Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kazania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kazania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2025

O kazaniach o. Tomasza OSPPE

Kazania ojca Tomasza nieodmiennie przywodzą mi na myśl pewną średnio lotną koleżankę z liceum. Miała zawsze zaskakujące skojarzenia, które nikomu innemu nie przyszłyby do głowy np:

- Clarus to taki rus, a pulcher to taki her - wyjaśniała jak zapamiętuje łacińskie słówka.

Każdemu innemu clarus(-a, -um) kojarzy się z żeńskim imieniem Klara, a pulcher, a tymbardziej żeńska forma tego przymiotnika - pulchra - z polskim pulchna. Skojarzenie jest natychmiastowe tym bardziej, że towarzyszy mu odkrycie oczywistego ongiś związku urody/atrakcyjności z należytym odkarmieniem. Wspomniana koleżanka z liceum takich skojarzeń jednak nie miała z powodu niedostatków wiedzy ogólnej lub małej bystrości umysłu i dlatego usiłowała zapamiętać przez kojarzenie końcówek rodzaju męskiego. Jest to wyjątkowo nieprzydatny sposób, gdyż rodzaj żeński i nijaki mają zupełnie inne końcówki. W clara czy clarum nie ma rus, a w pulchra czy pulchrum nie ma her. Natomiast wiele innych przymiotników w rodzaju męskim ma identyczne końcówki np rarus czy carus.

Z podobnie błyskotliwymi skojarzeniami zetknęlam się na jakimś idiotycznym szkoleniu w firmie, w ktorej chciałam sie zatrudnić. Kiedy wszyscy przedstawiliśmy się współuczestnikom z imienia, młody prowadzący podzielił się z nami swoimi skojarzeniami. Np imię Aldona, które każdemu w moim pokoleniu kojarzy się nieodmiennie z żoną Konrada Wallenroda z poematu Mickiewicza, ewentualnie z pierwszą litewską małżonką Kazimierza Wielkiego, młodemu szkoleniowcowi skojarzylo sie z jakąś dawna znajomą, co być może pomogło zapamiętać jemu samemu imię tej konkretnej osoby, ale dla wszystkich pozostałych było całkowicie bezużyteczne.

Ojciec Tomasz OSPPE, przeor wroclawskiego klasztoru paulinów ma podobny rodzaj skojarzeń na temat czytań mszalnych. Nie zapomnę jego komentarza do początku Ewangelii według św. Jana, tzn zdań "Na początku bylo Słowo..."  "Ono było na początku u Boga i Bogiem było slowo..." "Przez nie wszystko sie stało stało, co się stalo..." itd (cytuję z pamięci). Wszystkie one nie mają wielkiego sensu, dopóki nie uświadomimy sobie, że pod polski przekład "słowo" należy podłożyć grecki "logos" z całym bogactwem znaczeń jak np ład, porządek, boski plan czy zamysł.

Rącza myśl o. Tomasza pobiegła jednak w zupełnie innym kierunku "słowo" skojarzylo mu się z "gadaniną" czy wręcz "paplaniną", nie jestem pewna czy nie towarzyszyl mu przymiotnik "czcza" albo "pusta" (czcza gadanina, pusta paplanina). O. przeor był zdaje się pod wrażeniem, że z tej czczej gadaniny czy też pustej paplaniny może powstać wrzechświat. A być może chodziło mu o to, że zbytnia gadatliwość może wpędzić nas w klopoty? Tu pełna zgoda, tylko gdzie związek z Ewangelią św Jana? Wysłuchawszy wielu innych kazań o. Tomasza podejrzewam, że raczej chodzilo mu o to, że z czegoś mało poważnego, lekceważonego  może powstać coś wielkiego, co pozostaje z przesłaniem tego konkretnego fragmentu ewangelii w związku nader luźnym.

Według o. Tomasza Anioł Boży mówi do Mojżesza z jednej strony, a ten jest zupelnie nie zainteresowany, gdyż zaobserwował ciekawe zjawisko zupelnie gdzie indziej - oto krzak płonie i się nie spala. Ignorując więc głos Boga szoruje zobaczyć jak to jest możliwe. Zdaniem kaznodziei wszyscy mężczyźni tak mają. Siedzą w pięknej sali koncertowej wśród przepychu barokowego wystroju, marmurów i złota, a całą ich uwagę zaprząta zagadnienie jakiej mocy żarówki wkręcone są w kryształowe kandelabry.

Kiedy więc niepoprawny Mojżesz staje w końcu przy krzaku, zignorowany Anioł Boży, który za nim gonił,  wchodzi dopiero do krzewu i woła"Mojżeszu, Mojżeszu" mniej wiecej takim tonem:  "Ej durak, ty durak!", jak mawiają nasi wschodni sąsiedzi.

No cóż z tekstu nic takiego nie wynika, bo od razu w pierwszym zdaniu anioł mówi z wnętrza płonącego krzewu. Anioł mówi, ale Mojżesz nie słyszy głosu, tylko widzi znak. Podchodzi bliżej i dopiero słyszy głos. Interpretacja o. Tomasza nie mówi nic o tekście, natomiast sporo o autorze komentarza.

Zastanawiam się jaka jest wartość tego rodzaju "przepowiadania". Mój stosunek do takiej swobody interpretacyjnej jest raczej ostrożny, choć czasem kanodzieja może "niechcący" trafić do jakiegoś słuchacza. Pewien znajomy dominikanin twierdził wręcz, że na w każdym kazaniu, nawet najgłupszym, jest chociaż jedno zdanie, przeznaczone dla każdego ze słuchających. Nie wiem czy w każdym, ale dziś nieoczekiwanie się znalazło coś dla mnie.

W komentarzu do ewangelii o. Tomasz zauważył, że figowiec został celowo zasadzony w winnicy, choć powodu nie znamy. Otoczony winoroślami czuje się sfrustrowany, że ma inne liście i owoce (problem w tym, że owoców akurat nie rodzi...). Pan Bóg ma jednak dla niego dużo cierpliwości - w końcu sam go takim stworzył i posadził w tym miejscu - i wierzy, że wyda owoce w swoim czasie, w domyśle zupelnie innym niż czas winorośli... 

Na koniec o. przeor zasugerowal, że być może wielki post jest także po to, żebyśmy nawrócili się nie tylko do Boga, lecz także powrócili do naszego prawdziwego ja, a raczej stali tym kim powinniśmy być według Bożego zamysłu.

Sugestia bardzo rozsądna, choć nie jestem pewna czy da się ją wywieść z tej konkretnej ewangelii... Tak czy siak przemawia do mnie w mojej konkretnej sytuacji życiowej.

P.S.

Ktoś może zapytać, po co wlaściwie chodzę na msze celebrowane przez o. Tomasza, skoro tak krytycznie wypowiadam się o jego kazaniach. Sęk w tym, że decyzją tegoż o. przeora wroclawskich paulinów na mszy o godz. 12 nieszczęsne neony(neokatechumenat) są zmuszane do mówienia przed  czytaniami wstępów, które mają się do liturgii jak pięść do nosa, a o. Marcin mówi zwykle 3 kazania - jedno lepsze od drugiego. Mszę o 10. 30 odprawia właśnie ojciec Tomasz, a na 7.30 czy 9 w niedziele nie chcę się spieszyć...

P.P.S.

Na mszy o 10.30 udziela się Kościól Domowy czy też Oaza Rodzin. Bardzo trudno znieść świeckich celebrujących swoją ważność przy podchodzeniu do pulpitu i teatralnym głosem odczytujących teksty czytań czy modlitwy wiernych. It would embarass a cat, jak sie wyraził bohater książki, której tytułu nie pamiętam...



piątek, 20 kwietnia 2018

O żalu za grzechy

Wracając z wizyty kontrolnej w klinice dermatologicznej (po wycięciu narośli o charakterze nowotworowym) robiłam po drodze zakupy na weekend. W sklepie Krasnal na Sądowej odezwałam się niezbyt grzecznie do starszego pana, który mnie niechcący potrącił kilka razy. Za każdym razem przepraszał mnie z pewnym zdziwieniem, że znowu to zrobił, Wyjaśniłam mu, że pewnie dlatego, że się nieco nie posunął (widząc, że oboje jesteśmy obsługiwani jednocześnie), co byłoby logiczne zważywszy okoliczności. Starszy Pan bardzo się poczuł dotknięty tymi słowy. Przecież mogłam powiedzieć, żeby się posunął. Ucięłam to lakonicznym zapewnieniem, że nie mam o nic pretensji.

Już na Grabiszyńskiej dopadły mnie wyrzuty sumienia, że zachowałam się nieprzyjemnie wobec starszego,kruchego i kulturalnego człowieka, będąc o wiele młodsza i silniejsza . Im bardziej posuwałam się w stronę samu tym fatalniej się czułam. Spontanicznie grzmotnęłam się w klatkę piersiową mówiąc "mea culpa, mea maxima culpa".  W samie przy kasie zabrakło mi pieniędzy i kobieta wielkodusznie zaproponowała, żebym doniosła, co uczyniłam z wdzięcznością. Tym dogłębniej przyszło mi uznać wielkość mojej winy, że po niechlubnym postępku zetknęłam się z ponadstandardową życzliwością osoby, której bym nie podejrzewała o coś takiego.

Nie mogłam jednak oprzeć się przewrotnej refleksji, jak prosty i oczywisty jest żal za grzechy, kiedy jest się sprawcą zła. Gdybym to ja została nieprzyjemnie, chamsko, agresywnie lub niesprawiedliwie potraktowana - i nie umiała natychmiast adekwatnie zareagować - przez co najmniej tydzień zmagałabym się się z bezsilną wściekłością, która z czasem przeszłaby w gorycz. Powierzanie sytuacji Bogu na modlitwie byłoby w istocie prośbą o zemstę, która do niego należy. Co więcej nie wyspowiadałabym się z tego, gdyż uczucia grzechem nie są, ale gorycz i pretensje o wiele skuteczniej oddzielają od Boga niż pochopne słowa, których się natychmiast żałuje.

Być może to wyjaśnia częste i spektakularne nawrócenia, przestępców, alkoholików, prostytutek, aborterów i temu podobnych "oczywistych grzeszników". O nawróceniach ofiar toksycznych matek, ludzi latami wykorzystywanych przez najbliższych (i/lub obcych), niezdolnych do przeciwstawienia się temu, lub robiących to zbyt nieudolnie, nie słyszałam nigdy. Gdyby tak zajrzeć pod pokrywę anielskiej cierpliwości, z którą znoszą swój los, można by ujrzeć istne kłębowisko żmij - tony goryczy, żalu, frustracji i pretensji do Boga.

Myśl nie wydaje mi się zbyt odkrywcza, jestem absolutnie pewna, że spowiednicy są świadomi  skali i powagi zjawiska. Ta świadomość jednak nigdy nie przedostaje się do nauk, które słyszymy w Kościele. Wygląda na to, że dla duchowieństwa pokusa oznacza gołą panienkę (w naturze lub czasopiśmie dla mężczyzn) i żadna wiedza pozyskana w konfesjonale tego nie zmieni.

Ostatnio u dominikanów, zakonnik  głoszący kazanie zauważył przytomnie, że w Kościele zawsze słyszy się nauki przeznaczone dla nieobecnych, co nie powstrzymało go jednak przed uraczeniem nas tym absurdalnym podejściem. Na popołudniowej mszy w dzień powszedni przekonywał wiernych, że uczestnictwo w eucharystii nie jest przymusem ("z niewolnika nie ma pracownika"). Co za ulga dla tych nadgorliwych dewotów marnujących swój cenny czas po pracy!!!

Mistrzostwo świata należy jednak do franciszkanina, z którym umówiłam się na rozmowę po rekolekcjach pt "Kryzys a Jezus Chrystus".Wypytawszy mnie o środowisko rodzinne zupełnie nie wiedział co zrobić z informacją, że to moja matka ma siłę sowieckiego czołgu, a ojciec jest człowiekiem łagodnym i wycofanym. Pomilczał chwilę marszcząc czoło od widocznego wysiłku intelektualnego, w końcu stwierdził, że zwykle jednak jest odwrotnie i on będzie do mnie mówił jakby tak było. Po czym uraczył mnie całkowicie zbytecznym monologiem, a na koniec dał do zrozumienia, że nie widzi dla mnie wyjścia.

Chciałoby się powiedzieć "nie ma takiego zwierzęcia" (jak nie pamiętam kto na widok żyrafy) czy raczej "nie ma takiego kretyna", a jednak jest i to nie jeden. Zastanawiam się czy kapłani nie są uczeni, żeby unikać wszelkiej wiedzy na temat świata oraz ludzkiej natury i ignorować problemy swoich słuchaczy (bądź rozmówców), a mówić wyłączne do nieobecnych o rzeczach teoretycznie możliwych.