony z GW nie powinna podlegać krytyce ze strony zwykłych śmiertelników (nawet jeśli są znakomitymi dokumentalistami, propagującymi w swoich filmach katolicki punkt widzenia)? Czy to nie jest ów słynny klerykalizm o którym wspominał papież Franciszek przy okazji kryzysu "pedofilskiego"?. O. Dostatni pouczył nas na stronie dominikańskiej, że polega on na wyłączeniu grupy osób z odpowiedzialności za swoje czyny, zagwarantowanie im bezkarności przez nie dopuszczanie krytyki ze względu na ich status świętych krów.
Wyglądało to tak jakby w oczach o. Dostatniego agenturalna przeszłość i wołająca o pomstę do nieba sodomia arcybiskupa była niczym w porównaniu z bluźnierczym atakiem profana na świętą krowę. Jak to tak cham na pana? Ciemnogrodzianin na światłą elitę (nawet wątpliwej reputacji)? I tu wracamy do mojej obsesji mianowicie hierarchii stadnej. Nie mam tu na myśli oficjalnego porządku podległości wprowadzonego w jakiejś instytucji w celach organizacyjnych, tylko hierarchię nieoficjalną opartą na przynależności do ekskluzywnego klubu i przyjmowaniu obowiązujących w nim poglądów, które stają się dla członków znacznie ważniejsze niż np dziesięć przykazań Bożych, o Ewangelii nie wspominając.
O. Dostatni oburzając się na gniewne wypowiedzi w Internecie na temat zaplanowanej debaty między biskupem a rabinem i nie dość gorliwą reakcję prokuratury, ujawnił swój własny (łatwy do przewidzenia) katalog grzechów głównych: "antysemityzm", "faszyzm" i "mowa nienawiści". Żadne z tych określeń nic nie znaczy (albo raczej można podłożyć pod nie cokolwiek, wedle zapotrzebowania), ale sygnalizuje przynależność do klubu ludzi światłych (virtue signalling).
Ludzie światli i kulturalni jak to wyraził Jacek Żakowski w rozmowie z Pawłem Lisickim przyjmują np panującą narrację o holokauście, która nie ma dokładnie nic wspólnego z historią i nie wychylają się ze swoim prowincjonalnym punktem widzenia nawet jeśli jest oparty na faktach. Mateusz Morawiecki mówiąc o "Jewish perpetrators" (na co istnieją setki dowodów w postaci ich pamiętników) zachował się jak ostatni cham pierdzący w towarzystwie królowej angielskiej. Przyznam, że na takie dictum szczęka klapnęła mi o bruk. Kategoria prawdy dla takich ludzi po prostu nie istnieje.
Niestety coś podobnego da się zaobserwować w Kościele. W zakonach i diecezjach istnieją nieoficjalne "katalogi grzechów śmiertelnych" które przyprawiłyby wiernych o zawał serca. Nikt ich expressis verbis nie artykułuje, ale można je stosunkowo łatwo zrekonstruować po objawach. Oto zakonnik urządzający alkoholowe libacje połączone z seksem oralnym i analnym między mężczyznami (w tym studentami z duszpasterstwa akademickiego) jest po prostu przeniesiony do stolicy, gdzie obejmuje urząd przeora, a inny - młodzieniec słabego zdrowia - nietaktownie zgłaszający przełożonym homoseksualne awanse ze strony współbraci - zawieszony (po uprzedniej próbie zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym). Kardynał homoseksualista zaskoczony przez policję na zaprawionej kokainą homoseksualnej orgii, zorganizowanej przez swojego sekretarza, reprezentuje kościół na konferencji międzyreligijnej, a nuncjusz whistleblower ukrywa się w obawie o swoje życie po ujawnieniu kilku nieprzyjemnych faktów. Księdza, który spalił bluźnierczą tęczową flagę z krzyżem, zsyła się do psychuszki, a zakonnika jawnie propagującego grzech sodomski promuje jak primadonnę i obwozi po świecie jak - nie przymierzając - kobietę z brodą.
Lojalność obowiązuje wyłącznie wobec "swoich", więź - jak w mafii - scementowana jest umoczeniem w coś kompromitującego, W tym "kodeksie honorowym" nie istnieje Bóg, ani wierność wobec niego, ani - tym bardziej - świeccy wierni. Zestaw prawd wiary wyznawanych przez owe elitarne kręgi jest też zupełnie inny od wiary zwykłych ludzi. Ta jest wstydliwym sekretem - demony, anioły, zagrożenia duchowe, rozmnożenie chleba i ryb, piekło, świętych obcowanie (przecież dusza i ciało są nierozdzielne!), grzech pierwszych ludzi, dziewictwo Maryi, niepokalane poczęcie, zmartwychwstanie - tego się już nie nosi!
Teraz "miłość" jest en vogue. Jest tak nieskończenie plastycznym i pojemnym pojęciem, że dokładnie wszystko można pod nie podłożyć - zatroskanie rodziców o opóźnione w rozwoju dziecko i wizytę w dark roomie, opiekę nad starą matką i niezobowiązujący seks na imprezie - dla każdego coś miłego. Czyńcie co chcecie, jeśli tylko nazwiecie to miłością - parafrazując św. Augustyna albo otwartym tekstem: "grzeszcie śmiało" jak ujął to Luter, nowy święty Kościoła Katolickiego.
Równie spostponowane piękne słowo "miłosierdzie" oznacza po prostu akceptację dla grzechu, ze szczególnym uwzględnieniem sodomii wśród kleru.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TW. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TW. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 14 października 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)